|
| |
Opluwanie człowieka honoru
Zawsze chciałem napisać coś tak mądrego o minionych czasach, tak jak to zrobił
Mieczysław F. Rakowski. Niestety, nie starczyło umiejętności. Dlatego zamieszam
poniższy tekst, bowiem zawarte w nim jest wszystko o czym sam chciałem
napisać...
Jan F. Kurkiewicz - 26 października 2008
Dyszycie
żądzą odwetu. W tym, co wyprawiacie z Generałem, nietrudno dojrzeć przyczyny
zemsty – pozbawił was smaku zwycięstwa ...
Mieczysław F. Rakowski
Polska polityka wewnętrzna budzi coraz większe obrzydzenie. Bardzo wyraźnie
widać to na przykładzie usilnych prób fałszywej mitologizacji ostatniego
ćwierćwiecza historii Polski przez prawicę.
Przyjmuję za fakt oczywisty, rzucający się w oczy każdemu inteligentnemu
człowiekowi, że proces przeciwko gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu („sądzony jest
jak gangster” – „Gazeta Wyborcza”) odświeżył nie tyle zapomniane, co słabnące
ostre podziały społeczne sprzed wielu lat. To nie jest podział podobny do tego,
jaki wywołała we Francji sprawa kpt. Dreyfusa, ale przyczyny obu dramatycznych
pęknięć spokoju społecznego wyrastają z tego samego pnia. Z tego, co jest złą
twarzą rodzaju ludzkiego, czyli z nienawiści. To jej chcę poświęcić uwagę, ale
wpierw muszę uporządkować teren, po którym będę się poruszał. Zanim zacznę
zastanawiać się nad
skłonnością polskiej prawicy do podłości,
wyjaśnię, dlaczego dopiero teraz zabieram głos, chociaż w latach 80. byłem
jednym z najbliższych cywilnych współpracowników gen. Jaruzelskiego. Powód jest
prosty, choć może niektórzy chcieliby moje milczenie zrozumieć jako unik. Nie,
jedynym powodem jest moja przewlekła choroba. W kilku tomach moich „Dzienników
politycznych”, w moich wywiadach dla prasy zachodniej – m.in. dla Oriany Fallaci
– postać Generała była stale obecna.
Gdy stało się już oczywiste, że katowicka prokuratura przygotowuje akt
oskarżenia, oczekiwałem wezwania przed jej oblicze, bo przecież kto jak kto, ale
człowiek, który przez dziesięć lat przebywał niemal pod jednym dachem z
oskarżonym (?), może wiele o nim powiedzieć. Wezwania nie było i szybko
zrozumiałem, że szykuje się proces pokazowy. Dobrze pamiętam takie procesy z lat
50., wysnułem zatem logiczny wniosek, że wiedza na temat motywów, które skłoniły
nas do wprowadzenia stanu wojennego, w ogóle nie jest oskarżycielom potrzebna.
Zapał „miecza karzącego”, katowickiego oddziału IPN, skłania mnie do
wyprowadzenia takiej analogii: w latach 80. właśnie w tym śląskim mieście uwiło
sobie gniazdko Katowickie Forum Partyjne, zajadle zwalczające linię polityczną
Jaruzelskiego, którą ja też reprezentowałem. Dla Wołczewa, szefa tego Forum,
byliśmy kontrrewolucyjną zarazą.
Ćwierć wieku później sen Wołczewa zaczyna nabierać realnych kształtów. PZPR,
wiodąca partia w PRL, w latach 80. nie była monolitem. I nie mogła nim być,
ponieważ powstanie wolnych związków zawodowych w systemie autorytarnym
wstrząsnęło ładem ustrojowym. Nie jest też przypadkiem, że pierwsza
„Solidarność” była początkowo nieśmiała w swych działaniach, jej przywódcy
bowiem też nie bardzo wiedzieli, jak zabrać się do rzeczy, ale szybko nauczyli
się organizowania strajków, demonstracji i innych form protestu. Dzisiaj
wpływowa część z nich z zapałem zabrała się do budowania mitów, niewiele
mających wspólnego z faktami.
Karczując zarosły chwastami kłamstw i przeinaczeń ugór, oświadczam, że odrzucam,
i każdy uczciwy historyk postąpi tak samo, wbijaną do głów obecnemu pokoleniu
młodych Polaków „prawdę” o okrutnych, ograniczonych, złych, wręcz głupich
„komunistach” rządzących Polską, naprzeciw których stały milionowe hufce
szlachetnych członków „Solidarności” (dziś urośli już do zdeklarowanych
antykomunistów, co warte jest śmiechu).
Usuńmy jeszcze jeden ciężki kamień: zła wola, „krótka pamięć” i mściwa postawa
działaczy „S” i historyków-prokuratorów IPN oraz służalcza wobec nich rola
zastępów na ogół dobrze opłacanych skrybów. Byle szczyl dziennikarski bez
skrupułów opluwa, wdeptuje w ziemię, wykpiwa człowieka, który walczył o jedyną
Polskę, jaka po II wojnie światowej w ogóle mogła powstać. Dla nich „wieszanie
psów” i dowolne opluwanie gen. Jaruzelskiego to działanie politycznie poprawne,
oczekiwane, a być może także szczebel w karierze. Tego kamienia nie da się
jednak usunąć. Budowniczowie nowych mitów, co widać na przykładzie kultu
powstania warszawskiego, nigdy nie spoczną. Niestety, nie da się dobudować do
jego muzeum kolejnego pawilonu, o historii powstania „Solidarności”. Tej okazji
i przyjemności „komuniści” prawicę pozbawili. Ile razy słyszę o bohaterskich
powstańcach i ani słowa o prawie 200 tys. zmarłych z głodu, z ran,
rozstrzelanych przez niemieckich faszystów, to krew mnie zalewa. Kto wie, czy
wykrzywiona grymasem nienawiści twarz polskiej prawicy, którą oglądamy w czasie
procesu, nie „podniosła głowy” właśnie dlatego, że prowadziliśmy politykę, która
zarówno radykałom w „S”, jak i w PZPR nie pozwoliła sięgnąć po walkę wręcz z
władzą. Do tej według mnie kluczowej tezy powrócę nieco później.
Dramat w kopalni Wujek był bez wątpienia wstrząsem, który na zawsze pozostanie w
pamięci narodowej, choć byłoby z pożytkiem dla prawdy historycznej, gdyby cała
prawda o nim stała się częścią lekcji wychowania młodych Polaków. Kilka lat temu
odwiedził mnie były wojewoda śląski, Marek Kempski, który w trakcie rozmowy o
niedawnych latach powiedział, że nie rozumie, dlaczego generałowie Jaruzelski i
Kiszczak nie wykorzystują tego, że
„myśmy piętnaście kopalń przygotowali do oporu”.
Nie wiem, dlaczego o tym wówczas nie mówili, ale domyślam się, że to, co
stało się w Wujku, było zbyt wielkim psychicznym obciążeniem (nie mówiąc już o
politycznym), by toczyć spór o to, czy było 10, czy 15 kopalń gotowych do
czynnego oporu. Zresztą to przecież my, władza, wprowadziliśmy stan wojenny, a
nie górnicy. Dodam tylko, że był i jest jeden sprawiedliwy – Karol Modzelewski.
On właśnie publicznie powiedział, że czuje się współwinny za to, co stało się w
Wujku, „ponieważ myśmy ich do tego zachęcali”.
Odwalmy następny kamień o wielkim ciężarze gatunkowym. Do napisania nowej wersji
powojennej historii Polski wzięły się reakcyjne odłamy polskiej prawicy, którym
przewodzą prokuratorzy, pracownicy IPN, państwowej instytucji utrzymywanej z
pieniędzy podatników. Akceptuje ten stan rzeczy Platforma Obywatelska, podobno
formacja polskich liberałów. Wolne żarty! Jacy to liberałowie? Są również
zainfekowani jadem antykomunizmu, tyle że rzadko tym jadem plują. Szczerze
mówiąc, wolę jaskiniowych antykomunistów niż udających liberalnych dżentelmenów.
Wróćmy do naszego ugoru. W sprawie, o której poniżej, zaprawione cynizmem
kłamstwo goni kłamstwo. Pierwsze to zaplanowane i uporczywe lansowanie tezy, że
zarówno w latach wojny, jak tuż po niej „siły patriotyczne w Polsce walczyły o
niepodległość kraju przeciwko sowieckim okupantom i ich sługusom”, czyli takim
ludziom jak ja. Z pola widzenia znika wojna domowa wraz ze swoimi okrutnymi
prawami. Znikają rewolucyjne reformy społeczne lat 1945-1947, a także zamglone
brzegi Odry i Nysy. Nie rozwijam tego tematu, ponieważ zawiódłby mnie do
bezowocnych sporów z piszącymi na nowo historię Polski. Chcę jedynie wszystkim
chłoptasiom, dobrze odżywionym i służącym wiernie reakcji społecznej,
powiedzieć, że w 1945 r. i później nie walczyłem o niepodległość kraju, ponieważ
byłem jednym z setek tysięcy młodych Polaków, którzy uzyskali szansę na zdobycie
wykształcenia. Trzeba było żyć przez pięć lat pod okupacją hitlerowską, żeby
zrozumieć, dlaczego moje pokolenie przyjęło rok 1945 jako wyzwolenie, a nie jako
nową okupację (a was ścigały cienie szlacheckich powstańców styczniowych,
zabijanych przez Kozaków). Nie walczyli o niepodległość wychodzący z czworaków
fornale, rzadko który – otumaniony przez reakcję – szedł do lasu i tam ginął
bądź stawał się bandytą.
Gdyby zajrzeć do życiorysów ludzi pokroju Zaremby, Michalskiego, Semki i tysięcy
innych, to rychło okazałoby się, że rewolucja społeczna, jaka ogarnęła po wojnie
Polskę, otworzyła drogę do awansu rodzicom tych orłów pióra, wiodących żywot
przeżuwaczy zakłamanych banałów. Będzie ich zawsze moc, bo zawód dziennikarski
sprzedajny jest, oczywiście poza wyjątkami, ale tych trzeba już ze świecą
szukać. Na marginesie, Monika Olejnik ostrogi dziennikarskie zdobywała w
Programie III Polskiego Radia w czasie stanu wojennego.
To jeszcze nie wszystkie kamienie, które trzeba usunąć, aby w najbliższych
dziesięcioleciach Polska wyszła na prostą. Każdy, kto uważnie śledzi proces
przeciwko „gangsterskiemu gangowi”, zapewne ze zdumieniem odnotowuje, że w
komentarzach, wychodzących spod pióra naszych orłów dziennikarskich, z
zaskakującą łagodnością szczuje się przeciwko nam jako „sługusom Moskwy”,
„zdrajcom świętej polskiej sprawy” albo – jak rozszyfrował skrót PZPR Leszek
Moczulski – „płatnym zdrajcom, pachołkom Rosji”. A przecież w latach, które
minęły od 1989 r., prawie nie było dnia, by mojej formacji ideowej nie
przedstawiano jako zdechłych psów. Łykaliśmy w dużym stopniu bezzasadne obelgi,
ponieważ od dyktatu Moskwy nad Polską upłynęło kilka dziesięcioleci. Chyba się
nie mylę, stwierdzając, że wypreparowanie „gangsterskiej szajki” z kontekstu
ZSRR ma na celu pokazanie Polakom, iż działała ona samodzielnie i jej celem było
tylko utrzymanie władzy. Być może położenie nacisku na narodowy charakter
„zbrodniczej grupy” zmierzało do mocnego
ugruntowania w świadomości Polaków,
że przez wszystkie lata byli pensjonariuszami peerelowskiego więzienia,
którego strażnikami był Bierut, Gomułka, Jaruzelski i co pomniejsze
„bolszewickie karły”.
Przedstawienie „gangsterów”, z Wojciechem Jaruzelskim na czele, współgra z tezą,
powtarzaną przez niektórych radzieckich marszałków i generałów, a także przez
niektórych polityków, że nikt nie zamierzał wkraczać „z bratnią pomocą”. To
ciekawe, że polska reakcja z reguły nie wierzy „Sowietom”, ale w tym przypadku
wierzy im święcie. To znana i od lat podtrzymywana ich argumentacja.
Nieprawdziwa, ponieważ w maju 1981 r. Leonid Breżniew zapewniał Honeckera i
Husaka, że mogą spać spokojnie, bo „towarzysz Wiktor Kulikow opracował
odpowiednie plany kilku wariantów, które będą realizowane w sytuacji
zagrożenia”. Gdybyście panowie, prześladowcy Wojciecha Jaruzelskiego, usłyszeli
pouczenia Breżniewa, to ciekawe, jak byście zareagowali. Spokojem? Moje
pokolenie, po krótkim zaćmieniu umysłów stalinizmem i faszyzmem, wzięło na swoje
barki trud wydobywania kraju z cywilizacyjnego zacofania. W odróżnieniu od ONYCH,
czyli cynicznych panów demokratów, których nie martwi ani ubożenie milionów
rodaków, ani wzrost nikczemności i zastraszający upadek dobrych obyczajów
(spójrzcie na wasz Sejm, na język tam używany, chamski i żałosny), zaprzątnięci
są bowiem tworzeniem nowych mitów, zgodnie z zawołaniem faktycznego guru IPN,
Jarosława Kaczyńskiego, który powiedział: „nikt za nas historii Polski nie
napisze”.
Wracam do mojego pokolenia. Gdy słucham, jak surowo oceniają nas i plują na nas,
na nasz dorobek, na nasze życie ci, którzy mienią się gierojami, pusty śmiech
mnie ogarnia. Mam za sobą już prawie 82 lata życia. To dużo, znacznie mi bliżej
do końca niż do jakiegokolwiek początku. Moje pokolenie przeżyło straszliwą
wojnę, lata głodu i chłodu, ja ogromną traumę po gwałtownie przerwanym życiu
mego 47-letniego ojca, który zginął od kul komanda SS. A potem były następne
lata: brnięcie w gruzach Starego Miasta, czołgi na ulicach Berlina Wschodniego,
samosądy w Budapeszcie, upadek praskiej wiosny. Czy to mało, jak na losy i
doświadczenie jednego pokolenia? Co wy, którzy z zadowolonymi gębami radośnie
plujecie na sybiraka i polskiego żołnierza, który wyzwalał (dosłownie) Polskę z
kierunku wschodniego, daliście ojczyźnie? Wolność i niepodległość? Przejrzyjcie
na oczy i spróbujcie postawić się w ówczesnej sytuacji. Odpowiedzcie sobie na
pytanie, czy rzeczywiście uważacie pokolenie Jaruzelskiego, moje, a także
Kwaśniewskiego za durniów żyjących w szklanej kuli, odizolowanych od realnego
życia i sytuacji międzynarodowej? To
nas przyjmowali czołowi politycy świata,
prowadząc z nami poważny dialog o wspólnej odpowiedzialności za pokój w
Europie i bezpieczeństwo naszego kontynentu. A co się tyczy rządzenia Polską
przez prawicę, to doradzam skromność. Jaruzelskiego nie trzeba pouczać, co to
jest patriotyzm. Jego hartowała syberyjska tajga, a nie uniwersyteckie aule. A
już kwestionowanie tego, że działał w imię elementarnych interesów Polski,
uważam za szczyt bezczelności.
Polska prawica pracowicie wspina się na szczyty głupoty. Przez 40 lat cała
Europa pogrążała się w zimnej wojnie, gdy strach przed wykorzystaniem przez ZSRR
w polityce międzynarodowej (bo przecież był potęgą atomową) różnych nacisków
paraliżował rządy krajów i ich przywódców, tylko Polacy – jak teraz czytam –
śmiało demonstrowali swoje przywiązanie do niezależności, duchowo i politycznie
kochali szarpać niedźwiedzia za ogon. Prawicowa opozycja, w której szeregach z
zawrotną szybkością rosną dziś antykomuniści (zapewne wielu z nich nawet nie
miało w rękach „Manifestu komunistycznego”), bełkocze o wprowadzaniu przez PZPR
„komunizmu”. Gdzie? W Polsce, kraju katolickim, gdzie nawet 80% członków partii
uważało się za wierzących? Polski „komunizm” odznaczał się także cechą
szczególną: utrzymaniem prywatnego gospodarstwa rolnego, z zapisaniem tej
własności w konstytucji PRL. Przypomnę, że 82% ziemi ornej znajdowało się w
rękach rolników indywidualnych. I na dodatek „komunistyczne” państwo odbudowało
kościoły, a „ostatni komunistyczny premier”, czyli ja, w maju 1989 r. wniósł do
Sejmu trzy ważne projekty do dziś obowiązujących ustaw, zwiększających
przywileje Kościoła rzymskokatolickiego. W takim kraju jacyś jaskiniowi
antykomuniści bełkoczą o „komunizmie”, realizowanym przez PZPR w polityce
społecznej, wychowaniu etc. Od liberałów ze środowiska „Gazety Wyborczej”
poczynając, na czarnej reakcji kończąc, robią z nas komunistycznych twardzieli,
wrogów Polski. Nie chcą przyjąć do wiadomości (bo tak im pasuje do ich seansów
nienawiści), że
system socjalistyczny ewoluował
i nie można wrzucać do jednego worka czasów wojny domowej, stalinizmu,
odwilży, „małej stabilizacji” itd. Oni wszyscy nie mogą nam wybaczyć bezspornego
faktu, że miliony obywateli PRL wcale nie uważały, że żyją w ciężkim więzieniu o
zaostrzonym rygorze. Nic zatem dziwnego, że fałszerze najnowszej historii Polski
zdobyli się na haniebny proces przeciwko gen. Jaruzelskiemu. Jest to desperacka
próba ostatecznego zniszczenia zbiorowej pamięci narodu. Nasze protesty
przeciwko kolejnemu fałszowaniu faktów kwitują szyderczym uśmiechem
dziennikarskich młokosów i, pożal się Boże, posłów i senatorów, mieniących się
politykami. Żałosne to grono. Na zakończenie dwie ważne sprawy. Pierwsza dotyczy
stanu wojennego. Zarzuca się Jaruzelskiemu, że negocjował z „Solidarnością”, a
po cichu od miesięcy przygotowywał się do wprowadzenia stanu wojennego. Nie
byłem członkiem Komitetu Obrony Kraju ani nie uczestniczyłem w jego pracach, ale
było dla mnie zrozumiałe, że władza, która nie ma w konstytucji zapisanego stanu
wyjątkowego, musi zabezpieczyć się przed wydarzeniami, które mogą sprowadzić
nieszczęście na naród i państwo. Niektóre skryby ośmielają się nawet zarzucać
Generałowi, że prosił Moskwę o pomoc militarną. Ja zaś, z częstotliwości rozmów
z radzieckimi jesienią 1981 r., wyniosłem narastający strach przed interwencją.
We wrześniu owego roku stałem na balkonie gabinetu Generała i usłyszałem od
niego złowieszcze słowa: „Gdy wejdą, to ty, oficer rezerwy, i ja, w służbie
czynnej, wiemy, co ze sobą zrobić”. Karmili nas strachem, ponieważ znali
pogarszającą się sytuację gospodarczą. Partyjni urzędnicy snuli różne plany.
Doradca Breżniewa dzielił się uwagami na temat tego, kiedy wkroczą. Przewidywał
trzy, za przeproszeniem, „wejścia”. Na czołowym miejscu stawiał konieczność
wkroczenia w przypadku, gdyby władzę w Polsce przejęli socjaldemokraci:
Kazimierz Barcikowski, Hieronim Kubiak i ja. Jesienią tego roku ambasador ZSRR w
Bonn dzielił się swoimi refleksjami na temat Polski (M.F. Rakowski, „Dzienniki
polityczne”, Tom 8, s. 42). Nie były to rozmyślania napawające optymizmem. Nie
tylko ja żyłem w obawie o losy kraju. Strach o Polskę dominował wśród milionów
ludzi. Późną jesienią byłem już przekonany, że wprowadzenie stanu wojennego
będzie konieczne, choć do ostatniej chwili wydawało mi się, że jeszcze można go
uniknąć. Były to już pobożne życzenia intelektualisty. 12 grudnia 1981 r. o
godzinie 12.30 złożyłem w sekretariacie premiera list, który oddawał mój
nastrój: „Rozwój sytuacji politycznej i gospodarczej w Polsce w ostatnich
kilkunastu dniach wszedł w nową, krytyczną i bardzo niebezpieczną fazę.
Praktycznie rzecz biorąc, istnieją następujące wyjścia z sytuacji, w jakiej się
znajdujemy. Pierwsze, to kontynuacja obecnej linii, czyli
milczące przyzwolenie
na stopniowe (i skuteczne) osłabianie władzy. Kontynuowanie obecnej linii
musi w efekcie prędzej czy później przynieść kompletny rozkład władzy,
manifestacje uliczne, samosądy, terroryzm itd. Kontynuowanie tej linii może
doprowadzić do krwawych zdarzeń na ulicach miast, a w efekcie do interwencji
zewnętrznej. Drugie wyjście polega na poddaniu się, na podniesieniu rąk. Jest to
wyjście (wprawdzie teoretyczne), które spowodowałoby natychmiastową interwencję.
Trzecie polega na przejęciu inicjatywy przez Grupę Ocalenia Narodowego. Istotą
tej inicjatywy jest przejęcie pełnej władzy przez Ludowe Wojsko Polskie.
Obiektywnie oceniając istniejącą sytuację, należy stwierdzić, że jest to jedyne
wyjście, jakie nam jeszcze pozostało.
Bierzesz (bierzemy) na siebie straszliwe brzemię odpowiedzialności za los 36
milionów żywych ludzi.
Rozważ to dobrze. To nie jest jedna z tych trudnych, lecz w końcu tuzinkowych
decyzji, jakie codziennie podejmujemy. To jest wybór na śmierć i życie. Czy masz
(mamy) zupełną pewność, że warto ryzykować wszystko, dosłownie wszystko? Czy
przy swojej wrażliwości (także mojej) na napaści i ataki, masz w sobie dość
siły, aby znieść tę kampanię plucia, nienawiści i pogardy, jaka na Ciebie (na
nas) może spaść? Czy nie lepiej – póki nie jest za późno – podać się do dymisji?
Może jest to wyjście? Nie chcę Cię odwodzić od tej dramatycznej decyzji – mam na
myśli operację »Z« – bo może historia przypisała Ci ten sam polski wybór,
jakiego w swoim czasie musiał dokonać Wielopolski i Piłsudski, ale chodzi mi
jedynie o to, żebyś pamiętał, że masz już swą młodość daleko za sobą (podobnie
jak ja), że jesteś przede wszystkim człowiekiem, który ma tylko jedno życie, a
dopiero później jesteś żołnierzem i politykiem. Nawet przy najsprawniejszym
przeprowadzeniu Operacji, możesz stać się na wiele lat przedmiotem oszalałej,
polskiej nienawiści, a nie można wykluczyć zamachu terrorystycznego” („Dzienniki
polityczne”, Tom 8, s. 133).
W następnych latach kilka razy zaglądałem do tego listu i po mojej głowie
błąkało się pytanie: czy nie powinniśmy wówczas podać się do dymisji, przekazać
władzy „dobrym towarzyszom”, którzy zrobiliby w kraju porządek, szybko i
skutecznie? Nas, być może, by nie rozstrzelali, ale z całą pewnością
zostalibyśmy uznani za kontrrewolucjonistów, oportunistów i, co oczywiste, za
zdrajców socjalizmu. Niechby tą decyzją dopełnił się nasz straceńczy los. Gdy
pod brzemieniem ataków prawicy, jak się okazało chwilowych sojuszników przy
Okrągłym Stole, bezradny wobec mnożących się zarzutów o zdradę, wracałem do
cytowanego listu, dochodziłem do wniosku, że nie mieliśmy innego wyjścia i tak
trzeba było postąpić.
Prawicowi specjaliści od potępiania wyimaginowanego „komunizmu” w Polsce, po
1989 r. doprowadzili do niesłychanego obniżenia wszelkich standardów życia
publicznego, do cynicznego, amoralnego wprowadzania na salony polityczne
pozbawionych instynktu państwowego karierowiczów spod ciemnej gwiazdy, a także
do sponiewierania języka polskiego. Prekursorem tych mechanizmów, a dzisiaj
normy, był pegeerowiec Andrzej Lepper. Jego dzieło rozwinął twórczo premier
Jarosław Kaczyński. Spróbujcie, drodzy państwo, wziąć do ręki papier i notować
na nim wszystkie wulgaryzmy używane przez polityków, a także przykłady ich
wzajemnego
obrzucania się obelgami.
Właśnie w świetle schamienia języka publicznego przypatrzmy się słownictwu,
jakim wiodące w Polsce partie określają Wojciecha Jaruzelskiego. Zbiera się na
torsje.
Wróćmy do prawicowego oglądu ówczesnej rzeczywistości. Parafrazując Jarosława
Kaczyńskiego: tam stało ZOMO, a tu my, bohaterowie bez skazy, aniołowie, których
hufcom przewodzili archaniołowie. To jest wasz, panowie prawicowcy, obraz Polski
przełomu lat 80. Czy narzucenie milionom Polaków takiego podziału wam się uda? A
połowa dorosłych Polaków akceptująca z westchnieniem ulgi wprowadzenie stanu
wojennego to – za przeproszeniem – pies? Jest to co najmniej wątpliwe. Wy,
panowie wyznawcy prawicowego spojrzenia na świat i, co oczywiste, na Polskę,
zaprzeczacie, że kierujecie się zemstą. Czyżby? Czy upadlanie Jaruzelskiego jest
wymierzaniem sprawiedliwości? Gdyby istniała kara śmierci, to prawdziwy obrońca
prawa, dr praw Janusz Kochanowski, posłałby Jaruzelskiego – i zapewne nie tylko
jego – na szubienicę. To byłaby ciekawa interpretacja tego pojęcia. Nie wierzę
wam, nawet gdybyście przysięgali na wszystkie wasze świętości, w tym na Boga,
honor i ojczyznę. Nie sądzę, bym się mylił, uważając, że dyszycie żądzą odwetu.
W tym, co wyprawiacie z Generałem, nietrudno dojrzeć przyczyny zemsty – pozbawił
was smaku zwycięstwa. W przełomie, jaki dokonał się w 1989 r., nie padł ani
jeden strzał, nie powstała ani jedna barykada. Oddaliśmy wam władzę bez
protestu. Jacy zatem z was zwycięzcy? Co więcej, gdyby nie pojawił się Michaił
Gorbaczow i nowa generacja Rosjan, którymi pogardzacie, to być może nadal
żylibyście pod jarzmem „komunizmu”. I dlatego musicie ukarać Jaruzelskiego, by
lud zapomniał, że Generał ochronił Polaków przed dramatem narodowym, nie
pierwszym w naszej historii. Trzeba go Polakom zohydzić, zrobić z niego
gangstera. To się wam nie uda, ale uparcie i zaciekle próbujecie. Generał
pozbawił was wieńca laurowego, który – waszym zdaniem – należy się wam jak psu
kość. Otóż nie dokonaliście czynów bohaterskich. Mieliście do czynienia z
naiwnymi przywódcami, którzy poważnie brali przyjęte przez obie strony
zobowiązania i ustalenia przy Okrągłym Stole. Wierzyliśmy wam i za tę naiwność
płaci teraz Jaruzelski, jako symbol minionego socjalistycznego ustroju. Nie jest
ostatnim, który za nią płaci.
W myśl znanej stalinowskiej zasady, że w miarę upływu czasu walka klasowa
zaostrza się, został zidentyfikowany kolejny „wróg klasowy”, który już dziś z
furią jest atakowany (a po nim wszak przyjdą następni): to środowisko „Gazety
Wyborczej”, Adam Michnik i jego zespół, który omal nie pękł z dumy, gdy
„pogrzebał komunizm”. Oni, mimo że uznali, że „komunistów” należy wytrzebić z
polskiego krajobrazu jak kuropatwy, od początku byli uważani przez prawicę za
mydłków, a mówiąc brutalnie, za agentów komunistycznych. To dziwne, że tacy
mądrzy ludzie jak Michnik, Balcerowicz, Wielowieyski
nie przewidzieli,
że polska reakcja nie spocznie, dopóki nie pozbawi wpływów „parszywych
liberałów”. Ktoś zapyta, jakie są źródła głupoty polskiej prawicy? Można
powiedzieć, że wielorakie, że odwieczne i mimo że nie brakuje w niej ludzi
inteligentnych, to w rozumieniu świata są tępi jak sławna w latach 70. żyletka
Rawa Lux – z wyglądu robiła dobre wrażenie, ale używanie jej groziło
poharataniem twarzy.
Nie kocham liberałów, skupionych w redakcji „GW” i wokół niej. Przyznaję się
nawet do pewnej ułomności. Otóż, doceniając ich działalność polityczną,
kulturową itp., jednocześnie nie jestem wolny od pewnej złośliwej satysfakcji.
Byliśmy przez środowisko „GW” sekowani. Szefowie gazety decydowali, kogo z
lewicy można uznać za godnego uwagi, a nawet za pieszczocha. Ja do tej grupy nie
należałem, ponieważ koledzy Adama Michnika i jego podwładni tworzyli twardą
antykomunistyczną jaczejkę. Taka jest ironia Historii, Matki naszej. Teraz my,
„komuniści”, bronimy ich roli przy Okrągłym Stole.
PS Zbyt wiele miejsca zajęłaby polemika z poglądami marszałka Senatu, Bogdana
Borusewicza, bo jego tekst w „Gazecie Wyborczej” ocieka żółcią i nienawiścią, bo
traktuje on Jaruzelskiego jak kłamcę, niedojrzałego polityka. Jeśli jednak
pisze, że PRL była dyktaturą i przypisuje ją Jaruzelskiemu, to jest to kolejna
manipulacja historią. Jeśli chce zobaczyć prawdziwą dyktaturę, niech pojedzie do
Chile. Tam, na jednym cmentarzu, na wielkiej tablicy widnieje 3 tys. nazwisk
ofiar Pinocheta. A to jeszcze nie wszyscy. Borusewicz pisze, że to, co różni
dyktaturę Jaruzelskiego od Pinocheta, to jedynie liczba ofiar. Czyżby? To może
niech pojedzie do Nikaragui i przyjrzy się gorejącym wulkanom, do których Somoza
wrzucał swoich wrogów. Żyje pan, panie marszałku, w świecie iluzji. Zresztą nie
tylko pan.
***

Mieczysław Franciszek Rakowski zmarł 8
listopada w wieku 81 lat.
Byłego premiera i ostatniego I sekretarza KC PZPR pochowano na Cmentarzu
Wojskowym na warszawskich Powązkach dia 18.11.2008. Pożegnała go najbliższa
rodzina, politycy lewicy i dziennikarze tygodnika "Polityka"
|