|
Nasza rodzina Wehikuł czasu
Nasze okolice
Rozmaitości
Jan Chrzan
Ciekawostki z IV RP/III RP |
Yes, Yes, Yes... czyli jak z nauczyciela fizyki zrobić męża Opatrzności
W aktualnych felietonach/opowieściach/audycjach radiowo-telewizyjnych, zawsze przebija się kłamliwa nutka, mile brzmiąca w uszach wszelkich działaczy tzw. opozycyjnych, że okres PRL-u był okropny, po grubej kresce wstrętny. Ale teraz to dopiero będzie raj... powstanie IV RP, kraina miodem i mlekiem płynąca. Koniec z kolesiami, koniec z TKM, koniec z partyjniactwem, teraz tylko fachmani mają coś do powiedzenia. Gdybym nie był taki stary, to może bym się na te hasełka i nabrał. Może się też i trochę nabrałem, bo jednak w skrytości ducha miałem nadzieję, że wreszcie coś się zmieni. Akurat. Nie od dziś wiadomo, że nadzieja to matka głupich. Zmieniło się, ale jest tak samo jak za PRL-u, tylko gorzej. Jest jak za wczesnych lat utrwalania władzy robotniczo-chłopskiej... A "nowe" zaczęło się od... premiera. Jak Filip z konopi PiS wyskoczył z nikomu nieznanym osobnikiem o nazwisku Marcinkiewicz. Na krzcie Rodzice dali Mu Kazimierz. Z Gorzowa Wielkopolskiego. Życiorys jak życiorys, typowy dla "działaczy opozycji" tzn. tatuś cała duszą i ciałem w PZPR, jako lektor Komitetu Miejskiego tłumaczył na polski politykę partii. Jak tłumaczenie ludziom wyższości komunizmu nad człowieczeństwem stawało się zbyt trudne, to dowodził "pociągami przyjaźni" co to do Moskwy jeździły, z wybrańcami polskiego narodu. Pewnie chłop musiał, bo inaczej trafiłby oczywiście do gułagu. No, ale w domu tatuś "modlił się rano i wieczorem i dom był prawdziwie katolicki "... Tia, no taki już jest ten polski katolicyzm. A Pan Kazimierz to nawet ministrantem był, ale jednak chyba w okresie, kiedy tatuś za zasługi w PZPR został szefem dwóch kin w Gorzowie, no bo co o tym gorzowskim Kościele sobie można pomyśleć... tym bardziej, że Kazimierz na księdza się ponoć szykował. Tatuś przy okazji "oswobodzenia Polski spod komunistycznego jarzma" uwłaszczył się na tych dwóch kinach tak dobrze, że zarządzanie nimi stało się dziedziczne i na drugiego syna przeszło. Taka sytuacja, powiedział bym dwuznaczna, jakby to ujął przewspaniały felietonista Stanisław Michalkiewicz, Marcinkiewicze "palili, no nie zaciągali się "... Szkół zbytnio Kazimierz nie nakończył, ale zawsze. Skończył Wydział Matematyki Fizyki i Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego. Z wykształcenia nauczyciel fizyki, pracę nauczyciela zaczynał od wychowawcy przedszkolnego, potem uczył w podstawówce. Co prawda w życiorysie posłów na Sejm RP zapodał, że był nauczycielem akademickim, ale na dobrą sprawę, czy przedszkole tak bardzo się różni od akademii ? Akademię Pana Kleksa przecież wszyscy oglądali, to i wiedzą... Kazimierz połapał się szybko, że z pracy rąk to może się da wyżyć, ale nie da się żyć. Zaczął jak Ojciec od Partii. Ponieważ PZPR już nie było, na przeciwnym biegunie było ZChN, też się nadawało. Jednocześnie dał sobie spokój z nauczaniem i został kuratorem oświaty w Gorzowie Wlkp. Wiadomo, lepiej kontrolować niż samemu pracować. Dał się poznać. Nic dziwnego, że następny krok to wiceminister edukacji narodowej w rządzie naszej Hani Suchockiej. Jako wiceminister edukacji sprzeciwiał się wprowadzeniu wychowania seksualnego do programów nauczania. Musiał mieć biedaczek jakieś traumatyczne przeżycia w dzieciństwie. Krótko był tym ministrem, tylko roczek. Potem wicedyrektorem Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego w Gorzowie Wlkp, potem dyrektorem Zespołu Kolegiów Nauczycielskich. Ale ciągle to nie ta kasa. No to może tu. Został prezesem Fundacji na rzecz Gorzowskiej Szkoły Wyższej. Zdecydowanie lepiej. Co jak co, ale prezesura fundacji w Polsce to dobra robota dla takiego męża stanu, tym bardziej, że korytka nie opuszczamy i cały czas posłujemy na Sejmie III RP. Cały czas ślizgamy się na państwowych posadkach, czyli żyjemy z naszych podatkowych "dobrowolnych" składek. Ma też jakieś podejrzane układy z tym całym towarzystwem biznesowym wokół Opus Dei... - czytamy w książce "Zbigniew Ziobro. Historia prawdziwa", wydanej w serii " Pod lupą z Newsweek Polska"...
Aż przyszedł ten długo oczekiwany dzień... Jarosław Kaczyński 27 września 2005 wyznaczył Marcinkiewicza jako kandydata PiS na stanowisko premiera po zwycięskich dla tej partii wyborach parlamentarnych w 2005. 19 października na tę funkcję desygnował go prezydent Aleksander Kwaśniewski, a 31 października został przez Prezydenta RP zaprzysiężony na urząd Prezesa Rady Ministrów wraz z powołanym przez siebie rządem. 10 listopada rząd Kazimierza Marcinkiewicza otrzymał od Sejmu wotum zaufania. Ale co po Prezydencie Kwaśniewskim Państwo się spodziewali, poza tym poparł przecież swojego. W drugim pokoleniu, ale jednak. Być może, gdyby nie ideowa postawa Ojca Kazimierza, to Aleksander nie byłby prezydentem. Historia kołem się toczy po grubej kresce... Po tej nominacji społeczeństwo trochę oniemiało, ale zaraz ochłonęło i bukmacherzy zaczęli wnet przyjmować zakłady kiedyż to Kazio pójdzie na zieloną trawkę. Okazało się, że niedługo. Kazimierz zdążył jeszcze tylko wykrzyczeć swoje; YES, YES, YES (zna się te języki), a już 10 lipca 2006 Prezydent przyjął dymisję jego gabinetu i na nowego premiera desygnował Jarosława Kaczyńskiego. Kto raz popróbował państwowych apanaży, ten łatwo korytka się nie puści. A Kazimierz w szczególności, bo przecie normalnej pracy praktycznie nie popróbował. I tak 18 lipca 2006 został oficjalnie nominowany przez premiera Jarosława Kaczyńskiego na pełniącego funkcję Prezydenta m.st. Warszawy (jako zarządca komisaryczny miasta). Wybory samorządowe na Prezydenta Warszawy Marcinkiewicz przegrał w cuglach z naszą Hanią Gronkiewicz-Walz, ale szybko doszedł do siebie. Już po kilku dniach cała Polska, od Bałtyku do Tatr, szukała dla Kazia pracy, czyli stołka. Kazio był chętny na wszystko, byle nie do roboty. W grę wchodziła każda posada, byle wysokopłatna. W swoim blogu internetowym promował swoje pseudoumiejętności w bezprecedensowy sposób. Cała operacja szukania stołka dla Kazia (która nota bene nadal trwa) pokazała jak ma faktycznie wyglądać ta IV RP. Pokazała też człowieka całkowicie zatraconego w swojej bufonadzie i pysze, który przecież tak naprawdę nie posiada żadnych zawodowych kwalifikacji. Ot, pospolity model miernego, prowincjonalnego, peerelowskiego aparatczika. Śmiem twierdzić, że miałby problemy w otrzymaniu stanowiska w nauczaniu szkolnym, od czego przecież zaczynał i na którym na dobrą sprawę zakończył swoje zawodowe doświadczenia. Operacja ta ośmieszyła z kretesem całą organizację PiS, która sama podeptała cele do których miała dążyć. Nawet jak ktoś miał złudzenia jaka to ta IV RP nie będzie doskonała (np. ja) to po tym kabarecie natychmiast mu przeszło. Świadczy to o ogromnym lekceważeniu wyborców i krótkiej pamięci o tym jak skończył poprzedni rząd pod wodzą niejakiego Millera. A historia, to już wiemy, bardzo lubi się powtarzać... Kazimierz Marcinkiewicz nagle okazał się mężem Opatrzności, niezastąpionym, dla którego na gwałt trzeba szukać posady w rządzie, nawet kosztem jego (tzn. rządu) ponownego, a kolejnego, kryzysu. Jest sprytny, bowiem pracę doktorską „zlecił” na Uniwersytet Szczeciński do takiej Pani Profesor, co to potem całkiem przypadkowo została ministrem od kasy w jego rządzie. Tak więc za dwa lata (może i wcześniej, skoro taki uzdolniony) Marcinkiewicz będzie doktorem, następnie zanim PiS skończy jak Miller, będzie profesorem, jako że habilitacje do tego czasu szlag trafi. Sprytny jest, ale takich sprytnych to w tym kraju jest więcej... cóż więc więcej posiada ten aparatczyk nowożytnych czasów więcej ???? Ponieważ akcja "cała Polska szuka stołka dla Kazia" jeszcze trwa, na koniec musimy poczekać... razem z Kaziem oczekuje zapewnie też drobne 6 mln polskich bezrobotnych rodzin... A może zwrot "spieprzaj dziadu" nie był użyty przypadkiem...
Jan F. Kurkiewicz (w likwidacji) 7 lutego 2007 roku Z ostatniej chwili (10.02.2007) jak donosi prasa: "Najprawdopodobniej były premier obejmie dyrektorski fotel w
Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. Z nieoficjalnych informacji "Dziennika"
wynika, że już rozpoczęła się procedura usunięcia Tadeusza Syryjczyka z rady
zarządzającej EBOR-u. To właśnie jego miejsce miałby zająć polityk PiS, choć
Syryjczykowi kadencja kończy się dopiero w przyszłym roku". "Jak nic się nie powiedzie, wrócę do Gorzowa i rozpocznę wszystko od
początku" - mówi były premier. Tylko, ludzie, na co czekacie... Za czasów PRL-u był w TVP taki wspaniały program "Anatomia sukcesu". Rozmaici Marcinkiewicze tamtych czasów, przedstawiali w nim swoje sukcesy. Pewnego razu występował dyrektor ogromnych zakładów zbrojeniowych wraz z żoną, która w trakcie programu stwierdziła słodkim głosikiem, że ma takie niewinne hobby, podróże do egzotycznych krajów. W Polsce się zatrzęsło od śmiechu i złości, bowiem wtedy marzeniem dobrze zarabiającego inżyniera był wyjazd do Bułgarii w ramach programu "Europa za 100 $"... a te 100 $ można było otrzymać raz na 3 lata... I nie przeszedł ten występ bez echa. Pomimo, że był to faktycznie bardzo dobry dyrektor, znający swój zawód, wzorowo zarządzający przedsiębiorstwem, zapłacił jednak drogo za chwilę słabości swojej żony i niebawem stracił stanowisko. A podobno były to czasy całkiem niemoralne, zgniłe, rządziły kliki komunistów pożerających własne dzieci. Jednak taki drobny "niuans" był dla tej komunistycznej władzy nie do wybaczenia... Tylko, ludzie, na co czekacie...
Jan F. Kurkiewicz (w likwidacji) 13 lutego 2007 roku
Ciekawy felieton pod tytułem "Posada dla Kazia a sprawa polska" pióra Romana Graczyka, ukazał się 05.02.2007, w Tygodniku Powszechnym. Polecam... nie jest już aktualny, ale pięknie napisany.
|
|
|