Grzegorz Leon Kurkiewicz

 

Grzegorz KurkiewiczJan Chrzan, a właściwie Grzegorz Kurkiewicz (co niejako uzasadnia obecność na tej stronie...) jest krakowianinem „z dziada pradziada...”, zdecydowanie przedwojennym, a mimo to nadal czynnym felietonistą. Wybuch wojny przerwał jego szkolną edukację, więc po konspiracyjnej podchorążówce znalazł się w 1944 r. w oddziale partyzanckim „Setka – Limba” 12 pułku piechoty AK jako dowódca plutonu ps. Kardan. Oddział operował w Gorcach i zorganizował m.in. akcję odbicia generała „Olzy” (Brunona Olbrychta) z aresztu w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wprost z partyzantki Grzegorz Kurkiewicz trafił do wojska, gdzie w październiku 1945 w ramach tzw. akcji pułkownika Armii Krajowej „Radosława” został zweryfikowany do stopnia podporucznika. W 1948 roku w ramach tzw. „czystki” został jednak z wojska zwolniony i wówczas w roku 1949 podjął studia na SGPiS.

Ponieważ posiadał już rodzinę na utrzymaniu jednocześnie pracował jako robotnik w fabryce zabawek. Po uzyskaniu stopnia magistra pracował na Politechnice Warszawskiej jako asystent, a w 1956 r. przeniósł się do Gdańska, gdzie przepracował 7 lat w Stoczni Gdańskiej. W tym samym czasie rozpoczął studia doktoranckie w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie, gdzie uzyskał tytuł doktora ekonomii.

W 1969 r. po ciężkim wypadku samochodowym zdecydował się na debiut dziennikarski – początkowo w branżowym tygodniku „Głos Stoczniowca”, a następnie w lokalnym dzienniku „Głos Wybrzeża” i tygodniku „Czas”. W tym ostatnim zajmował się głównie problematyką zagraniczną, pisząc reportaże z NRD, RFN i podróży statkami PLO do Anglii, Kanady, USA, Kenii, Tanzanii i Madagaskaru. Był dwukrotnie laureatem I i II nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz innych nagród prasowych W stanie wojennym po zawieszeniu wydawania „Czasu” został zwolniony z pracy i obłożony zakazem wykonywania zawodu. Aż do 1989 r. pisywać mógł tylko w miesięczniku OO. Dominikanów „W drodze” i w gdańskiej podziemnej gazetce „Solidarność” pod różnymi pseudonimami. W 1989 r. był współorganizatorem „Tygodnika Gdańskiego”, a po upadku pisma (z nadmiaru ideowości...) pracował w „Wieczorze Wybrzeża” i „Dzienniku Bałtyckim”, gdzie poczynając od 1991 r. do dziś ukazują się jego felietony. W 2006 r. ukazał się jego literacki debiut „Osobliwe przygody Egona A. w Peerelu”, powieść autobiograficzna „z kluczem” – gdyż jej bohater Egon Alter (jak alter ego...) wykazuje wiele cech zbieżnych z powyższym życiorysem.
 

Wybór felietonów
 

1. Obejmowanie i ściskanie
2. O bezsensowności wojen
3. Boicie się czarnego luda?
4. Popis, czyli bizantynizm
5. One dolar = 2 zł i 15 groszy... czyli felieton ekonomiczny
6. Brzęczyszczykiewicz na Kozzie
7. Arsenały na złom
8. Świętość na wagę
9. Romantycznie i lirycznie w Schengenlandii
10. Żona na eksport, mąż z importu...
11. Termalne kąpiołki - a współżycie narodów i pokoleń

12. Twarde lądowanie na „Bolku”
13. Krew zaschła i zapomniana
14. Ruchy migracyjne według Kalego
15. Za co powiesić Kołłątaja...
16.Kamykiem w magistra
17.  Sezon ogórkowy 2008 w pełni...
18. Pan Stefan, czyli o poplątaniu życiorysów
19. Jak Estończyk z Portugalczykiem...
20. Pożądana ochrona specsłużb
21. Co najwyżej bieg przez plotki...
22. Zaczyna się niewinnie...
23. Refleksje poolimpijskie
24. W za dużych butach…
25. Przyczynek do historii epokowych odkryć
26. Blondynki i generał
27. Proces Bandy Siedmiu
28. 30 lat temu
29. Requiem dla nie odwiedzanych
30. Do piór – póki czas...
31. Świta w tunelu?
32. 10 dni w Kraju Orła
33. Nie prywatyzujcie nam armii!
34. Dwuślad pod choinkę?
35. Hau hau, miau miau - felieton zoologiczny
36. Rezonans za Odrą
37. Święta czy wariatka – a może sposób na kryzys?
38. Albania dla początkujących – zapiski z podróży
39. Dobry obyczaj cenny nadzwyczaj
40. Chanuka w Sejmie, Prezydent w jarmułce
41. „Nie będzie Niemiec pluł nam w płaszcz...”
42. Zanim staną na podium...
43. 27 wejść wprost z ulicy
44. Raport z byłego „Enerdowa”
45. Winnetou i Pchła Szachrajka
46. Przyczynek do wiedzy o orderach
47. Suwerenność zagrożona?  
48. List półotwarty na „Dzień Flagi”  
49. Przeciw praktyce miksowania

50. Spowiedź pacjenta
51. Wspomnienia niebieskiego mundurka
52. Wolne pokoje - Zimmer Frei
53. Opierzona władza
54. Z dziejów reklamy
55. Mazury - cud natury...
56. Orzeł wylądował
57. Polska odmłodzona?
58. Telewidz i ustawa
59. Jeszcze jedna celebra…
60. Na przykład Grodno
61. Dorównać labradorom
62. Pieskie życie
63. Siedemnastego...
64. Drzewa umierają stojąc
65. 31 lat minęło…
66. Znów my i oni, celebryci…
67. Nasz zdrowy imidż
68. Historyczne nauczki
69. Hajli hajlo hajla…
70. Rachunki do wyrównania?
71. Był jajkiem z piasku i niedzielą
72. Ręka rękę brudzi?
73. Piłka w grze
74. Liczmy na siebie
75. Strachy na lachy
76. Vancouver 2010 - sława i chała
77. Nadzieja w Portugalii?
78. Myślostrzępy spisane na gorąco
79. 1940-1990: Mój Katyń
80. Brązownicy i odbrązawiacze
81. ALBANIA vel SHQUIPERIA
82. Powrót króla
83. Uroki rekonstrukcji
84. 22 Lipca, teraz znów E. Wedel
85. Trzecia Japonia?

 

***

Publikowane felietony są indywidualnymi poglądami Autora.  Redakcja Kurkiewicz Family niekoniecznie się
z nimi zgadza i  identyfikuje ideologicznie :-)... uściślając, można powiedzieć, że generalnie się nie zgadza...

***

 

1. Obejmowanie i ściskanie
 

Angielski kwakier William Penn (1644 – 1718), twórca kolonii Pensylwanii, w której panowała wolność religijna, a z Indianami nawiązano współpracę, w eseju „European Dyet, Parliament of Estates” z 1693 r. proponował utworzenie ligi państw z własnym parlamentem, co by zapobiegło wojnom w Europie. Trzeba było jednak I wojny światowej z 10 mln ofiar, by w 1919 r. powołano Ligę Narodów. Polska była jednym z 20 krajów założycielskich. Liga zjednoczyła 63 państwa. Ale skoro Niemcy wystąpiły z niej w 1933 r. po dojściu Hitlera do władzy, wraz z nimi Japonia, a w 1937 r. także Włochy – nie zapobiegła wybuchowi II wojny światowej i w 1946 r. uległa formalnemu rozwiązaniu. Przetrwała jednak sama idea wspólnoty, toteż w 1945 r. w San Francisco 51 państw, w tym Polska, powołało ONZ. Ta organizacja spęczniała nam stopniowo do 192 państw, a im jest liczniejsza, tym mniej efektywna w zapobieganiu konfliktom zbrojnym.

Przykłady? Gdy w 1950 r. po wybuchu wojny koreańskiej ONZ wbrew ZSSR uznała konieczność interwencji, wojska 14 państw wzięły udział pod jej flagą w walkach przeciw armii północnokoreańskiej i chińskim rzekomym ochotnikom. „Błękitne hełmy”, co prawda w 95 proc. z USA, dotrwały do ustanowienia linii demarkacyjnej na 38 równoleżniku, istniejącej do dziś. Jeszcze w latach 1990 – 91 siły ONZ z przewagą amerykańską brały udział w „Pustynnej Burzy” i wyzwalaniu Kuwejtu, ale już w 1994 r. poniosły w Somalii sromotną klęskę. Przyczyną jest swoista elefantiaza czyli słoniowatość, chorobliwy rozrost powodujący ociężałość. A także brak indywidualności na miarę Trygve Lie, Hammarskjõlda czy U Thanta. Kto wie, że u steru ONZ zasiadł nijaki, sorry, niejaki Ban Ki – moon?

Oby słoniowatość nie dotknęła lubego Polakom NATO, wykazującego na bukareszteńskim szczycie ogromną chęć rozmnażania. Byłbym za samolubną zasadą, że przyjęcie nowych członków, a nawet sama zapowiedź winna przynieść konkretne korzyści państwom już zrzeszonym. Rozszerzanie w imię rozszerzania w efekcie tylko osłabi wojskowy potencjał, zamiast go wzmocnić. „Kto więcej obejmuje, ten mniej ściska...” – rzecz ujmuje lapidarnie francuskie przysłowie.


2. O bezsensowności wojen
 

Antoine de Saint ExuperyHorst Rippert, pilot Grupy Myśliwskiej 200, wykonywał 31 lipca 1944 roku lot rozpoznawczy w rejonie Tulonu. Na południe od Marsylii dostrzegł samolot ze znakami USA i „Wolnej Francji”. Gdy otworzył ogień, dwusilnikowy Lockheed P38 runął w morze. Nikt nie ratował się na spadochronie. To zestrzelenie nie było dla Ripperta niczym nowym. Zakończył bowiem wojnę mając 28 zwycięstw i Krzyż Rycerski na szyi. Jego też zestrzelono dwukrotnie. Tym razem wrócił z rozpoznania bez przeszkód do bazy w okupowanej Francji.
 


Podczas wojny zestrzelono tysiące samolotów i nie warto by o jednym wspominać, gdyby w alianckiej maszynie nie zginął znakomity piewca braterstwa wszystkich ludzi, ofiarności i poczucia obowiązku, odwagi, prawości i solidarności, słowem wartości kardynalnych. Miał 43 lata, był starszy od innych pilotów. Pod sztandar „Wolnej Francji” zaciągnął się ochotniczo, rezygnując z azylu w USA, gdzie miał znakomite warunki. Tam w 1943 roku powstała jego najbardziej poczytna książka o „Małym Księciu”, tłumaczona na ponad 140 języków. Mowa oczywiście o Antoine de Saint Exupery.

W marcu br. Horst Rippert, lat 88, były dziennikarz ZDF, wyznał marsylskiej gazecie „La Provance” prawdę o zabiciu pisarza. Dopiero po wojnie dowiedział się kim był pilot Lockheeda. Ceni jego twórczość i do dziś żałuje, ale fakty są nieodwracalne. Ich ujawnienia zresztą domagało się morze, bo w ponad pół wieku od śmierci pisarza francuski rybak wyłowił jego bransoletkę z wygrawerowanym nazwiskiem, a w 2000 roku nurek natrafił na wrak samolotu. Szczątki wydobytej w 2004 roku maszyny i bransoletkę eksponuje Muzeum Awiacji w Le Bourget.

Inter arma silent Musae, milczą muzy podczas wojny...Mógłbym użalić się choćby nad naszym Baczyńskim, czy wieloma ludźmi kultury i sztuki, ofiarami wojen, rewolucji, przemocy i gwałtów. Ale oddam głos Małemu Księciu. „Byłem bardzo dumny, mogąc mu powiedzieć, że latam. Wtedy zawołał: - Jak to, spadłeś z nieba? – Tak – odparłem skromnie. – Ach, to zabawne. I Mały Książę wybuchnął śmiechem, który mnie rozgniewał. Wolałbym, żeby poważniej traktowano me nieszczęście...”.

3. Boicie się czarnego luda?
 

Odkąd nasze media zaczęły opisywać starcia Baracka Obamy z panią Clinton – zawsze słyszymy o „czarnoskórym kandydacie”. Czarność ma epatować polskiego odbiorcę. Czy to możliwe, by najważniejszy urząd (obok Watykanu...) objął jakiś Kunta Kinte, czy murzynek Bambo? Pewnie eks-pucybut, teraz rozpychający się wśród białych? Barwa skóry, a nie osiągnięcia kandydata dominują w doniesieniach, bo my białość, czyli mniej pigmentu, wysoko sobie cenimy, choćby w potyczkach z Romami, dawniej Cyganami. Albo w zaczepkach wobec kolorowych studentów i sportowców. A najmocniej w dezaprobacie dla mieszanych par i ich beżowego potomstwa.

Tylko z zagranicznych źródeł można się zorientować kto jest kto i czemu Obamie tak poparcie rośnie. To „czarne dziecko bez ojca, z dziwacznym imieniem i nazwiskiem...” – jak o sobie pisze – miało wprawdzie tatę alkoholika i dziwkarza, za to mądrą i kochającą matkę po studiach antropologii, nauczycielkę angielskiego, podróżniczkę i działaczkę na rzecz kobiet w Trzecim Świecie. Jego babka, wiceprezeska Banku Hawajów, zafundowała wnukowi dobrą szkołę w Honolulu. Był jednym z trzech czarnych uczniów, popularnym jako gracz w bejsbola i chórzysta. Kolejny etap doskonalenia to Occidental College w Los Angeles, gdzie zasłynął jako dyskutant a to na temat filozofii Nietschego, a to apartheidu w RPA. Po collegu stanął wobec dylematu. „Kolor skóry określał moją osobowość, ale nie mogło się na tym skończyć. Chciałem po sobie zostawić ślad...” – jak pisze w godnej przekładu książce „Dreams from My Father”. Ukończył więc politologię, a po niej prawo na Harvardzie, tej kuźni amerykańskich elit. Z chlubną oceną „magna cum laude”, czarując profesorów „poważnym podejściem, żądzą wiedzy, siłą argumentów i nadzwyczajnym opanowaniem...”. W 1996 wybrano go senatorem stanu Illinois, a w 2004 wszedł triumfalnie do Senatu USA. Ma dotąd, jak wyliczyłem, sześć doktoratów honorowych.

Daj nam Polakom, dobry Boże, kiedyś takiego kandydata. Choćby i czarnego. Albo nawet w prążki.

4. Popis, czyli bizantynizm
 

Marszałek Piłsudski zwykł wyruszać z Belwederu na spacer alejami. Z daleka rozpoznawalny w legionowym mundurze, jedynie z adiutantem, niedbale salutował kłaniającym się przechodniom. Obstawy organicznie nie znosił, choć czasy były o wiele niebezpieczniejsze od obecnych. Dość wspomnieć zabójstwo prezydenta Narutowicza, czy dwa śmiertelne zamachy ukraińskich nacjonalistów z OUN – w 1931 w Truskawcu na naczelnika wydziału wschodniego MSZ, posła Hołówkę, a w 1934 na ministra spraw wewnętrznych Pierackiego – w centrum stolicy, na ulicy Foksal. „Przewrót majowy” w 1926 roku kosztował życie 379 żołnierzy i cywilów, a 920 osób odniosło rany Do tłumienia ciągłych protestów chłopskich czy robotniczych używano broni z ostrą amunicją. Dopiero w 1923 roku, gdy w szarży ulicami Krakowa z rąk uzbrojonych strajkujących zginęło 3 oficerów i 11 ułanów, a ponad 100 żołnierzy było rannych, zakazano używania wojska w zamieszkach.

Teraz sielsko i anielsko. Pielęgniarki tylko poświstywały i tłukły w butelki z grosikami. Górnicy zamiast najeżdżać na Warszawę głodowali wzorem Ghandiego kilometr pod ziemią. Nauczyciele tylko przebąkują o bojkocie matur i jedynie celnicy wstrząsnęli Polską, idąc masowo na urlopy. Po co więc trwa finansowana za grosz podatnika nieustanna manifestacja siły władzy, wspomagana przez elitarne BOR. Mkną po Polsce kolumny opancerzonych limuzyn z ciemnymi szybami i kogutem, wioząc VIP-ów a to na narty, a to na gospodarskie wizyty w stylu Gierka. Wozi się nawet VIP-ów już tylko eks... W chronionym przez własną straż Sejmie szpalery napakowanych jak szafa borowików, ze słuchaweczką w uchu, eskortując byle VIP-a bez pardonu odpychają posłów i dziennikarzy. Ten bizantynizm, taki popis blichtrem, ochrona nawet dla pałacowych kancelistów, odgraniczanie się kordonem od zwykłych Kowalskich – niepotrzebnie bulwersuje opinię.

Wyjątek stanowi ochrona Placka, zagrożonego wiadomym podobieństwem To kwestia najwyższej wagi, choć znacznie tańszy byłby powrót do wąsika.  
 

 5. One dolar = 2 zł i 15 groszy... czyli felieton ekonomiczny

Pokutnica Maria Egipcjanka z Aleksandrii (jej atrybuty w ikonografii to długie włosy, strój pokutny i trzy bochenki chleba) pragnęła odwiedzić Jerozolimę. Dominikanin Jacobus, arcybiskup Genui, opisał w „Legenda Aurea” jej targi z załogą statku: „Nie mogę wam dać pieniędzy, ale weźcie moje ciało i potraktujcie je jako zapłatę. A więc zabrali mnie na pokład i moje ciało było zapłatą...”. Cytuję wg eseju Norberta Ohlera w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z 20 marca br. o pielgrzymkach w średniowieczu.

Z zachowaniem proporcji, bom nie święty – już od dziecka, naczytawszy się książek Fiedlera, chciałem przeżyć Kanadę pachnącą żywicą i ujrzeć Madagaskar. To się za Gierka stało teoretycznie możliwe. Nie miałem jednak dewiz prócz moralnych, nie mogłem dać jak owa święta ciała, ale za nagrodzone przez SDP stoczniowo – portowo - żeglugowe reportaże załapałem się na dwie podróże na statkach PLO. Do Kanady i USA oraz na Madagaskar, z wyżywieniem i spaniem w marynarskiej koi.

Za każdym razem wolno mi było kupić 25 dolarów po kursie oficjalnym. Na kupno od cinkciarzy nie było mnie stać. Przepłynąłem więc Atlantyk i żeglowałem po Oceanie Indyjskim ściskając w ręku banknot zielony, a w portach na trasie odmawiałem sobie wszystkiego. Choćby butelki „Fanty” w żarze Mombasy albo lurowatej kawy za kilkanaście centów w Milwaukee, gdzie było minus 27 stopni. Kalkulowałem, co można za to kupić w Peweksie i Baltonie. Przywiozłem z wojaży nylonowe kołderki, potem sprzedane w komisie, lichy zegarek, który za miesiąc się popsuł i portki nabyte za dolara u baptystów w Kenosha, w stanie Wisconsin.

Teraz inaczej... Czuję się światowcem, kupując w sklepie osiedlowym kilo młodych kartofli za półtora dolara. Moje honoraria autorskie, liczone w zielonych, pną się ostro w górę. Rzucam w kościele na tacę równowartość dolara plus 15 groszy po aktualnym kursie jak panisko, a za półtora zielonego podróżuję niskopodłogowym podmiejskim autobusem. Ale ani nie przybywa żywności w mej lodówce, ani złotówek w portfelu.

Wręcz przeciwnie.
 

6. Brzęczyszczykiewicz na Kozzie

 Państwo Zacheuszowie z trzyletnią córką znaleźli się w 1991 roku w Niemczech, znając ledwie kilka słów po niemiecku. Ona miała tzw. pochodzenie, czyli dziadka w wehrmachcie, on polski dyplom inżyniera i 9 lat na kierowniczym stanowisku. Pierwszym krokiem w niemieckość stało się dla obojga pozbycie końcowego „z” w nazwisku. Wymawia się je teraz „Cachojs” i już nie razi niemieckich uszu. Celnik Zacheusz, jak czytamy w Ewangelii, wdrapał się na drzewo by ujrzeć Jezusa (Łk 19, 1 – 10). Na ewangelickim w większości Śląsku Cieszyńskim, skąd Zacheuszowie rodem, nazwiska wzięte z Biblii nie są rzadkością.

Podobno do naszych konsulatów zgłaszają się świeżo wyeksportowani rodacy z prośbą retuszu imienia czy nazwiska, by było łatwiejsze dla tubylców. W filmie „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” przyaresztowany Franek Dolas podaje gestapowcowi lewe nazwisko Brzęczyszczykiewicz, a ten zdesperowany rezygnuje z przesłuchania... Nic dziwnego, że nasi zagranicą często przybierali imiona i nazwiska ułatwiające kariery. Tak z Teodora Józefa Korzeniowskiego narodził się Joseph Conrad, tak Rudolf Modrzejewski, syn aktorki Heleny, stał się Rolphem Modjeskim, słynnym amerykańskim budowniczym mostów, zaś Apolonia Chałupiec z Lipna zrobiła karierę filmową jako Pola Negri. W Paryżu fryzjer Cierplikowski z Sieradza zabłysnął jako Monsieur Antoine, dyktator damskich fryzur i właściciel 121 salonów, a w USA muzyk Władysław Jagiełło zdobył fortunę jako Wladzio Valentino Liberace. Król Stanisław Leszczyński po wymuszonej abdykacji stał się Stanislasem Leczinskim, księciem Bar Le Duc i Lotaryngii. Świat pamięta Marie Curie, choć rzadko wie, że to z domu panna Skłodowska.

Takie konwersje zwykle równają się spaleniu mostów za sobą, odcięciu narodowej pępowiny i rezygnacji z powrotu. Goryczy dopełnia, że nawet odkryta w 1839 roku przez Pawła Strzeleckiego najwyższa góra Australii, Mount Kosciuszko (2228 m n.p.m.) znana jest powszechnie jako Kozzie. Dojazd z Thredbo Valley za 27 dolarów kolejką na poziom 560 m n.p.m., dalej na szczyt piechotą. Dla rodzin przewidziane zniżki.
 

 7. Arsenały na złom

MekongSyntetyczną historię wojen można sprowadzić do odwiecznej walki włóczni z tarczą, czyli broni ofensywnej z obronną. Ilekroć tę włócznię ulepszano, zwiększając jej siłę rażenia, tylekroć mający tarcze głowili się nad ulepszeniem jej odporności – i odwrotnie. Brawurowe szarże konnicy zmiatały zastępy łuczników, dopóki nie wynaleziono broni palnej z ładunkiem upychanym stemplem w lufie. Ten wynalazek ustąpił broni odtylcowej i tak dalej. Dzisiejsze bronie ofensywne to czołgi, działa szturmowe, bombowce, rakiety dalekiego i średniego zasięgu, ciężka artyleria czy barki desantowe, a rolę tarczy pełnią fortyfikacje, artyleria przeciwlotnicza i przeciwpancerna, rakiety „ziemia – powietrze” i różne modyfikacje pancerfaustów z czasów II wojny światowej. Zauważmy, jaki sprzeciw budzą wśród potencjalnych napastników zamiary doskonalenia tarczy. Pierwszym przykładem była gwałtowna reakcja ZSSR i Chin Ludowych w 1983 r. na plany „gwiezdnych wojen” Reagana, czyli zamiary niszczenia rakiet balistycznych w przestrzeni kosmicznej. A obecnie świat słyszy twarde i nieustępliwe „njet!” z Moskwy - w odpowiedzi na amerykańskie zamiary lokalizacji systemu obrony przeciwrakietowej w Czechach i w Polsce.

Te teorie i wciąż modyfikowane arsenały spod znaku włóczni i tarczy, mają jednak wartość złomu wobec trwającej nieprzerwanie od 11 września 2001 r. wojny wolnego świata z międzynarodowym terroryzmem. W odwecie za zburzenie WTC miano w Iraku i Afganistanie przydybać zbrodniczych rozkazodawców. Zginęło już kilka tysięcy żołnierzy USA i sojuszniczych krajów, w tym ponad 20 chłopców znad Wisły, tymczasem akcje z użyciem najnowocześniejszych samolotów, helikopterów, czołgów i elitarnej piechoty trafiają w próżnię, kładąc niestety pokotem wielu niewinnych tubylców. Bo niewidzialny wróg jest wszędzie i nigdzie. Może objawić się w dowolnym przebraniu i charakteryzacji. Nikt w porę nie wykryje tzw. pasów szachidów nadzianych trotylem pod cywilnym odzieniem lub środków wybuchowych w torbie, w dziecinnym wózku lub w samochodzie – pułapce.

Technicznie możliwą kontrakcją byłoby zainstalowanie wielu milionów kamer w prywatnych pomieszczeniach, w sypialniach i toaletach, może nawet przymusowe wszczepianie obywatelom chipów z nadajnikami, umożliwiającymi lokalizację - słowem orwellowski koszmar do n-tej potęgi. A i to byłoby funta kłaków warte w konfrontacji z fanatykami dżihadu, świętej wojny wypowiedzianej sługom Wielkiego Szatana, przeklętym europejskim i amerykańskim krzyżowcom i syjonistom wszelkiej maści. W imię Allacha i Jego Proroka Mahometa.
 

8. Świętość na wagę

Sprzedawca relikwii Sanderus z „Krzyżaków” oferował szczeble drabiny, jaka przyśniła się Jakubowi w drodze z Beer – Szeby do Haranu..W obrocie trafiały się nawet święte napletki, rzekomo z obrzezania Jezusa. Datujący się z IV wieku kult kawałków ciał męczenników stał się pasją możnych i sprawą prestiżu. Omijano wydany w 386 r. przez cesarza Teodozjusza zakaz dzielenia zwłok, nie szanowano wydanego w V wieku zakazu ekshumacji. Otton III dostał od Bolesława Chrobrego odrąbane ramię św. Wojciecha, które zresztą w 1928 r. wróciło do Gniezna. Za wysokiej klasy kolekcjonera uchodził elektor saski Fryderyk Mądry, którego zbiory w 1520 r. liczyły 19 013 świętych eksponatów. Reformacja luterańska odrzuciła kult relikwii – natomiast w naszym Kościele nastała epoka wspaniałych relikwiarzy, zdobionych klejnotami i noszących kształty wież, kopuł, monstrancji albo popiersi wyniesionych na ołtarze. Oczywiście jak tam, gdzie idzie o duże pieniądze (a w 1237 r. król Ludwik IX za cierniową koronę Chrystusa zapłacił cesarzowi Konstantynopola Baldwinowi II niewyobrażalną sumę 135 tys. liwrów) zdarzały się fałszywki. Rozwinął się też handel relikwiami wtórnymi, jak skrawkami płócien, w które opakowano te pierwotne, czy olejem z kaganków, jakimi oświetlano rzekomo miejsce męczeństwa.

Piszę o tym, bo wzburzył mnie właśnie pomysł ekshumacji i pocięcia szczątków Papieża Polaka, a co najmniej wypreparowania Jego serca. Już się zgłaszają klasztory i parafie, chcące zarezerwować choćby kawałek. Przybędzie ich lawinowo, więc trzeba będzie pokrajać coraz więcej ciała, minimalizując wymiary i ciężar porcji. Dojdzie do sporów... Komu kciuk, a komu obojczyk? To makabra i lekceważenie Jego ostatniej woli – spoczynku w ziemi i rozsypania się w proch. „Ludzie, czego szukacie w martwej kości? Czemu nie poszukujecie żywej świętości, która dać może życie wieczne?” – pytał retorycznie dominikanin, filozof i mistyk Eckhart von Hochheim (1260 – 1327) zwany Mistrzem Eckhartem. I miał rację. Dodam, że w obowiązującym Katechizmie Kościoła Katolickiego nie ma o relikwiach nawet wzmianki.


9. Romantycznie i lirycznie w Schengenlandii

Z okazji zielonoświątkowych porządków znalazłem w szufladzie stary adreśnik, gdzie między M jak Maciek, w domyśle Łopiński (tak, ten sam co teraz robi za ministra...) a O, jak pewien fotograf skaperowany przez ubecję, napisałem w 1984 roku w oczekiwaniu na rychłe przeszukanko: „Może tego nie dożyję, ale kiedyś i wy, szanowni przeszukiwacze, będziecie drżeć o skórę, zapuszczać brody, używać fałszywych papierów i wiać do ZSRR, o ile ZSRR jeszcze będzie...” Rok później w Słubicach notesik wyłowiła z mej walizki młoda celniczka i wertując natknęła się na to proroctwo... Spytała ostro o dowód. Miałem go z sobą, podobnie jak peerelowską namiastkę paszportu, więc odesłała mnie z granicy z powrotem do Słubic. Nie wolno było mieć jednocześnie dowodu i paszportu, bo a nuż podstępny szpieg z NATO, wykradłszy w NRD polski dowód, wysadziłby Pałac Kultury. W Słubicach staruszek portier z uśmiechem schował mój dokument do depozytu. Wielu jak mnie wówczas przeczołgano, bo służba celna była mocno zbliżona do służb sekretnych.

Niebywałe emocje towarzyszyły przekraczaniu granic. Wracając ongiś z udostępnionego Polakom rąbka Wysokich Tatr, tzw. konwencji turystycznej, od czechosłowackiego celnika, usłyszałem, że zakupy w mym plecaku przekraczają o zgrozo o 3 korony ustalony limit. Był nieubłagany, więc musiałem igielnik i dwa naparstki ciepnąć w okoliczne krzaki. A za Gierka w latach 70, gdy wolno było tylko z dowodem osobistym odwiedzać „Pierwsze państwo robotników i chłopów na niemieckiej ziemi...” po enerdowskie zamiataczki typu „Kasia” czy czajniki z gwizdkiem, nasze panie przed granicą w nowiutkich szpilkach z „Salamandry” tuptały po lesie, by je ubrudzić. Inaczej musiały liczyć się z ich konfiskatą.

Teraz inaczej. W Schengenlandii, w której znaleźliśmy się niedawno, Helmut będąc w Szczecinie na zakupach poderwie Marzenę i zaprosi ja na kawę do Pasewalk. Potem przekroczą znów Odrę w dowolnym miejscu, by dokonać poczęcia na terytorium RP. To samo nad Olzą wykona Rużenka z naszym Lechem, a w Lazdilai Kiejstutas z Basią. W pogranicznych rejonach zaroi się wkrótce od bobasów z koktajlem polskich, niemieckich, czeskich, słowackich czy litewskich genów. I bardzo dobrze, bo już hipisi głosili, że „lepiej robić miłość niż wojnę...”.
 

10. Żona na eksport, mąż z importu...

 

Nakręcony 45 lat temu, w zamierzchłym 1963 roku, film mistrza Barei „Żona dla Australijczyka” nie zachwycał mimo doborowej obsady – Elżbiety Czyżewskiej, Gołasa, Dziewońskiego i Czechowicza. Był niezłym pretekstem by pokazać „Mazowsze”, wówczas u szczytu świetności, ale fabułę miał naiwniutką i całkiem nieprawdopodobną. Gołas w roli Roberta, zamożnego australijskiego farmera o polskich korzeniach miał zamiar w trzy dni znaleźć w Polsce i wywieźć za ocean kandydatkę na żonę – ale w filmie nie wyszedł poza swoje skądinąd znakomite aktorskie emploi ni to cwaniaka ni to głupka, idącego w Polskę w pijanym widzie. Widzom trudno było uwierzyć, by tak odstający od wizerunku człowieka sukcesu i tak absolutnie z wyglądu nie anglosaski facet zdołał dorobić się w Australii. Także porwanie i uwięzienie pięknej Hanki - mazowszanki, z Czyżewską w tej roli, było absurdalne i nawet w Peerelu skończyłoby się kryminałem. Jedno tylko było oczywiste. Nawiązana na Wybrzeżu miłosna przygoda musiała znaleźć swój happy end w mitycznym kraju – raju na półkuli południowej, gdzie jak wyraźnie widać na globusie ludzie chodzą nogami do góry. Inna wersja, osiedlenie się Australijczyka w  Polsce, w ówczesnej siermiężnej epoce Gomułki, przekraczałaby wszelkie granice prawdopodobieństwa...


Teraz trochę inaczej... Oto w wychodzącym w Sydney „Sunday Telegraph” z 4 maja br. natrafiłem na reportaż o australijskim dziennikarzu Evanie Maloney, lat 38, od 2001 roku zamieszkałym w Szczecinie, mężu Polki poznanej w Londynie i ojcu Loury, aktualnie lat 6, będącej owocem mieszanego stadła. Mister Maloney zarabia na życie blogując co tydzień z Polski dla „News Limited” w kraju ojczystym. Założył również spółkę filmową z osiedlonym w Szczecinie... Portugalczykiem, też oczywiście żonatym z Polką, a w wolnych chwilach uczy angielskiego w tamtejszej International School. Co dziwniejsze, to fakt, że dwa lata temu ściągnęli nad Odrę również na stałe na jego rodzice. Ewan mówi już nieco po polsku, ale tak z australijska, więc musi wyjaśniać zwłaszcza taksówkarzom, dlaczego przeniósł się z Australii w naszą wciąż zgrzebną rzeczywistość.

Żeby tak do Gdańska albo Kielc, a nie do mocno zapyziałego Szczecina (vide chociażby skandalicznie zaniedbany Dworzec Główny...), wyraźnie nie doinwestowanego w proporcji do innych wojewódzkich metropolii.


11. Termalne kąpiołki - a współżycie narodów i pokoleń

 Jak co roku wędruję wiosenno – letnią porą po Pomorzu wzdłuż i wszerz. Wiele się ostatnio tu zmieniło. Na przykład w podszczecińskich wioskach i miasteczkach, gdzie rok czy dwa lata temu bez trudu przed skokiem na Zachód znajdowałem nocleg dla siebie i parking dla autka, tym razem wszędzie spotkałem się z odmową. – Panie szanowny – brzmiała motywacja na nie – toż u nas wszystko jak leci firmy wynajęły. Ichni pracownicy się tera muszą integrować, to taki trynd... Zdeterminowany zrobiłem w końcu w tył zwrot i dopiero za szóstym podejściem, jak ongiś zaopatrzeniowcy w Peerelu, wybłagałem pokoik w nowo budowanym hotelu w Stargardzie. Znając życie stawiam hipotezę, że za dziewięć miesięcy pojawi się pointegracyjny wyż demograficzny. I potoczą się procesy o molestowanie pod gruszą, czyli kolejne seksafery.

Wyspany i zresetowany biorę kurs na północ, do robiącego międzynarodową karierę kurorciku nieco na zachód od Kołobrzegu. Także i tutaj zgoła inaczej niż przed rokiem. Wtedy w tutejszym przeogromnym i ultranowoczesnym Spa (cokolwiek ten modny termin miałby znaczyć...) absolutnie górowali Niemcy i Szwedzi, a my biało – czerwoni występowaliśmy ledwo śladowo. Tymczasem teraz na parkingu przewidzianym na tysiąc aut aż się roi od wypasionych bryk ze znaczkiem PL i lubą polską flagą, zaś w basenach termalnych i w jadalniach polszczyzna całkiem zagłusza obce dźwięki. Ciekawym i godnym obserwacji socjologa jest podział gości ze względu na narodowość i wiek. Otóż polską grupę kuracjuszy tworzą niemal wyłącznie młode pary, oczywiście dwupłciowe, sakramentalne i na ogół z dziećmi w przedszkolnym wieku, czasami przy piersi – gdy tymczasem Niemcy i Szwedzi to zaawansowani emeryci, także single, nierzadko z balkonikiem albo na wózku. Polski emeryt czy rencista, pozwalający sobie na takie Spa całkiem w zachodnim stylu i za tzw. ciężkie pieniądze byłby tu kuriozum rzadszym niż świstak czy szarotka. Za to młodzi Polacy, prężni i nader pewni siebie, w ten sposób przepuszczają kredyty wzięte na rozwojowe inwestycje. Tak przynajmniej utrzymuje mój prywatny ekonomiczny ekspert, dodam iż w stosownym wieku.

Do samoobsługowych tzw. szwedzkich stołów z istnymi delicjami stajemy trzy razy na dzień w karnych polsko – niemiecko – skandynawskich przekładańcach. Dotąd się nie zdarzyło, by nasz rodak miał za złe Szwedowi Potop i oblężenie Jasnej Góry, albo wypomniał niemiaszkom niecne zamiary pani Eriki Steinbach i „Pruskiego Powiernictwa”. Politycy, bierzcie z nas budujący przykład!
 

12. Twarde lądowanie na „Bolku”


Mit Piłsudskiego przetrwał klęskę wrześniową, okupację i euforię 1945 roku z racji mniemanego wyzwolenia. Sterowany przez partię aparat propagandy czynił wiele, by go obalić. Tak np. w zwróconym w stronę przedwojennej inteligencji ogólnopolskim tygodniku „Świat” (1951 – 1969) - dość poczytnym, bo drukującym choćby Dąbrowską, obu braci Brandysów, Adolfa Rudnickiego czy Józefa Czapskiego, opublikowano wspomnienia Józefa Rybaka (1982 – 1953), generała WP w stanie spoczynku. W 1918 r. Rybak, wówczas austriacki kapitan artylerii, był oddelegowany do Komendy Legionów będąc faktycznie oficerem K-Stelle czyli cesarsko – królewskiego wywiadu - i jako taki kontaktował się z Piłsudskim. Sygnowane przez Rybaka, ale wyraźnie pisane ręką fachowca wynurzenia w „Świecie” miały zohydzić Marszałka w oczach wciąż liczącej się inteligenckiej elity. To się generalnie nie powiodło. Generał Rybak, skądinąd kawaler orderu Virtuti Militari i Krzyża Walecznych za 1920 rok, nie brał udziału w akowskiej konspiracji, a nie przyjęty w 1945 r. do Ludowego WP ze względu na wiek prowadził w Krakowie skromny warsztat ślusarski. Dla czytelników „Świata” było jasne, że to ubecja skłoniła go do wyznań. A raczej zeznań.

Do końca istnienia Peerelu różne państwowe wydawnictwa, w tym głównie wydawnictwo MON, publikowały prace utytułowanych autorów, wypominające zamach stanu z 1926 roku, połączony z śmiercią 379 ofiar bratobójczych walk. Nie szczędzono Marszałkowi zarzutów tłumienia parlamentaryzmu, dążenia do władzy na granicy dyktatury, wsadzania politycznych przeciwników za druty obozu w Berezie, czy nawet romansu z piękną lekarką, zakończonego jej samobójstwem. Ganiono Go za chwilowe przejście na protestantyzm dla uzyskania rozwodu. Historycy wojskowości usiłowali Mu odebrać lub przynajmniej pomniejszyć zasługę rozgromienia bolszewickiego najazdu. I co z tego? Szala zasług po stokroć przeważyła te potknięcia, błędy, a nawet postępki szczególnie trudne do rozgrzeszenia. Bo w ocenie Historii przed duże H, a także wielkich monoteistycznych religii idzie zawsze o całość, a nie o dowolnie wyjęte z kontekstu fragmenty.

Te uwagi dedykuję pikietowiczom, domagającym się pod bramą rezydencji Wałęsy na Polankach zmiany nazwy lotniska w Gdańsku - Rębiechowie i twardego lądowania na rzekomym Bolku.


13. Krew zaschła i zapomniana
 

Chłopcy z międzywojennych roczników bawili się żołnierzykami. Kiedyś obdarowano mnie wojskiem w błękitnych mundurach i wysokich rogatywkach.. - Co to za jedni? – spytałem mamę. Zorientowana w historii wprowadziła mnie w losy Błękitnej Armii Hallera. Sformowana w 1917 r. we Francji z polskich emigrantów, z wziętych do niewoli Polaków i polonusów z USA. Kanady i Brazylii, uzbrojona przez Francuzów i przerzucona w 1919 r. do Polski przechyliła szalę w wojnie z Ukraińcami o wschodnią Małopolskę. Ale Haller, stanąwszy w przewrocie majowym 1926 r. przeciw Piłsudskiemu, naraził podkomendnych na zapomnienie ich bojowych zasług.

Podróżując przez Jastrowie, Podgaje czy Wałcz spotykamy napisy WAŁ POMORSKI, zdobne orłami bez korony. Tak w PRL uczczono boje o „Pommernstellung” czyli kilka linii znakomicie uzbrojonych bunkrów. Polskie oddziały straciły od natarcia 29 stycznia 1945 z rejonu Bydgoszczy do przejścia 12 lutego 1945 na obronę rubieży 1720 zabitych,1055 zaginionych i 2767 rannych. Niemcy i łotewska dywizja SS „Lettland” bynajmniej nie strzelali grochem. Tymczasem weterani tych walk, garstka na wymarciu, zostali po wybiciu się na niepodległość w 1989 r. totalnie zapomniani, by nie powiedzieć, że odrzuceni. Mieli wprawdzie w PRL lata chwały, rocznicę sfuszerowanej bitwy pod Lenino (510 zabitych, 652 zaginionych i 1776 rannych) uczyniono Świętem LWP, kilku z nich dochrapało się wężyków generalskich, ale kto dziś jeszcze wspomina „kościuszkowców” czy „berlingowców”?

Choć wiadomo, że Berling, generał ze stalinowskiego nadania, pokumał się z NKWD, choć dowódca plutonu w 5 pułku 2 DP Jaruzelski zasiada na ławie oskarżonych – to przecież krew żołnierza nie przestała być krwią przelaną w najlepszej wierze za Polskę. Niezależnie na jakim froncie i w jakiej formacji.

Nie jestem spośród nich. Za to w wojsku zetknąłem się z tymi chłopakami z utraconych Kresów, pobrzękującymi medalami za Lenino czy Berlin, lecz nie mającymi dokąd z wojny wrócić... Dziś mają co najmniej 80 lat.
 

14. Ruchy migracyjne według Kalego

 

 Byliśmy i wciąż jesteśmy narodem emigrantów. W XIX wieku po upadku powstań przetoczyły się na Zachód fale uchodźców, zdążające do Francji, Anglii, Szwajcarii i USA. Były witane z życzliwością po drodze w krajach niemieckich, a na cześć powstańców z 1831 r. znani tamtejsi poeci tworzyli „Polenlieder”. Aż do drugiej wojny światowej nasi rodacy ruszali za chlebem do kopalń i hut we Francji, Belgii i Niemczech. Z Hamburga i Bremy wyprawiały się do USA, Kanady, Brazylii i Argentyny wioski z księdzem w komplecie, nadając nowym osadom za oceanem swojskie nazwy. Jak choćby Zabriskie Point w Arizonie. Po 1922 r. ten strumień emigrantów przepływał już przez Gdynię. Tak zwana „gorączka brazylijska” wybuchła na ziemiach polskich już w 1890 r. i do 1914 r. osiadło w brazylijskich stanach Santa Catarina i Parana ponad 100 tys. Polaków. W tym głównie rolników.

Wrześniowa klęska i utrata Kresów skutkowały osiedlaniem się naszych rodaków w Wielkiej Brytanii, Stanach i Kanadzie. Większość z nich stanowili byli żołnierze polskich formacji na Zachodzie. Po 1981 r. opuściły kraj tysiące ludzi związanych z zakazaną „Solidarnością” - w poczuciu beznadziejności sytuacji. Na słynnej „Górce” u św. Mikołaja w Gdańsku żegnaliśmy wtedy kilkoro zdolnych trójmiejskich dziennikarzy, pozbawionych szans na legalne wykonywanie zawodu – i była to dla mnie okazja do uronienia łezki. Dotąd nie powrócili do kraju na stałe.

Po przystąpieniu do Unii coraz wyraźniej stajemy się dla uchodźców krajem przejściowym lub docelowym. Podobno uchodźcy w ponad 70 proc. powodują się jednak względami ekonomicznymi, a nie prześladowaniami z powodu przekonań politycznych, religii czy rasy. Jak więc z nimi postępować zgodnie z ratyfikowaną przez III RP Konwencją Genewską z 1956 roku? Nasz nowy współobywatel Roger Guerreiro, zdobywca jedynej bramki na EURO 2008, budzi u kiboli odrazę z powodu nieco ciemniejszej karnacji. Ktoś nawet na znak protestu odesłał Panu Prezydentowi nadany order. Białoruska mama chorego małego Jasia, od niedawna już Polaka, sama od kilkunastu lat czeka z dwojgiem dzieci na legalizację pobytu.

Czemu odeszliśmy od tradycji tolerancyjnej Ojczyzny wielu narodów? Tylko dwie trzecie pytanych akceptuje według badań OBOP uchodźców w Polsce, jedynie 20 proc. godzi się by pozostali tu na stałe, a niewiele ponad 40 proc. by na dłuższy czas. Nie jesteśmy skłonni przyznać im praw, jakie sami mamy, bo ledwie 17 proc. zgadza się by przybyszom pomagano w uzyskaniu pracy, 8 proc. by uzyskali polskie obywatelstwo i 4 proc. by im zapewniono jakiś kąt. Czyli nie mamy ochoty do spłacenia historycznego i moralnego długu.

„Jak do Kali przyjechać ktoś ,z Polska to dobrze, ale jak Kali do Polska przyjechać to źle...”- pewnie powiedziałby sienkiewiczowski mądrala - murzynek. Pod warunkiem, by go przedtem nie poturbowano, odsyłając z powrotem do pustyni i puszczy...


15. Za co powiesić Kołłątaja...


Rekord w uprawianiu polityki historycznej przyznałbym... Litwinom. W styczniu 1930 roku, w 496 lat po śmierci Jagiełły, wytoczyli królowi symboliczny proces, oskarżając o poddanie się polskim wpływom, przyłączenie Litwy do Polski i utratę Wilna. Rozprawa toczyła się w wielkiej poczekalni 3 klasy dworca w Koszedarach. Oskarżyciel żądał kary śmierci i wykreślenia króla z historii Litwy. Chętnie wyciągnięto by Jagiełłę z sarkofagu na Wawelu, by katowskim toporem odrąbać czaszkę, ale Kraków był daleko, zaś granicę z Litwą strzegł doborowy KOP.

Dziś akurat Litwa stała się jednym z najważniejszych naszych partnerów. Pan Prezydent i prezydent Adamkus piją sobie z dzióbków jak dwa splecione łabędzie na stawie... Oczywiście w przenośni. Liczna nasza mniejszość za Niemnem ma się coraz lepiej i nawet kwestia pisowni nazwisk, dla odłączonych rodaków ważna, będzie załatwiona do końca XXI wieku. Czyli wkrótce. Gdybym mieszkał nie w Pszczółkach, a pod Vilniusem, dawniej Wilnem, byłbym teraz w papierach Janasem Chrzanasem.

Litwy tu użyłem jako pretekst, bo idzie mi o pośmiertne ściganie zbrodni i przestępstw, a nawet przewin nie ujętych w kodeksach. Pora odrzucić liberalną instytucję przedawnienia, zakładającą że człowiek się zmienia, że dostrzega z wiekiem błędne, a nawet przestępcze postępki młodości, że żałuje ich lub co najmniej się wstydzi, więc po latach już nie zasługuje na potępienie. Pobłądził Sienkiewicz, edyktem królewskim przywracając Kmicica do sławy i chwały za wysadzenie kolubryny i obronę Jasnej Góry. Po sprawiedliwości należałoby Kmicica wpierw ściąć (bo szlachciców nie wieszano...) za konszachty ze zdrajcą Radziwiłłem i współpracę ze szwedzkim okupantem, by po latach za zasługi odznaczyć pośmiertnie lecz bez rozgłosu. Wina jest wieczna, precz z mięczakowatym zmiłuj się... Warto wytoczyć Kołłątajowi proces za akces do Targowicy, co prawda późny, Kościuszce za podpisanie carowi lojalki albo księciu Józefowi za uprzednią służbę w armii austriackiej. W stopniu pułkownika! Karę stanowiłoby przenoszenie trumien do bunkra bez okien, czyli pośmiertnego ZK. Po wieczne czasy, bo trudno tu mówić o dożywociu.

 

16.Kamykiem w magistra
 

W rodzimym Krakowie przed wojną i długo po niej celebrowano tytuły. Przywilej rozciągał się na żony danych osobników i moja Mama byłaby urażona, gdyby ktoś z niższej półki nie nazwał jej „inżynierową”. Inżynierów było w byłej Galicji jak na lekarstwo, za to roiło się od magistrów prawa, często bezrobotnych. Tytułomania obejmowała godności ś.p. monarchii austro-węgierskiej, jak radców dworu tajnych i rzeczywistych.

Wracają wspomnienia, gdy słyszę z jakim respektem nazywa się premierami, ministrami, marszałkami i posłami osobników, których geniusz władzy ledwie musnął i niczym zabłysnąć nie zdążyli. Obowiązuje wzajemność, stąd w audycjach typu salonów politycznych nikt się nie ośmiela jej złamać. – Pan bezwstydnie łże, panie marszałku – mówi Iks do Igreka, by w odpowiedzi usłyszeć równie obraźliwy zarzut. Ale z pełnym respektem dla tytułu. Przypomina to znane choćby z „Pana Tadeusza” tytułowanie się stolnikami, krajczymi, podstolimi, cześnikami, chorążymi, miecznikami, koniuszymi, łowczymi czy kasztelanami, rozciągane na małżonki i potomstwo – chociaż Rzeczpospolita szlachecka, nadająca szumne godności, dawno popadła w niewolę.

Odkąd tytuł magistra spowszedniał i rzucając losowo kamykiem w 98,7 proc. trafimy w tak utytułowanego – nastąpił szturm na doktoraty i za rozdział doktorskiej dysertacji, zamówionej u „Murzyna”, ceny sięgają nawet dwóch tysięcy. To prawo popytu i podaży na wolnym rynku. Inaczej choćby u zachodnich sąsiadów. Gdy 9 listopada 1989 w warszawskim „Marriocie” na przyjęciu organizowanym przez Niemców dla naszej nowej ekipy znajomy niemiecki dziennikarz zechciał przedstawić mnie kanclerzowi Kohlowi i pytałem go jak tytułować szefa rządu znaczącego państwa, zrobił zdziwioną minę. – Jak to? Po prostu Herr Kohl! Podobną radę usłyszałem w Bonn przed rozmową z rzecznikiem rządu, sekretarzem stanu Friedhelmem Ostem. – Mów mu Herr Ost! A w Koblencji profesor teologii i zarazem biskup kazał nazywać się panem biskupem... Gdybym tak się odezwał do któregoś z naszych hierarchów – pewnie z trudem uniknąłbym wykluczenia z kościelnej wspólnoty...


17.  Sezon ogórkowy 2008 w pełni...

 

65, 38 i 31...Tyle lat upłynęło od trzech odgrzewanych sensacji, jakimi ostatnio nas w mediach z uporem karmiono. W Gibraltarze w 1943 roku runął po starcie w morze samolot RAF z generałem Sikorskim i 15 osobami, a z katastrofy wyszedł cało jedynie Max Prchal, czechosłowacki pilot, nieprzytomny i unoszący się na falach w kapoku. Odtąd trwa nasilające się czasami, choć wciąż bezskuteczne dochodzenie prawdy, sugerujące spisek w celu usunięcia niewygodnego dla Brytyjczyków, Rosjan, Niemców i niektórych Polaków premiera rządu na emigracji i naczelnego wodza. Zagadkowej śmierci poświęcono już tony papieru, włącznie z dramatem Rolfa Hochhutha „Soldiers”(„Żołnierze”). Tym razem zrodził się pomysł ekshumacji w poszukiwaniu kuli w czaszce... Moim skromnym zdaniem tyleż makabryczny, co wątpliwy, bo prawda o zamachu, jeśli w ogóle istnieje, tkwi w brytyjskich archiwach. Z klauzulą tajności jeszcze na kilkadziesiąt lat.

Druga sensacja to dokument filmowy o śmierci w 1977 roku studenta – opozycjonisty Pyjasa. Ta sprawa tak w Peerelu jak i w III RP była treścią już kilku kolejnych śledztw, niestety umarzanych z braku dowodów. Tym razem dwie panie reżyserki wykreowały na inspiratora zbrodni i demona w stylu Dostojewskiego pewnego TW, skądinąd zdemaskowanego kilkanaście lat temu i otoczonego atmosferą potępienia.  Trzecim rzekomym hitem stała się sporna kwestia, czy w 1970 roku pewien 27-letni robotnik stoczniowy kablował na swych kolegów z wydziału W 4 Stoczni im. Lenina, co podobno doprowadziło do wyrzucenia z pracy jednego z nich. Fakt, że w 10 lat później ten sam stoczniowiec stanął na czele protestu wyzwalającego Polskę, a z nią kawał ujarzmionej Europy, w kontekście rozważań o winie jakby nie ma całkiem znaczenia. Obok tych niby nowości komentatorzy z najwyższej półki zadumali się także nad dymisją rzeczniczki rządu, osoby niemal nam nieznanej, choć podobno profesjonalnej i życzliwej. Czy szło jak jedni twierdzą o zawód miłosny, czy o niedostateczne naświetlanie osiągnięć rządzącej nami miłościwie ekipy?.

Chętnie bym ten mój tekścik o ogórkowych sensacjach nagrał i wetknął w kapsułę czasu. Niechby po latach uśmiano się z podobnego zaśmiecania zbiorowej świadomości. Czy po to, by odwrócić uwagę od ważniejszych kwestii?

Oto jest pytanie.

 
18. Pan Stefan, czyli o poplątaniu życiorysów


Flensburg, niemieckie miasto na granicy z Danią. Na peronie oczekuje mnie znany tylko z korespondencji pan Stefan z żoną i nieomylnie wyławia wśród wysiadających. – Sind Sie Herr Chrzan ? – Tak, to ja... Gaworząc przyjaźnie raz po polsku, a raz po niemiecku zwiedzamy najpierw wzorowo odrestaurowaną starówkę, duński zabytkowy kościół, bo duńska mniejszość tu liczna, jemy rybne frykasy w małej knajpie, wreszcie sadowimy się w mercedesie i jedziemy do L. Po drodze mijamy opustoszałe budynki bazy Marynarki Wojennej.. Kilka właśnie przerabiają na mieszkalne lofty. Pan Stefan pokazuje mi historyczne w jakimś sensie schody, na których 23 maja 1945 r. Brytyjczycy aresztowali na rozkaz generała Eisenhowera admirała Karla Dönitza, mianowanego przez Hitlera swym następcą, szefa utworzonego 5 maja 1945 r. niby – rządu Rzeszy, usiłującego zawrzeć z zachodnimi Aliantami odrębny pokój. Nic z tych planów nie wyszło, a Dönitza skazano w procesie norymberskim na 10 lat. Po ich odsiedzeniu zabrał się za pisanie wspomnień.

O panu Stefanie pisano w kwietniu br. w „Dużym Formacie”, dodatku do „Gazety Wyborczej”, w związku z zakupem zbioru powstańczych znaczków od niemieckiego kolekcjonera Manfreda Schulza. Mój rozmowca i gościnny gospodarz jest bowiem członkiem Polskiego Związku Filatelistów, przewodniczącym polskiej sekcji podobnego związku w Niemczech, prezesem wspólnoty POLONIA w PZF i członkiem Polskiej Akademii Filatelistyki, o której dotąd nie słyszałem. Opublikował na polskie tematy kilka rzetelnych monografii, w tym o polskiej 2 Dywizji Strzelców Pieszych generał Prugara – Ketlinga, internowanej w Szwajcarii w 1940 r. po klęsce Francji. W jego domu podziwiam interesujące polonika, jak choćby autografy Kościuszki i Henryka Dąbrowskiego. Ściany zdobią dwie zabytkowe polskie szable, wyszczerbione w 1920 r. na łbach bolszewików i batalistyczne obrazy Kossaków, Juliusza i Wojciecha. Choć mój rozmówca mówi płynnie po polsku, to w jego żyłach (i tu zaskoczenie...) nie płynie ani jedna kropla polskiej krwi. Czuje się Niemcem w 101 procentach.

Gdy w 1940 r. ZSSR zagarnął za zgodą Hitlera rumuńską Bukowinę, historyczną krainę między Karpatami a średnim Dniestrem, pewien rumuński Ukrainiec prysnął z obawy przed NKWD aż do Berlina. Tam poznał wywiezioną na roboty przymusowe Polkę, która tuż po wojnie załatwiła mu lewą polską tożsamość, świadcząc iż zna go po sąsiedzku od dziecka. Ożenił się z nią i gdy miłość wojenna wygasła rozwiódł, by następnie w Żaganiu poślubić śląską Niemkę. Pan Stefan jest właśnie z tego mieszanego stadła. Po żagańskiej podstawówce znalazł się z rodzicami w RFN w ramach tzw. późnych wysiedleń, a gdy dorósł zasilił ochotniczo niemieckie lotnictwo wojskowe. Szybko doceniono jego polszczyznę, więc latał inad Bałtykiem, nasłuchując rozmów z okrętów Układu Warszawskiego, sowieckich i polskich, a po elitarnej czteroletniej szkole językowej Bundeswehry przeszedł do placówki analitycznego tzw. białego wywiadu. Doszedł w tej służbie do rangi komandora, równej pułkownikowi w wojskach lądowych, a przeszedłszy na wczesną i dostatnią emerytur ę wojskową poświęca się różnym hobby i pasjom. W tym zafascynowaniu Polską.

Jak go poznałem? Dzięki łowickiemu epizodowi sprzed lat w mym życiorysie... W latach 90 najpierw pewien warszawski historyk, a potem za jego pośrednictwem pan Stefan, nakłaniali mnie do opisania sytuacji ponad pól tysiąca niemieckich jeńców wojennych, przebywających w latach 1945 – 1946 w Łowiczu pod nadzorem 2 Samodzielnego Batalionu Inżynieryjno – Lotniskowego WP. Służyłem w tej jednostce, mój pluton właśnie pilnował prowizorycznego jenieckiego obozu. Obu panom jednak odmówiłem w obawie wykorzystania za Odrą mojej relacji ze szkodą dla Polski. A teraz to dzieje równie zamierzchłe jak Grunwald.

I jeszcze refleksja na zakończenie. W naszej połaci Europy Historia, ta przez duże H, wypisywała ludziom przedziwne życiorysy. Gdyby trwała nadal zimna wojna Peerelu z Erefenem – mój kontakt z panem Stefanem, choć niewinny i przelotny, skończyłby się dla mnie na pewno ciężkim kryminałem.
 

 
19. Jak Estończyk z Portugalczykiem...

 

Bohaterka reportażu Barbary Szczepuły „Rodzinne sekrety”, zamieszczonego w „Polsce – Dzienniku Bałtyckim” z 25 lipca 2008, żywiła od dłuższego czasu bezzasadny z pozoru pociąg do Niemców i do ich języka, choć na rodzimych Kaszubach uczyła akurat polskiego. Do pewnego czasu miała z tym trudności, bo widząc na przykład Niemca staruszka zastanawiała się, czy był przypadkiem w SS. Wystarczyło jednak, by dotarła do skrywanych przed nią sekretów, do dziadka z Wehrmachtu poległego na „Ostfroncie” i faktu, że babcia też jest Niemką. Rozstała się więc z polskością jak z rękawiczką, porzuciła Polskę jako miejsce pracy i zamieszkania, do tego jeszcze przechodzi właśnie na protestantyzm. W nowej niemieckiej skórze czuje się wreszcie spełniona i córkę ( skądinąd ze związku z Polakiem...) wychowa na Niemkę wolną od polskich ciągot i kompleksów.

Co rozstrzyga o poczuciu przynależności do danego narodu? Zew krwi, czyli geny po przodkach? Dom, szkoła i ewentualnie kościół? A może wybór całkowicie wolny i niezależny od biologicznego pochodzenia? Granice sąsiadujących z sobą nacji są przepuszczalne na zasadzie osmozy, chyba że nacje różnią się szczególnie jaskrawo cechami zewnętrznymi, wyznawaną wiarą czy porządkiem społecznym. To akurat w przypadku nas i Niemców nie ma miejsca. Trudno nas bowiem rozróżnić na golasa, jeśli jesteśmy na mniej więcej równym poziomie kultury osobistej i równie dbamy o uzębienie czy fryzurę. Łatwość przekształcenia Polaka w Niemca potwierdza mnogość Kowalskich czy Nowaków w niemieckich spisach abonentów telefonicznych, na szyldach sklepowych i w reklamach. U nas Millerów lub Schmidtów też dostatek, choć zwykle w spolszczonej nieco wersji. .

Sztandarowym przykładem nawrócenia się na polskość po odkryciu polskich korzeni był pruski kadet i szlachcic Adalbert von Winkler, czyli późniejszy wielce zasłużony dla polskiej kultury Wojciech Kętrzyński (1838 – 1918) – historyk, etnograf, badacz Mazur i dyrektor sławnego „Ossolineum” we Lwowie. Polakiem z wolnego wyboru był zaś urodzony w Brandenburgu syn niemieckiego generał-majora, dowódca flotylli niemieckich U-Bootów w I wojnie światowej, a w 1939 roku niezłomny obrońca polskiego Wybrzeża – wiceadmirał Jozef Unrug.

Wyrzeczenie się własnego narodu miało tu nad Wisłą zawsze posmak zdrady. Zwłaszcza podczas zaborów i okupacji. Czym jest dzisiaj, w dążącej ku jedności Europie, w przeddzień zaniku granic i możliwości pogadania po angielsku każdego z każdym, Estończyka z Portugalczykiem albo Norwega z Bułgarem? I czy ta kwestia ma w ogóle jeszcze jakiś sens?

 

20. Pożądana ochrona specsłużb

W czasach świetności Wyścigu Pokoju radiowiec Bogdan Tuszyński poprosił obecnego na warszawskim stadionie Edwarda Ochaba o komentarz. Komunistyczny dygnitarz, uważany za uosobienie partyjnego betonu, uznał nazwanie go „panem przewodniczącym Rady Państwa” za klasowo obce, może nawet obraźliwe. Cała Polska przy odbiornikach radiowych, bo TVP była ledwie w powijakach, podziwiała refleks dziennikarza, który jak gdyby nigdy nic powtórzył prośbę, nazywając Ochaba już poprawnie towarzyszem.

Niemal nazajutrz obiegł PRL żarcik na temat tego incydentu. Oto towarzysz Ochab nabawił się ostrego zapalenia pęcherza, gdyż w toaletach publicznych napotykał wszędzie napis DLA PANÓW i nie mógł wejść do nich z nagłą potrzebą... Ta śmiesznostka sprzed wielu lat przypomniała mi się niedawno, gdy będąc w Funchalu na Maderze ujrzałem u wejścia do wiadomego przybytku napis THE GENTS. - skrót od terminu gentleman, co według Słownika Wyrazów Obcych Kopalińskiego oznacza „człowieka nienagannego zarówno pod względem etycznym, jak i form towarzyskich, taktownego, honorowego, godnego zaufania i uprzejmego...” Bujna wyobraźnia podsunęła mi obraz naszych VIP-ów, tych z najwyższej półki, wahających się czy spełniają takie kryteria, przebierających niecierpliwie nóżkami i w efekcie moczących gatki... Skoro bowiem jedni drugim wytykają chamstwo, agresję i knajactwo (cokolwiek to słowo oznacza...) – zaś w imieniu tych drugich pewien poseł - filozof, trochę poeta i pisarz, a dla chleba powszedniego alkoholowy biznesmen wyzywa Głowę Państwa od ch... (i tak dobrze, że amów, a nie ujów...) - to gdzie jeszcze uchował się w polityce kawałek wolnej przestrzeni dla działalności prawdziwych dżentelmenów? Czy mamy w tej specyficznej branży choć kilku wciąż jeszcze żywych i czynnych osobników o nienagannych i łagodnych obyczajach, jak w cytowanej słownikowej definicji - czy śp. Stefan Meller, dżentelmen w każdym calu, był już ostatnim?

Jeśli jeszcze się trafiają, to warto by wziąć ich pod ochronę BOR, ABW, CBŚ, BBN, Gromu, żandarmerii wojskowej, policji i wszelkich specsłużb razem wziętych. I to całodobowo, bo są gatunkiem zagrożonym wymarciem.

 

21. Co najwyżej bieg przez plotki...

 
 August II Mocny był kondycyjnie najlepszy spośród wybieranych przez szlachtę elekcyjnych królów. Popisywał się gięciem podków, z wieloma damami i nie tylko damami spłodził około 300 dzieci. W ciągu pół wieku podbojów serc i nie tylko serc, tylko raz jeden ten twardziel nad twardziele nie stanął na wysokości zadania – jak pisze H. Pönicke w „August der Starke, ein Fürst des Barock” – a to w romansie z porzuconą metresą angielskiego ambasadora w Saksonii. Serce miał król jak dzwon, płuca jak miechy, ciśnienie w normie i jedynie nadmiar cholesterolu. Co nie zmienia faktu, że był władcą niedołężnym, zaabsorbowanym bardziej sobą niż sprawami państwa i za jego panowania (na przemian z Leszczyńskim....) dotknął Rzeczpospolitą regres gospodarczy i upadek kultury...

Byłoby nieźle mieć prezydentów o posturze Schwarzeneggera , urodzie jak z Hollywood, obytych w świecie krasomówców i intelektualistów. Byłoby świetnie, gdyby do tego mieli żelazną kondycję. Ale historia, a także współczesność, zna osobników chorowitych, niekiedy kalekich i niepełnosprawnych, którzy okazali się znakomitymi szefami państw i ludźmi sukcesu. Rządzący od 1933 r. do śmierci w 1945 r. prezydent Roosevelt był od pasa sparaliżowany i tylko dzięki aparaturze mógł stanąć i przejść z chrzęstem żelaza kilka kroków. Dwukrotnie wybrany prezydentem Francji Francois Mitterand zmagał się w drugiej kadencji potajemnie z rakiem i zmarł w rok po jej zakończeniu. Ronald Reagan w 1994 r. ujawnił, że od 10 lat cierpi na Alzheimera, a mimo to urzędował w Białym Domu z sukcesem aż do 1989 roku. Przed trumną w bibliotece jego imienia przedefilowało dobrowolnie 104 684 osób. W Niemczech z wózka kieruje nader energicznie ministerstwem spraw wewnętrznych Wolfgang Schäuble, ofiara zamachu z 1990 roku. W swym okręgu wyborczym zgarnął ponad połowę głosów – i to dwa razy. Przykłady dedykuję zwolennikom wprowadzenia sprawdzianu kondycji psychofizycznej dla kandydatów na najwyższe urzędy.

Pozostawiłbym co najwyżej bieg przez plotki...

 

22. Zaczyna się niewinnie...

 

 

 Istnieje w świecie ponad 200 niepodległych państw, z czego 192 należą do ONZ. Teoretycznie każdy naród ma prawo utworzenia takiego „podmiotu prawa międzynarodowego” i domagać się jego uznania przez inne państwa. Funkcjonują też państwa wielonarodowe, szczególnie w Afryce, gdzie pozostawiono granice byłych kolonii, ustalane ongiś arbitralnie przez kolonialne potęgi i nie uwzględniające przynależności

W Europie świetnie prosperuje czteronarodowa i czterojęzyczna Szwajcaria, ale dwunarodową Belgią targają sprzeczności głównie o ekonomicznym podłożu. Z przyczyny nierównomierności rozwoju rozsypała się dwunarodowa Czechosłowacja, gdy tymczasem Jugosławię rozerwała odmienność wyznań i nadto wybujałe nacjonalizmy W dalekiej przeszłości monarchię habsburską rozsadziły od środka aspirujące do niepodległości ludy słowiańskie, choć nie „Galicjanie”, lojalni i kochający cesarza Franza Josepha I.

Co robić, gdy odrębny naród jest otoczony dookoła przez naród liczniejszy i dominujący w danym państwie? Może żyć cicho po swojemu, unikając konfliktów jako tolerowana mniejszość – albo uparcie domagać się przyznania autonomii. Tak czynią Baskowie i Katalończycy w Hiszpanii, ale podobne numery nie przechodzą w Federacji Rosyjskiej. Od wieków nierozwiązywalny jest problem licznego narodu kurdyjskiego, rozsianego w kilku państwach. Przykłady można by mnożyć, więc przypatrzmy się raczej zbliżonym problemom w Polsce.. Gdyby nie akcja „Wisła” w 1947 roku, dziś powszechnie potępiana jako brutalna i łamiąca konstytucyjne prawa, mielibyśmy teraz na naszej południowo – wschodniej granicy zwarty obszar zamieszkały przez Ukraińców, dążących w naturalny sposób do połączenia z niepodległą Ukrainą. Gdyby obszar zamieszkiwany zwarcie przez Ślązaków przylegał do granicy z Niemcami, to zamiast umiarkowanych dążeń do autonomii Śląska pojawiłyby się tendencje zjednoczenia z bogatszym o wiele zachodnim sąsiadem. Z powołaniem na siedem wieków odrębnej śląskiej historii. Nie wiem też co by było, gdyby Wieżyca (829 metrów n.p.m) i jej rdzennie kaszubskie okolice leżały nad brzegiem Odry. Zwłaszcza nad lewym.

Powiedzmy więc jasno i otwarcie, że w interesie Polski nie leży podsycanie poczucia odrębności, czyli hodowanie separatyzmu. Próbkę mieliśmy podczas niemieckiej okupacji na Podhalu, gdzie dwóch ceprów i zdrajców stworzyło ,„Goralenvolk”, rzekomy naród góralski. A w konsekwencji doszło do wysiedlania z Podhala Polaków pochodzących z innych stron...

Zwykle zaczyna się to niewinnie. Na przykład od dwujęzycznych nazw miejscowości.
 

23. Refleksje poolimpijskie

W rozgrywanych od 1896 roku olimpiadach ery nowożytnej według pomysłu barona Coubertina Polska uczestniczyła dopiero od 1924 roku – co licząc do ostatniej przed wojną olimpiady w Berlinie w 1936 r. zaowocowało łącznie zdobyciem 20 medali z udziałem 236 naszych sportowców. Dla państwa biednego, gnębionego kryzysami i bezrobociem, targanego konfliktami z mniejszościami narodowymi i permanentnie niemal zagrożonego wojną, olimpijskie sukcesy miały prestiżowe znaczenie i zachęcały młodzież do sportu.. Ćwiczono i ścigano się więc wszędzie. Wypolerowane w górskich strumieniach kamienie służyły młodym jako kule i dyski, ciskano sztachetami z płotu niczym wyczynowym oszczepem, a biegi, skoki i pływanie nie wymagały akcesoriów. Każdy chłopak wiedział, w czym przoduje „Kusy” czyli Kusociński, zloty medalista z Los Angeles w biegu na 10 km, kiedy to wyprzedził słynnego Fina Nurmiego, każda dziewczyna wiedziała, jak daleko rzuca dyskiem Wajsówna lub ciska oszczep Kwaśniewska – i próbowano te gwiazdy sportu naśladować.

Dzisiejszą Polskę stać na nieporównanie więcej. Przygotowania do Pekinu pochłonęły 270 milionów, przekładając się na 27 milionów złotych za 1 medal i 20 pozycję w nieoficjalnej acz prestiżowej klasyfikacji medalowej. Budżet wyłożył na tę olimpiadę o 81 milionów więcej, niż na poprzednie igrzyska w Atenach. Postępu w medalach jak widać nie osiągnięto, a takie hołubione i rzekomo gwarantowane dyscypliny jak pływanie, żeglarstwo czy siatkówka nie przyniosły nam niestety ani krążka. Przygotowanie, choć tak kosztowne, nie trafiało z formą na czas. Na dobitek zalatywało mocno alkoholem. Ujemnym symbolem stał się pewien ważny lekkoatletyczny działacz śpiący na trawniku w wiosce olimpijskiej, w stanie wskazującym na spożycie.

Wyjściem z takiego stanu jest tylko upowszechnianie sportu. Powiększy ono bazę chętnych, spośród których trenerzy wyłowią prawdziwe sportowe talenty. Chociaż ułamek środków, wydawanych na tak wątpliwe i nikłe sukcesy na igrzyskach, warto przeznaczyć na budowę stadionów, pływalni, torów kolarskich czy narciarskich skoczni treningowych. Tymczasem w radiu słychać taką skądinąd zabawną reklamę: pacjent pyta lekarza, czy mu coś dolega – a lekarz zaleca więcej sportu... w audycjach tej rozgłośni. Uważamy się za sportowców, paradując w błazeńskich biało czerwonych czapach i cylindrach, dopingując naszych zawodników ze zgrzewką browaru albo półlitrówka pod ręką. A młodzież ćwiczy godzinami „strzelanki” w komputerze, korzystając z łatwych zwolnień lekarskich i zarabiając na nieunikniony garb.

 

24. W za dużych butach…

Parada w Krakowie; rok 2008. Fotografia: Lisa Langfeldt
(c) Lisa Langfeldt

Najstarsi Krakowianie wciąż pamiętają jak 75 lat temu, 12 września 1933 roku Marszałek Józef Piłsudski odebrał na Błoniach defiladę pułków ułanów, strzelców konnych i szwoleżerów, ściągniętych z okazji okrągłej 250 rocznicy Wiktorii Wiedeńskiej z całej Polski. Na „Święto Jazdy”, bo tak ten zjazd nazwano, najznakomitsza w Europie wówczas kawaleria przybywała konno i zbrojno, po drodze stacjonując w ziemiańskich dobrach – albo eszelonami w wagonach dla ośmiu koni względnie czterdziestu żołnierzy. Widowisko było wspaniałe, godne pędzla samego Kossaka, każdy pułk miał konie jednolitej maści, kare, srokate czy bułane, defilowano galopem rzędami po 16 koni z lancami do boju lub szablami w dłoni, a na czele galopowały pułkowe orkiestry trąbiąc i bębniąc we wzorowym szyku… Z dala od tłumów, prawie pośrodku Błoń, widać było nieco przygarbioną sylwetkę Marszałka i adiutanta w kapeluszu i mundurze podhalańskim. Zanim ruszyły pierwsze pułki, Piłsudski przeszedł przed szeregiem attachees millitairés pobrzękujących orderami, zagadując ich bez tłumacza po francusku, niemiecku czy rosyjsku. Szczególnie długo rozmawiał z niemieckim pułkownikiem. Święto Jazdy komentowano bowiem jako polską manifestację siły wobec dochodzących z Berlina pomruków zapowiadających intensywne zbrojenia i rewizję Traktatu Wersalskiego. Kawaleria wciąż jeszcze rozstrzygała wynik operacji manewrowych, a Marszałkowi z pewnością nie chodziło o tanią popularność czy ponowny wybór. Był na to za wielki i formalnie nie sprawował żadnego urzędu poza wojskową funkcją.

W równe trzy wieki po pobiciu armii Wielkiego Wezyra Kara Mustafy i uratowaniu chrześcijańskiej Europy, w PRL panował reżim WRON i nie było ochoty na radosne świętowanie. Za to w ostatnią niedzielę w mym Krakowie tonącym we flagach, przeciągnął z Wawelu na Rynek imponujący orszak husarii, piechurów i ciurów z Danielem Olbrychskim w roli króla Jana III Sobieskiego i Grażyną Wolszczak w roli Marysieńki. Naliczyłem kilkuset statystów i kilkadziesiąt pięknych koni, wiele mieszczek i dam w strojach z epoki, a przemarsz z łoskotem bębnów i palbą z samopałów obejrzały tłumy gapiów, w większości obcojęzycznych. To nieźle, że Mr. Smith czy skośnooki Yan-Hsian usłyszał o zapomnianej w świecie zbrojnej wyprawie na odsiecz Wiedniowi, a poza tym chleba mamy dosyć, więc pora na igrzyska i budzenie patriotycznego ducha. Jakie przesłanie jednak się z tego wyłania? Nastraszyć Turcję, skądinąd sojusznika w NATO? A może ktoś chce wejść w szyte z safianu królewskie buty albo legionowe cholewy Marszałka?

Są o kilka numerów za duże…


25. Przyczynek do historii epokowych odkryć
 

Alex in front of the 1,000-foot Arecibo Observatory in Arecibo, Puerto Rico which he used to discover the first planets outside our solar system. He accomplished his discovery while the telescope was undergoing repair for a series of cracks, and locked in a fixed position. (So basically he was the only person who wanted to use the broken telescope.)Dwa odkrycia wstrząsnęły wiedzą o gwiazdach: oto w 1990 roku Aleksander Wolszczan, profesor astronomii i astrofizyki Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii i UMK w Toruniu, odkrył w obserwatorium Arecibo pierwsze planety poza Układem Słonecznym, krążące w konstelacji Panny wokół pulsara PSR B1257 + 12. Zyskał z tego tytułu światowy rozgłos, a miesięcznik „Astronomy” wymienił go na prestiżowej liście 25 odkrywców wszechczasów. Uradowali się więc rodacy, Szczecin nadał profesorowi honorowe obywatelstwo, a prezydent Kwaśniewski udekorował go wysokim orderem. Nie mieliśmy dotąd zbyt wielu znanych astronomów, bo z Kopernikiem i Heweliuszem, o których upominają się Niemcy, w poważnych źródłach wymienia się około 30 nazwisk. W tym oczywiście profesora Wolszczana. Teraz o drugim odkryciu. Media doniosły, że współpracownik kontrwywiadu PRL o pseudonimie „Lange” i nasz uczony to ta sama osoba.


Wątpię, by to odbiło się na karierze profesora w USA. Sprawa jest dla Amerykanów w czasoprzestrzeni zanadto odległa, by wzbudzała negatywne emocje. Idzie zresztą o umysłowość zbyt cenną, by ją przestali drenować. Amerykanie tuż po wojnie bez żenady sprowadzili z pokonanej Rzeszy Wernera von Brauna, twórcę rakiet V 1 i V 2 zabijających setki brytyjskich cywilów, a on im za to w rewanżu położył podwaliny pod lądowanie na Księżycu. Jedyną konsekwencją chyba będzie więc zerwanie więzów profesora z Polską. Zamerykanizuje się do reszty, podobnie jak za 100 procentowego jankesa uchodzi noblista z medycyny w 1977 r. Andrew V. Schally, syn przedwojennego pułkownika WP i szefa wojskowej kancelarii prezydenta RP Mościckiego. Zdawał maturę w liceum dla dzieci polskich uchodźców na Węgrzech, ale gdy w latach 70 gościł w Krakowie na zaproszenie Uniwersytetu Jagiellońskiego - porozumiewał się z tubylcami tylko przez tłumacza.

Śledczy historycy ustrzelili po TW „Bolku” znów grubego zwierza i to dla nich powód do satysfakcji. Może jednak mądrzej byłoby podczas bytności profesora Wolszczana w „starym kraju” poprzestać na delikatnej sugestii, by zrezygnował z wykładów i prowadzenia doktoratów. Na zasadzie „wiecie panie kolego, rozumiecie....”, w cztery oczy z Jego Magnificencją rektorem UMK, przy kawie i łyku zacnego koniaku. I bez utraty szans na kolejnego Nobla dla Polski.

Tym razem z nauk ścisłych.


26. Blondynki i generał


W wojsku zawsze ważne były symbole i tradycja. Przedwojenne pułki chrzczono nazwami zwycięskich bitew Legionów lub walk staczanych z bolszewikami w 1920 roku. Kawaleria miała przyśpiewki kończące się zawołaniem „Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń goń goń..” czyli słynne żurawiejki. . Honornie było nosić podhalański kapelusz khaki z orlim piórem i malowniczą pelerynę. Kadetów ubrano na wzór Szkoły Rycerskiej króla Stanisława Augusta, podchorążowie w swe święto przywdziewali granatowe mundury z epoki Powstania Listopadowego. – Flity idą! – wołali na ich widok ulicznicy, bo uniformy kojarzyły im się z wizerunkiem żołnierzyka na rozpylaczu Flitu, znanego wówczas środka na muchy. Ale to wszystko skutecznie cementowało morale armii, okazane choćby w 1939 roku.

Przedwojenny korpus oficerski ściśle przestrzegał reguł zachowania się w sytuacjach trudnych czy drażliwych. Oficerowie z chłopskim rodowodem na równi z paniczami z dworów i pałaców stosowali sposób bycia wpajany im w podchorążówkach wraz z musztrą w szyku zwartym czy nauką terenoznawstwa. Typowy po wojnie widok ludowego oficera objuczonego rolkami papieru WC albo pchającego dziecinny wózek był wówczas niewyobrażalny. Mógł on co najwyżej nieść kwiaty dla damy serca albo elegancko opakowane słodkości z cukierni.

W PRL kultywowano tradycję bitew I i II Armii WP, toczonych u boku Armii Czerwonej. Nie działało to zbyt silnie na żołnierzy. Wątpliwe było bowiem gloryfikowanie zwycięstw, skoro wyszliśmy z wojny mając terytorium o 77 tys. km kw. mniejsze i tracąc Kresy.

W III RP mundur całkowicie zniknął z obrazu ulicy. Zamiast o służbie mówi się teraz o „zatrudnieniu w wojsku”. Cieszy jednak wznowienie defilad i ufundowanie chociaż jednego szwadronu kawalerii. A jak obejdzie się z tradycją i oficerskim fasonem zapowiadana armia zawodowa? Póki co w TVP 2 oglądnąłem reality show o nazwie „Fort Boyard” z udziałem autentycznego generała, byłego dowódcy „Gromu”, uczącego sztuki przetrwania kilka ładnych i skąpo odzianych blondynek. Jak one był na pełnym luzie, tylko w bokserkach i koszulce, po każdym zdobytym punkcie serdecznie obłapiany i nawzajem obłapiający, a szkolił dziewczyny jak bez lęku gmerać w słojach pełnych szczurów i innych paskudztw.

Ciekawe co się z tego wykluje?

 
27. Proces Bandy Siedmiu


Śledziłem w mediach karierę tego generała. Wśród równych rangą był wyjątkiem. Z rodziny ziemiańskiej, zesłany za młodu na „nieludzką ziemię”, uczeń znakomitego gimnazjum prowadzonego przez zakonników... Jak godził taką akurat przeszłość z absolutną wiernością partii i Związkowi Sowieckiemu? Zakładałem, że nastolatka, elewa półrocznej riazańskiej podchorążówki, urzekła kiedyś bojowa potęga Armii Czerwonej i raz na zawsze uwierzył, że tylko pod jej parasolem Polska będzie mogła egzystować w pokoju. Zdziwiło mnie natomiast jego nagłe przejście ze służby liniowej do aparatu politycznego i to w charakterze szefa. Z dowódcy z frontowym stażem na Wale Pomorskim stawał się tym samym świeckim kaznodzieją, otumaniającym żołnierską brać ćwierć i półprawdami. Jak choćby łgarstwem na temat Katynia... Czy był to jego wolny wybór, czy zlecenie partyjne?

Nikogo tak mocno nie znienawidziłem, jak właśnie jego po 13 grudnia 1981 roku. Ukryty niczym gangster za ciemnymi szkłami utożsamiał mi cale bezprawie stanu wojennego. Czołgi na ulicach, aresztowanie i osadzanie działaczy „Solidarności” w tzw. internatach, haniebnie surowe wyroki nawet dla kobiet, jak 10 lat więzienia dla filigranowej pani Kubasiewicz za organizację dwudniowego strajku, zagadkowe wypadki śmierci księży, a z zachowaniem proporcji i moją osobistą krzywdę. Zakaz wykonywania zawodu dziennikarza i zmarnowane osiem lat, przetrwanych tylko dzięki paczkom z Zachodu.

Może trzeba więc było po 4 czerwca 1989 wytoczyć mu ekspresowy proces – pokazówkę tak jak Rumuni postąpili z Geniuszem Karpat Ceausescu i jego żoną Eleną? Ale to generał akurat, dzierżąc wszelkie godności z wyjątkiem Prymasa Polski i dysponując armią na wojennej stopie, milicją i sprawnymi służbami sekretnymi – polecił zamówić u stolarzy w Henrykowie pod Warszawą okrągły stół, by przy nim można było paktować zamiast strzelać. W zamian za dobrowolne oddanie władzy wybrano go więc na najwyższy urząd, z którego dal się z kolei bez oporu wykolegować pewnemu znakomitemu elektrykowi z Gdańska.

To sprawia, że proces siedmiu staruszków odbieram z mieszanymi uczuciami. Wolałbym, by stanęli przed trybunałem Historii. Tym nierychliwym, orzekającym za całokształt i z reguły sądzącym już nieboszczyków.

 
28. 30 lat temu


Rabka, ośrodek wczasowy dla dziennikarzy. Około szóstej śpiących snem sprawiedliwych lub skacowanych żurnalistów obudziło uporczywe łomotanie w drzwi... – Polaka wybrano na papieża! – poznałem głos mocno partyjnego kierownika ośrodka.. – Ale kogo? – Nie dosłyszałem, o siódmej będą wiadomości... O śniadaniowej porze wszystko już było wiadomo. Przypomniał mi się wtedy oglądany przed rokiem w Bonn reportaż ZDF z Krakowa. Polski arcybiskup o wyjątkowo sympatycznym i bezpośrednim stylu bycia odpowiadał na pytania biegle po niemiecku. W pewnej chwili zwrócił się z typowym krakowskim akcentem do kogoś poza obiektywem kamery:- No powiedzże, jak to po ichniemu będzie? Ktoś mu szeptem podpowiedział, wywiad potoczył się dalej. A w komentarzu usłyszałem, że ten duchowny odegra chyba ważną rolę w Kościele... Prorocze słowa.

Dotąd nikt z naszego wczasowego turnusu nie dociekał kto jest kto i nie dzielił nas na partyjnych i bezpartyjnych. Teraz łatwo było zgadnąć u kogo tkwi w zanadrzu czerwona legitymacja, a kto jej nie ma. Ci pierwsi głośno i ostentacyjnie gaworzyli o pogodzie (a zbierało się na ulewną górską trzydniówkę...) – ci drudzy byli ożywieni w przeczuciu jakichś istotnych zmian. Partyjnym zabrakło wytycznych. Cieszyć się jakby nie było z sukcesu rodaka, czy okazywać obojętność? W pobliskim kościółku bito w dzwony. – Zobaczysz, że wszystko się teraz zmieni... – powiedziała Irena, nakładając mi na talerz porcję jajecznicy niestety bez deficytowych skwarków. I miała po stokroć rację.

W stanie wojennym, jakby pozbywszy się balastu lat, pedałowałem ze studencką pielgrzymką rowerową na spotkanie z Papieżem na Stadionie Dziesięciolecia w stolicy. Z etapu na etap anieleliśmy z pewnym gdańskim poetą, podobnym wówczas jak ja niedowiarkiem. Pchając w pocie czoła rower i bagaż pod górkę wreszcie wyznałem księdzu zastarzałe, świeższe i najświeższe grzechy... Poeta też. Potem był Gdańsk i homilia z „mostku kapitańskiego” do milionowego tłumu. A w 1988 nawet udało mi się za sprawą pewnego dominikanina wślizgnąć na audiencję prywatną w Watykanie i ucałować piotrowy pierścień. Potem... Potem....Potem... Aż doznałem metafizycznego dreszczu, gdy nagły wiatr przewracał na trumnie karty wyłożonej Ewangelii i zamknął nagle okładki świętej księgi.

Chyba my, peerelowskie leśne dziadki, także jesteśmy z pokolenia JP2.


29. Requiem dla nie odwiedzanych


Także tym razem nie złożę kwiatów i nie zapalę zniczy na grobie Ojca. Ani nie uprzątnę jesiennych liści. Udało mi się to tylko raz w 1990 roku, w pół wieku po jego śmierci. Dożył 59 lat, gdy pocisk z przyłożonego do karku pistoletu przebił mu potylicę, wydrążył w mózgu ścieżkę i wybił otwór w czole. Rok wcześniej, zdrów i z rodu długowiecznych, budował fabrykę zbrojeniową w Centralnym Okręgu Przemysłowym.

Mało go jakby znalem i nie zdążyłem powiedzieć, że go po swojemu kocham. Przebywał głównie na Śląsku Cieszyńskim, budując stacje PKP w Wiśle i Ustroniu, szlaki kolejowe i eksploatując kamieniołomy. W Krakowie zjawiał się w piątki wieczorową porą, w sobotę jechał polować w podkrakowskich Toniach na zające lub łowił pstrągi w Dunajcu, a w niedzielę spotykał się z przyjaciółmi u „Bizanca” przy kawie i kieliszku starki. Tak go uwiecznił były kelner Worcell w „Zaklętych rewirach”. Legitymację uprawniającą do wędkowania w Dunajcu znaleziono identyfikując jego zwłoki. Straszne słowo wyjaśnia wszystko. Snem wiecznym śpi w Katyniu.

Historia świata zna równie okrutne mordy zbiorowe choćby w wykonaniu Dżyngis Chana czy Iwana Groźnego, już nie wspominając o Hitlerze. Minister Ławrow właśnie nas przestrzegł przed stawianiem znaku równości między III Rzeszą a ZSSR, gdy o zbrodnie wojenne idzie. Ma nieco racji. A jednak w zbrodni katyńskiej jest coś szczególnie ohydnego. Wkroczono bez wypowiedzenia wojny na suwerenne terytorium sąsiada, wciąż jeszcze broniącego się przed najeźdźcą z Zachodu i z miejsca przystąpiono do wyłapywania polskich oficerów, policjantów i funkcjonariuszy służb mundurowych, a także ziemian, prokuratorów i sędziów, niekiedy kleru – by ich wkrótce zabić. Odkrycie zbrodni w 1943 r. wykorzystano perfidnie do ataku na rząd RP na emigracji. Większość ofiar, podobnie jak Ojciec, porucznik rezerwy, nie miała przedtem kontaktu z Rosjanami i do 17 września 1939 uważała ZSRR raczej za potencjalnego sprzymierzeńca w wojnie z III Rzeszą.

Niech spoczywają w pokoju.

 
30. Do piór – póki czas...

 

W nowo wydanym „Słownik dziennikarzy i publicystów Pomorza” dodano mi dwa lata i tak wyszedłem na absolutnego nestora dziennikarskiej branży. Pewnie ujęto je jakiejś kokieteryjnej koleżance. To w końcu mało ważne, od ilu lat ZUS raczył mi przyznać ekstra zasiłek dla stulatków – za to istotne, że wciąż pamiętam listopad 1918 i niespodziewany wybuch Niepodległości. W mym Krakowie ze starszym o rok gimnazjalnym kolegą rozbroiliśmy na rogu Basztowej i Krowoderskiej austriackiego sztabskapitana, po akcencie Czecha albo Słoweńca, choć początkowo nie chciał oddać szabli. – Das ist Ehrensache, to sprawa honoru - tak z ekspresją wykrzykiwał, ale w końcu białą broń odpiął. Pamiętam też, jak się zgłaszałem do powstania śląskiego. – Tyś synek z gwera jeszcza nie strzyloł, a u tych pieruńskich szwabów som ino takie, co byli w weltkriegu na froncie – uzasadnił odmowę dobroduszny Ślązak w punkcie werbunkowym na Małym Rynku, a ja wychodząc z żalu chlipałem cicho w rękaw. Oczywiście jeszcze ostrzej rysuje mi się pogrzeb Marszałka w 1935 roku i grubas Goering z buławą w kondukcie za trumną, a potem kilka nalotów Luftwaffe na Kraków, wielka ucieczka na wschód, inwazja Sowietów przeżyta w Berestowcu na Podolu, lata okupacji spędzone w Krakowie i tamże w 1945 r. wspaniałe wianie Niemców wąskim wyjściem na południe.

Młodzi gniewni badacze nowszych i najnowszych polskich dziejów malują międzywojnie zbyt różowo, za to PRL jednolicie na czarno. Bez oczywistych półcieni i odcieni. W jednym worku upychają więc czasy Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego, nie wyczuwając ani grubych niekiedy różnic, ani cieniutkich niuansów. Jako propaństwowiec, lojalista i entuzjasta opowiadam się za powszechną lustracją wszystkich przez wszystkich, za masową mammografią nawet dla panów, za corocznym sprzątaniem świata w wykonaniu przedszkolaków, za sadzeniem drzewek, za redukcją emisji CO 2, za schetynówkami zamiast drogich autostrad i za radykalnym oczyszczeniem PZPN. Ale marzy mi się też powszechna akcja pisania wspomnień przez staruszków, zanim zamroczy ich do reszty bezlitosny Alzheimer albo wezwie zniecierpliwiony święty Piotr. Po rzetelnej naukowej obróbce faktów i fakcików, chyba w IPN, mogłaby z tego powstać Skarbnica Dziejów Najnowszych (SDN) w elektronicznym zapisie. Dostępna dla magistrantów i doktorantów, literatów i popularyzatorów, a także dla zwykłego Kowalskiego, ciekawego wzlotów i upadków swoich dziadków i pradziadków.

A więc wiekowe damy i dżentelmeni - do piór!

 

31. Świta w tunelu?

 

W ponurym jak noc wampirów i wstrząsanym giełdowym kryzysem październiku 2008, już na szczęście minionym - jedno wydarzenie umacniało wiarę w sens Unii, zwykłą solidarność i triumf dobrej woli. Oto kierowca TIR, wiozący do Francji ładunek opon, doznał na trasie wylewu. Resztką świadomości powiadomił przez komórkę żonę, podając gdzie we Francji zjechał na pobocze i włączył sygnalizację. Żona nie wiele myśląc zaalarmowała komisariat policji tam gdzie mieszka, czyli w podwarszawskim miasteczku Legionowie.

W mediach jest sporo sytuacji, kiedy sfrustrowany dyżurem policjant bagatelizuje równie dramatyczne doniesienie. Ale tym razem sprawy potoczyły się inaczej. Legionowscy dyżurni niezwłocznie przekazali meldunek Komendzie Głównej, ta z miejsca powiadomiła INTERPOL, skąd wiadomość o Polaku dotarła do placówki policyjnej we Francji. Helikopter namierzył polską ciężarówkę na poboczu i nieprzytomny już kierowca w godzinę od zasłabnięcia znalazł się w szpitalu. Zabezpieczono też TIR z ładunkiem.. Czyż nie przypomina to wręcz dydaktycznego filmu dla młodzieży? Z happy endem szczypiącym serce, choć mało prawdopodobnym?

Warto wspomnieć opisany incydent z kilku powodów. Wręcz modelowo zachował się policjant odbierający alarmujące zgłoszenie. Może widzę zbyt czarno, ale na ogół w podobnych przypadkach żona usłyszałaby tłumaczenie o braku kompetencji terenowej i sugestię zadzwonienia do ambasady RP w Paryżu. Albo do któregoś z naszych europosłów... Może taka okrężna droga dałaby w miarę pozytywny rezultat, ale w podobnych sytuacjach minuty i sekundy decydują o szansach przeżycia. Ten łańcuch dobrej woli, zaistniały bez cienia biurokratyzmu, świadczy że Unia Europejska to nie tylko krowa hojna i dojna funduszami strukturalnymi, ale rodząca się na naszych oczach ludzka wspólnota ponad granicami, nacjami i barierami językowymi. Nikt tym razem nie upewniał się, kto, kiedy i ile za tę akcję zapłaci.

A policjanci z Legionowa, od których to się zaczęło, zasługują na gwiazdki lub belki na naramiennikach. I na sowite premie.


32. 10 dni w Kraju Orła


Samolotem Lufthansy z Monachium do Tirany podróżowali chyba tylko Albańczycy. Po starcie zapanowała familiarna atmosfera. Częstowano się smakołykami. - Shquiptar? Shquiptar? – chwycił mnie sąsiad za ramię, patrząc w oczy... - No Shquiptar, nie jestem Albańczykiem – tłumaczyłem nie wiedząc, że po albańsku „no” z lekkim potakiwaniem akurat oznacza „tak”.  Po półtorej godzinie z chmur wynurzył się Adriatyk i skalisty ląd z zakolem plaży. Usiedliśmy łagodnie na lotnisku Matki Teresy, Albanki pochodzącej z Kosowa. Jest oddalone o 30 kilometrów od Tirany. Albański pogranicznik zdziwił się na widok mego paszportu. – You Polonia? First time Albania? Potwierdziłem. Za wydaną od ręki wizę skasowano 10 euro. Dumny „Kraj Orła” jeszcze nie należy jeszcze do Unii, ani do Układu z Schengen.

Minąłem barierę i spostrzegłem doktor Marinę T., moją ofiarną przewodniczkę po tym nieco egzotycznym dla nas kraju. Po półgodzinnej jeździe wynurzyła się Tirana, przylegająca do niemal pionowej ściany skalistej góry Dajt, tak jak Zakopane przytuliło się do Giewontu. Ulice są w niej zatłoczone, chyba każdy Albańczyk po ustrojowej zmianie w 1991 roku kupił gdzieś w Europie używane auto. Nikt nie przestrzega prawideł ruchu, auta wciskają się na ronda na potęgę, piesi włażą na jezdnię w dowolnym miejscu, nie respektuje się czerwonych świateł, a mimo to w ciągu pobytu nie zauważyłem ani kraksy, ani potrącenia przechodnia. Pełno na skrzyżowaniach policji w niemal admiralskich mundurach, poganiającej lizakami sznur samochodów. Co krok trafiają się pizzerie, bary i kafejki, o każdej porze pełne mężczyzn. Samotnych pań w nich nie widziałem. Są już w Tiranie lokale na europejskim poziomie, z obsługą liczniejszą od gości, co pośrednio świadczy o wysokim bezrobociu. Za to kurs miejscowej waluty do euro jest od lat stabilny. Jak oni to robią mimo kłopotów gospodarczych i niskiego produktu krajowego brutto?

Codzienne wyprawy autem doktor T. z emblematami Unii przynosiły raczej pozytywne spostrzeżenia. Radzono mi przed odlotem zaopatrzyć się w kuloodporną kamizelkę, straszono tradycyjnym kodeksem „Kanun” przewidującym oko za oko i krew za krew, gdy tymczasem Albańczycy w Tiranie, Kamez, Kruja czy nadmorskim Durres okazali się przyjaznymi i skłonnymi do bezinteresownej pomocy cudzoziemcom. Choćby w dotarciu pod dany adres przy całkowitym braku numeracji domów i nazw większości ulic. Nikt nie wyciągał za to ręki po bakszysz. Są dumni z historii swej ojczyzny – i to na każdym etapie, nie wyłączając całkowitego odcięcia Albanii od reszty świata za komunistycznej dyktatury.

Dyktator Enver Hodża ogłosił w 1967 roku Albanię „pierwszym w Europie państwem ateistycznym...” nakazując zburzenie meczetów, cerkwi i kościołów lub ich zamianę na domy kultury czy magazyny. Religia wkracza z powrotem w życie narodu. Arabscy szejkowie wykładają petrodolary na odbudowę strzelistych minaretów, z Europy przybywają księża z misyjnym przesłaniem. Jednego z nich, od 13 lat ewangelizującego 100 – tysięczny Kamez, miałem okazję poznać. Gdy zaczynał zadanie - ledwie kilkadziesiąt osób twierdziło, iż były potajemnie ochrzczone – a dziś parafia Ojca Konrada van Kerschavera, rodem z Belgii, liczy aż 13 tysięcy wiernych.

Mieszkałem u pary inżynierów. On, lat 50, zarabia równowartość 250 euro, a jego żona jako rzeczoznawca nieruchomości o 100 euro więcej. Ale dorobili się piętrowego domu i to o niezłym standardzie. I znów pytanie – jak oni to robią?

Z niedosytem wrażeń opuszczałem kraj jeszcze nie otwarty na przybyszów z zagranicy, pełen kontrastów i niespodzianek. W porcie lotniczym odprawiono mnie sprawnie i życzliwie, niewielki samolot uniósł z powrotem do Monachium. Shume falemnderit, bardzo dziękuję Albanio vel Shquiperio za interesujący pobyt. I do zobaczenia...

 

 33. Nie prywatyzujcie nam armii!


Zapowiadane uzawodowienie Wojska Polskiego przewiduje stan 120 tys. profesjonalnych żołnierzy. Teraz jest ich około 80 tysięcy, ale minister Obrony Narodowej jest dobrej myśli i zapowiada, że rekrutacja dalszych 40 tysięcy ochotników nie stworzy trudności. Już miała się zgłosić ponad połowa chętnych do zawodowej służby, a wielu spośród obecnie służących żołnierzy nadterminowych wyraża chęć pozostania nadal pod bronią i w mundurze. Stan 120 tysięcy żołnierzy zawodowych jest podobno wielkością optymalną. Nie ilość zresztą rozstrzyga na współczesnym placu boju, lecz jakość uzbrojenia, wyposażenia i wyszkolenia. Żołnierz z poboru, wzięty w przysłowiowe kamasze na rok czy nawet mniej, ledwie nauczy się stawania na zbiórki, równania w prawo i marszu równym krokiem, gdy idzie już do cywila...

To wszystko jak mawiają niektórzy politycy oczywista oczywistość, ale trudno nie mieć na marginesie kilku co najmniej wątpliwości. Wprawdzie do przełamania linii frontu wystarcza odpowiednie zmasowanie broni pancernej, wspieranej artylerią, rakietami i lotnictwem - ale do utrzymania zdobytego lub bronionego terytorium niezbędna jest nadal żywa siłą, czyli odpowiednia ilość żołnierzy. To o dodatkowe kontyngenty a nie o czołgi czy opancerzone transportery wołają zdesperowani dowódcy sprzymierzonych wojsk w Afganistanie. Zresztą zwykle bezskutecznie.

Wielkość uzawodowionego (cóż za okropny przymiotnik...) Wojska Polskiego będzie ledwie o 20 tysięcy mniejsza niż liczebność Policji i dużo mniejsza od potężnej armii ochroniarzy w handlu i przemyśle, ocenianej na 2000 tysięcy. W ubożuchnej Polsce między dwiema wojnami stan etatowy Policji Państwowej wynosił około 45 tysięcy (notabene przy o wiele większym niż dziś terytorium i wrogo nastawionych mniejszościach narodowych....) - natomiast Wojsko Polskie na stopie pokojowej wraz z Korpusem Obrony Pogranicza liczyło do lutego 1939 roku 350 tysięcy. A w maju 1945 roku, gdy umilkły działa na europejskim teatrze wojny, pod bronią mieliśmy w LWP około 400 tys. żołnierzy, 195 tys. w Polskich Silach Zbrojnych na Zachodzie i około 150 tys. partyzantów w kraju i zagranicą, jak np. we Francji czy Jugosławii.

 
34. Dwuślad pod choinkę?


„Kohany Aniołku – gryzmoliłem ongiś na kartce z zeszytu – pszynieś mi pod drzewko wyścigufkę do nakrencania...” W Krakowie dzieci wierzyły w Aniołka, Mikołaj zjawiał się tylko 6 grudnia ze słodyczami lub alternatywnie rózgą Zamówionym u Aniołka autkiem wykonywałem na parkiecie kontrolowane poślizgi jak Jan Ripper, przedwojenne bożyszcze rajdów do Morskiego Oka. Pierwsze prawdziwe auto, oczywiście „Syrenę”, kupiłem będąc 40-latkiem i zadłużając się po uszy. A dziś daje się dzieciom używane samochody, najwyżej pięcioletnie, na pomaturalny upominek. Auta i u nas stały się tym, czym były na Zachodzie – środkiem dojazdu, w kosztach eksploatacji niemal porównywalnym z biletami komunikacji publicznej.

Po krótkim pobycie w Albanii pisałem, że chyba każdy Albańczyk po przemianie ustrojowej kupił na Zachodzie używany pojazd dwuśladowy. Podobnie jak u nas była to zrozumiała reakcja na okres, w którym prywatne auto było dla ogółu niedostępnym przedmiotem marzeń o szybkim i swobodnym poruszaniu się po dobrych drogach. Ale tak przecież nie jest. Wlokąc się w korkach z zazdrością oglądamy wyprzedzających nas rowerzystów, a nawet pieszych. U celu kołujemy tracąc cenny czas w poszukiwaniu miejsca za friko, bo na płatne parkingi nas na ogół nie stać. Wydaje mi się, że w wydziałach komunikacji premiuje się i awansuje urzędników, wynajdujących coraz to nowe ulice dla oznakowania zakazu postoju. Motywację owiewa mgiełka tajemnicy, bo widuje się te znaki na ulicach tak przestronnych, że minęłyby się na nich kolumny pojazdów z ładunkami ponadnormatywnymi, jak holowniki rzeczne na platformach czy samoloty pasażerskie do remontu. Kupiłeś głupcze samochód, to wlecz się, kołuj, denerwuj, spóźniaj i za wszystko płać – zdaje się brzmieć niepisana reguła postępowania. Naturalnie nadchodzące pokolenia będą pękały ze śmiechu widząc na starych filmach nasze współczesne samochody, podobnie jak my podśmiewamy się z pojazdów z początków motoryzacji, lecz własny pojazd mechaniczny to wciąż istotny miernik jakości życia i postępu technicznej cywilizacji. Ale by służył swoim założeniom trzeba dobrej woli wielu zainteresowanych stron.

Smętną refleksję dedykuję władzom licznych miast (choć na szczęście nie wszystkich...) szafujących bezlitośnie i chyba bezmyślnie znakami zakazu, łupiących nieszczęsnych kierowców z racji parkowania pod automatami. Carl Benz (1844 – 1929), wynalazca samochodu i tata pięknej Mercedes, .pewnie z oburzenia obraca się w grobie...


35. Hau hau, miau miau - felieton zoologiczny


Ludzie po Świętach często zwracają lekkomyślnie nabyte pieski, kotki, chomiki, świnki morskie, myszki i szczurki. Ulegli prośbom dzieci, obiecujących opiekować się żywym nabytkiem, lecz albo przeszły im dobre chęci, albo stworzonko okazało się uciążliwe. Nasiusiało na dywan, pogryzło pantofle, podrapało dziecko albo po prostu się sprzykrzyło. Sam będąc ongiś dzieckiem, po smutnych doświadczeniach z rybkami źle reagującymi na chlor, ślimakami, kijankami i świnką morską – nie chciałem piesków ani kotków, choć do tych kręgowców stałocieplnych żywię pozytywny stosunek. Hodowałbym co najwyżej patyczaki (gatunek Cheleutoptera) jako interesujące, bo czasem dzieworodne. Ale nie są zbyt kontaktowe.

Miłość psa to jedyne prawdziwe i trwałe uczucie do kupienia za pieniądze Rzecz jednak w tym, że dla psa i człowieka nie tyka równomiernie zegar biologiczny Nasz rok życia to dla psa jakby 7 lat, zatem pies piętnastolatek, a tylu lat dożywają, to ponad stuletni starzec. Wzięta z azylu Beta, pełna werwy suczka mieszanej rasy, szacunkowo trzyletnia, w ciągu dekady nabawiła się cukrzycy, oślepła i zachorowała na złośliwy nowotwór. Cierpiała w godnym milczeniu. Gdy z bólu przegryzła sobie brzuch, usiłując wyszarpać raka zębami – jej pani z musu podjęła odkładaną decyzję. Beta nie protestowała, obserwując krzątanie się wezwanej psiej śmierci w białym fartuchu i ze strzykawką, a nawet oglądała ją z widoczną ulgą. Podobnie Tyson, bokser z pedigree czyli szlacheckim rodowodem, szybki jak błyskawica, radosny i pełen chęci do figli – pod piętnastkę otępiał, obolał i wyraźnie wstydził się swej słabości. Mężnie jak na wojownika przystało, bez protestu, poddał się zabiegowi niosącemu wieczną ulgę. Ma w ogrodzie, gdzie tak harcował, niewielką trawiastą wypukłość ozdobioną jego ulubionymi bawidełkami.

Może się narażę gdy wyznam, że czasami, zwłaszcza w zimowe bezsenne noce, zazdroszczę pieskom ich prawa do szprycy.


36. Rezonans za Odrą


Znów jestem poza zasięgiem naszych mediów z wyjątkiem Warszawy na długich falach, odbieranej wśród huków i trzasków. Tutejsze media papierowe i elektroniczne maja na większość spraw inny niż nasz punkt widzenia, niekiedy uwarunkowany historycznie. Niemieckim komentatorom więc nie wypada oceniać zbyt krytycznie poczynań Izraela w strefie Gazy, coraz ostrzejszych i bardziej krwawych. Dla zrównoważenia win pokazuje się więc wpierw skutki eksplozji rakiet Hamasu odpalanych na Izrael i rosnący co dzień zbiór ich resztek. Oglądnąłem też w TV roztańczony pochód Hamasu, niosący wśród podskoków i okrzyków triumfu kolejną rakietę do wyrzutni.

Niemieckie gazety mocno wychwalają Czechów z okazji ich prezydencji w Radzie Europy. Wynika z komentarzy, iż mimo znanych fochów prezydenta Klausa, to właśnie oni spośród wszystkich ludów „Osteuropy“ najbardziej nadają się do przywództwa i wyrównywania różnic politycznych oraz ekonomicznych. Pod niebiosa chwali się też rozwój niedużej lecz jakże zapobiegliwej republiki nad Wełtawa i sławi czeski charakter narodowy, jakoby skłonny do rozsądnych kompromisów. Natrafiam też w innych artykułach na komplementy pod adresem Litwy, w tym na historycznie podkolorowany i obszerny reportaż o Vilniusie, bez jakiejkolwiek wzmianki o trwającej kilka wieków więzi Wilna z Rrzeczpospolitą Obojga Narodów. Bardzo życzliwie piszą Niemcy również o Słowacji z racji jej przystąpienia do strefy Euro. Na zdjęciach widać, jak bracia Słowacy całują z uniesieniem nowiutkie eurobanknoty.

Przerzucając co dzień niemiecką prasę w poszukiwaniu choćby najmniejszej wzmianki o Polsce doznałem wreszcie satysfakcji. Bingo! Oto u Mirosława T., lat 39, drogówka w Eilbek namierzyła 4,09 promila, co „Frankfurter Sonntagszeitung“ w dłuższej od tego felietonu informacji uznała za niemal światowy rekord. Było tam też o innym Polaku z niezłym wynikiem 3,58. I tak dobrze, ze obaj mieli prawa jazdy i ich auta nie były kradzione…A przed Sylwestrem 2008 media usilnie przestrzegały przed odpalaniem „Polenvböller“, tyle co „polskich petard”, pod którą to zbiorczą nazwą rozumie się tu tani wybuchowy chłam, masowo przemycany głównie z krajów Dalekiego Wschodu.

Morał stąd taki, ze nasza konsekwentna „polityka historyczna“, rozpoczęta od akcji tropienia dziadków z Wehrmachtu, znalazła za Odra odpowiednio silny rezonans.


37. Święta czy wariatka – a może sposób na kryzys?


 

Heidemarie SchwermerW gazecie „Polska – The Times”” dziennikarz niedawno opisał swój eksperyment przetrwania tygodnia za 110 złotych. Samozaparcie autora zasługiwało na podziw, choć załamał się przed zakupem szorstkiego jak skóra rekina szarego papieru toaletowego i wybrał biały, o złotówkę droższy. Są jednak tacy, co egzystują całkiem bez pieniędzy i nieźle im się to udaje.


W Niemczech już od 13 lat bez pieniędzy obywa się psychoterapeutka Heidemarie Schwermer, lat 67. Podkreśla w wywiadach prasowych i telewizyjnych, że tylko dwa do trzech razy w życiu kładła się z musu spać głodna, a zwykle bywa „totalnie syta...”. Wszystko zdobywa w utworzonym przez nią „kręgu wymiany”, więc dajmy na to fryzjer strzyże ją w zamian za pilnowanie dzieci, a mechanik naprawił kiedyś zepsute stare auto za umycie okien. Ten krąg formować zaczęła wśród bezdomnych, ale znaleźli się w nim wkrótce emeryci i bezrobotni. Życie bez pieniędzy stało się dla niej pełniejsze, barwniejsze i bogate w przygody. Nadal świadczy ludziom porady psychoterapeutyczne, ale za chleb, proste artykuły żywnościowe albo używaną odzież. Pilnuje mieszkań i domów. Ale tak nie naprawiłaby świata, więc w wolnym czasie pisze i wydaje programowe książki. Zwykle około tygodnia mieszka u przygodnie poznanych ludzi, na przykład w rewanżu za... łupanie orzechów albo opowiadanie o sobie ich zaproszonym znajomym.


Jest z własnego wyboru od lat bezdomna. Wszędzie za to czuje się jak u siebie, o gdy chce się wyciszyć – idzie spać do lasu. Wszystko co ma mieści się w jednej tylko walizce. Jej garderobę uzupełnia zwykle telewizja zamiast pieniężnych honorariów. Tak dorobiła się trzech par butów, ale jej zdaniem to o dwie pary za dużo...Nie zbiera zdjęć ani artykułów o sobie, nie pisze wspomnień. Soczewki w okularach wymienia jej zaprzyjaźniony optyk za opiekę nad kotem, za podobne drobne usługi dorobiła się już czwartej komórki. Od lat 20 nie była u lekarza, bo mocno wierzy w samouzdrawianie się organizmu. Kładzie więc rękę na bolące miejsce i czeka aż ból minie. A jeśli się jej to kiedyś nie uda, to jest gotowa po prostu umrzeć. Trzy razy otarła się już o śmierć. Powołując się na Jezusa i średniowieczne zakony żebracze odpiera zarzuty, że propaguje utopijny komunizm. Albo że głosi utrzymywanie leniwych na koszt pracowitych. Nic nie ma, za to jest – i to dla niej znacznie więcej znaczy.

    Kto wie – może to właśnie sposób na przetrwani kryzysu, nadciągającego nad Polskę niczym tsunami?


38. Albania dla początkujących – zapiski z podróży


 Wstępne wrażenia to upał po locie z mroźnego Monachium, pozytywne zaskoczenie lotniskiem imienia Matki Teresy, natłok samochodów poruszających się wbrew regułom ruchu, wyłączenia prądu i warczące przed sklepami generatory, zmiatanie odpadów do płynącej przez Tiranę Lany – ale także życzliwość dla cudzoziemców, daleka od chętki na bakszysz...
Mój gospodarz Gazmend S., lat 50, zarabia jako inżynier równowartość 250 euro. Jego żona Pranvera, w skrócie Vera, młodsza o 10 lat, ukończyła politechnikę w 1991 roku, na początku przemian. Szacując nieruchomości zarabia o 100 euro więcej niż mąż. Mówi po angielsku. Angielski Gazmenda ogranicza się do pytania „Albania good?” - co zawsze potwierdzam. Trudno dociec, jak przy tych zarobkach dorobili się piętrowego domu przy Rruga Shkurti - bez numeru, bo numerowanie domów nie jest znane. Adresuje się listy na przykład „Zielony dom obok trzech platanów”.

Oboje są muzułmanami, ale chyba nie przestrzegają zbytnio Koranu. Nie widziałem Gazmenda bijącego pokłony w stronę Mekki. Częstuje mnie mocną raki, pędzoną z winogron w ogródku i nie wzdryga na widok kiełbasy z Pruszcza.

Polonia? Poland? Pani Vera nie bardzo wie, gdzie ta Polska. Ze zdziwieniem słyszą, że Jan Paweł II był Polakiem. Nie reagują na hasła Solidarność, Wałęsa, Boniek czy Bracia Kaczyńscy. To skutek odcięcia się Albanii w 1978 roku od świata po zerwaniu egzotycznego sojuszu z Chinami Zbudowano wtedy 700 tys. małych bunkrów, by odeprzeć wyimaginowany atak Układu Warszawskiego lub NATO. Z tej epoki ten nieliczny ( 3,5 mln mieszkańców) naród od 1991 roku dopiero się otrząsa... Choć zwłoki dyktatora Envera Hodży wyeksmitowano z mauzoleum - piramidy w centrum Tirany, nadal ma aleję swego imienia.

Pytam o rozliczenia z Sigurimi, albańską bezpieką. Vera kręci głową. Nie ma ich i nie będzie. KP Albanii po 1991 r. nazwała się Partią Socjalistyczną i jest w opozycji do rządzącej Partii Demokratycznej. Ale również PS opowiada się za akcesem do NATO i do Unii. Vera wierzy, że Albania znajdzie się w obu instytucjach za pięć lat.

Nieco skomplikowanej historii

Muzeum Historyczne na Placu Skanderbega złupili Włosi po aneksji Albanii. Ale jest warte zwiedzania. Na frontonie, na ogromnej mozaice, komunistyczni partyzanci pod czerwonym sztandarem niosą Albanii wolność... To tak, jakbyśmy wciąż czcili AL., Bieruta i Nowotkę czy wejście Armii Czerwonej. Ale Albańczykom taki anachronizm nie przeszkadza

U zarania dziejów był tu kraj Ilirów, który dostał się pod panowanie Rzymu. Potem rządziło Bizancjum, Bułgarzy i Serbowie. Po klęsce wojsk serbskich, węgierskich, bośniackich, bułgarskich i albańskich w 1398 roku na Kosowym Polu, Albanią na pięć wieków zawładnęli Turcy.

Wśród eksponatów sporo wykopalisk greckich i rzymskich. Monety, amfory, nagrobki, fragmenty rzeźb. Wiele miejsca poświęcono wyzwalaniu się spod tureckiego władania. Upamiętniono wyzwoleńcze walki pod wodzą Skanderbega i jego zwycięstwa nad Turkami. Ale bardziej zainteresowały mnie zdjęcia albańskich wojowników z przełomu XIX i XX wieku. Sumiaste wąsiska i marsowy wygląd, niezłe uzbrojenie. Turcy musieli traktować ich serio i wreszcie w 1913 r. opuścili podbity kraj.

Od 1913 do 1925 roku Albania była królestwem z Wilhelmem I, niemieckim księciem von Wied. Potem stała się republiką, jednak w 1928 roku premier Ahmed Zogu ogłosił się królem Zogiem I. Za jego panowania Włosi mocno usadowili się w albańskiej gospodarce. W kwietniu 1939 anektowali Albanię niemal bez oporu. Król Zog I nie mógł poderwać narodu do walki, bo radioodbiorników nie było i mało kto wiedział o desancie w okolicach Durres. Opuścił kraj i umarł na emigracji w Paryżu. Król włoski stał się królem Albanii i obie monarchie połączyła unia personalna.

Z dziejów nowszych ciekawe są zdjęcia brytyjskich oficerów, delegowanych do walczącej z Włochami i Niemcami albańskiej partyzantki. Podobnie jak w Jugosławii Brytyjczycy troszczyli się o zrzuty broni i amunicji. To tłumaczy, że dobrze uzbrojeni komuniści 17 listopada 1944 zajęli Tiranę i przepędzili resztki okupantów, a 28 listopada utworzyli samozwańczy rząd. Trwali u władzy do 1991 roku.

Lek i euro - jak to się udaje?

Mary ukończyła w 1992 r. prawo w Tiranie, po czym w Roterdamie zgłębiała prawo międzynarodowe. Jest prawosławna. Z przejęciem opowiada, jak po wypowiedzeniu przez reżim wojny wszelkim religiom, więc islamowi, prawosławiu, katolicyzmowi i sekcie Begtashi – babcia ochrzciła ją w tajemnicy. Z Mary zwiedzam okazałą dzielnicę w centrum Tirany, za komuny strzeżoną i dostępną tylko dla wysokich partyjniaków. Takie albańskie Miasto Zakazane.

Lunch z Mary w restauracji na przyzwoitym poziomie. Lokale są tu pełne do późnych godzin. Kelnerzy mówią trochę po angielsku i wyglądają na studentów. Jest ich więcej niż trzeba. Jeden otwiera drzwi, drugi pomaga wysupłać się z okrycia. To świadczy o taniości siły roboczej, a pośrednio o bezrobociu.

W Albanii można tanio i znakomicie zjeść. Gośćmi zwłaszcza wieczorem są niemal wyłącznie mężczyźni. Palą bez ograniczeń, więc sale toną w błękitnym dymku. Płacąc odruchowo przeliczam albańskie leka na euro. Jak wyczytałem w przewodniku sprzed trzech lat, kurs leka do euro wynosił 120 leków do 1 euro i tyle samo płacą tu w kantorach dzisiaj. Jak udaje się słabej wolnorynkowej gospodarce ustabilizować walutę i unikać ryzyka zmian kursowych?

„Wielka Albania” to utopia

BelvedereW 627 roku przed naszą erą iliryjski król Epidamnos założył Dyrrah, dzisiejsze Durres. Okno na świat dla startujących stąd promami do Bari na włoskie saksy. Wpływy włoskie w Durres przejawiają się w architekturze. Ostatnio do końca niemal zabudowano domami w włoskim stylu piękne plaże. W restauracji „Belvedere”, gdzie fale przyboju chlastają na stoliki, kelner się rozpromienił, gdy w języku Dantego zaordynowałem „un vino rosso”.

Jestem w Durres umówiony z anglistą uniwersytetu w Tiranie profesorem. Vangjel Dheri i jego małżonką. W Muzeum Archeologicznym oglądamy zbiory greckich monet z czasów gdy Ilirowie, przodkowie Albańczyków, handlowali z Grekami. Podbój przez Rzymian pozostawił za to wiele alabastrowych i marmurowych rzeźb, niekiedy świetnie zachowanych, w tym nagrobki z łacińskimi inskrypcjami. Inną atrakcją jDurres jest odkryty przypadkowo w 1966 roku i odkopany rzymski amfiteatr dla 20 tys. widzów z II wieku przed Chrystusem. Za 200 leków funduję spacer tunelem dla lwów, groźnie porykując.

Pytam profesora o koncepcję „Wielkiej Albanii”, w której znalazłoby się Kosowo i część terytoriów Macedonii i Czarnogóry, zamieszkałych przez albańską mniejszość. Przyznaje, że taki pomysł istnieje w nacjonalistycznych kręgach, ale w Europie pod sztandarem Unii jest jego zdaniem bez szans.

„Religią Albańczyków jest Albania....”

Trudno dociec, czemu w Albanii władza zaciekle zwalczała wyznawane religie. Zrównano z ziemią wieżyczki minaretów, zburzono cerkwie i kościoły lub zamieniono w domy kultury. Z pogromu ocalał tylko zabytkowy meczet z 1789 roku przy placu Skanderbega. Przed nim widziałem rozkładane dywaniki, a na nich modlących się mężczyzn. Głównie młodych.

„Religią Albańczyków jest Albania...” – głosił dyktator Enwer Hodża. W 1967 roku oficjalnie uznano, że Albania jest pierwszym w Europie krajem ateistycznym. W Muzeum Historycznym znajduje się odtworzona cela, w jakiej więziono kapłanów oczekujących na męczeńską śmierć.

Jadę do 100 – tysięcznego Kamez na spotkanie z proboszczem jedynej katolickiej parafii. U progu „Kisha Katolike Kamez” witają mnie siostry Roswitha i Augustina. Wystąpiły z zakonu w Niemczech, by w Albanii utworzyć nową wspólnotę i prowadzić działalność misyjną. Przy kawie i ciasteczkach dołącza do nas ksiądz proboszcz Konrad van Kerschaver, Belg od 13 lat zamieszkały w Albanii. Gdy pojawił się w Kamez – zgłosiło się ledwie kilkadziesiąt osób, twierdzących iż je ochrzczono potajemnie w katolickiej wierze. Dziś ma ponad 13 tys. parafian. Po trzech latach głosił już kazania po albańsku i spowiadał. Ileż charyzmy musi tkwić w tym niepozornym, wesołym i rozmownym 60-latku, by tyle dokonać w obcym, niemal egzotycznym kraju, gdzie ludzie mówią językiem niepodobnym do żadnego z europejskich!

Górskie dziewice wciąż aktualne

Do Kruja, 50 km od Trany, gdzie w 1405 r. urodził się w książęcym rodzie bohater narodowy Gjergj Kastrioti zwany Skanderbegiem, wiezie mnie Gazmend 20-letnim mercedesem. Można doznać zawrotu głowy na wijących się w górę serpentynach.

Muzeum Skanderbega, monumentalną budowlę z kamiennych bloków, usadowiono na skalistym szczycie. W pustawych salach przeważa apoteoza czynów wodza nad oryginalnymi eksponatami. Wśród drzeworytów z epoki, przedstawiających Skanderbega, odkrywam jeden spod polskiego dłuta, niestety anonimowy.

Przyszły bohater z woli ojca znalazł się w Turcji. Tam wcielony do armii imperium po przejściu na islam dosłużył się generała. Wrócił w ojczyste i skaliste strony, wyrzekł się wyznania Proroka i zorganizował własną armię W ponad 20 bitwach zadawał wiele liczniejszym Turkom klęski. Przegrał tylko dwa starcia i to wskutek zdrady.

Ryzykuję karkołomne zejście do Muzeum Etnograficznego w domu znakomitej rodziny Toptani z XVIII wieku. Starszy pan objaśnia eksponaty płynnie po angielsku. Oto dla mężczyzn urządzono z przepychem salon, gdzie leżąc i pykając z wodnych fajek gaworzyli o tym i owym, gdy tymczasem ich matki, żony, siostry i córki mogły zaledwie obserwować sjestę przez otworki w biegnącym pod sufitem ciasnym korytarzyku.

Z ociąganiem przewodnik potwierdza znaną mi z niemieckich źródeł wersję o górskich dziewicach. Daleko od cywilizacji, dziewczyny wzbraniające się wyjść za podsuwanych przez rodziców kandydatów ślubują dożywotnie dziewictwo. Mogą odtąd ubierać się jak mężczyźni, palić publicznie fajkę, kląć i brać udział w zebraniach rady. Co kraj to obyczaj.

Szanse na sukces?

Na 3 piętrze w wieżowcu Torre Drin, bo z braku numerów domy noszą tu nazwy, mieszczą się biura EURALIUS. EU jak Europa, AL. jak Albania, IUS to po łacinie prawo.

Dr Marina Thode, lat 54, do niedawna naczelny prokurator w Zweibrücken, zgadza się na rozmowę. Zespół liczy 20 sędziów i prokuratorów z różnych stron Europy, jak mówi „od Helsinek po Madryt...”. Polaków nie ma, ale żonaty z Polką sędzia hiszpański pogwarzył ze mną okazyjnie po naszemu. Pani Thode ma dwuletni kontrakt, finansowo atrakcyjny – bo Unia krajom na dorobku nie szczędzi pieniędzy. Szefem zespołu jest Austriak. Zadaniem mej rozmówczyni jest znalezienie recepty na bolączkę albańskiego wymiaru sprawiedliwości i policji, jaką jest korupcja. Pracuje nad usprawnieniem współpracy policji różnych typów (bo jest tu nawet policja elektryczna, śledzące kradzieże prądu...) z organami ścigania i sądami. Organizuje też dla Albańczyków podróże studyjne do Niemiec.

Albańczyk w windzie, widząc że wybieram się na 3 piętro, zidentyfikował mnie jako cudzoziemca. – Oni chcą zreformować nasze prawo. – odezwał się po angielsku z półuśmiechem i powątpiewaniem w głosie. Czasem sceptyczna bywa też doktor Thode, ale wierzy jednak w ostateczny sukces.

Ostanie dni przeznaczam na łażenie bez wyraźnego celu. To niełatwe, bo nieliczne autobusy są gęsto zatłoczone. Albania jeszcze się nie otwarła na gości, choć jest w Tiranie już kilka wieżowców i galeria handlowa na europejską miarę. Im dalej od centrum, tym niestety gorzej. Na Rruga Shkurti, gdzie się ulokowałem, ani razu nie opróżniono kopiato zapełnionych pojemników na śmieci, obleganych przez bezpańskie kundelki. Nie dotarło tu przestrzegane w UE przykazanie ochrony naturalnego środowiska. Brak hoteli, kempingów, schronisk górskich i szlaków, informacji po angielsku...

Ale to dzielny i przedsiębiorczy naród, nieprzeciętnie dumny ze swej burzliwej historii – więc przed nim przyszłość.

 

39. Dobry obyczaj cenny nadzwyczaj

 

Wracam myślą do inauguracji prezydentury Baracka Obamy. Pamiętam „Marsz na Waszyngton” 259 tys. demonstrantów, także białych - i przemówienie pastora Kinga „I Have a Dream” proroczą wizję zniesienia segregacji. To w USA Gwardia Narodowa musiała wśród wyzwisk i pogróżek eskortować pierwszego czarnego studenta uczelni dla białych, to w tej ostoi demokracji wsadzono do kryminału czarną szwaczkę Rosę Parks za zajęcie w autobusie miejsca zakazanego dla „kolorowych”. Tymczasem od nadania czarnym Amerykanom formalnej pełni praw - do wyboru Afroamerykanina na 44 prezydenta Stanów Zjednoczonych upłynęły zaledwie 44 lata. Niewiele jak na taki historyczny przełomowe.

Nasz parlamentaryzm datuje się od powołania dwuizbowego Sejmu w 1493 roku. Konstytucję USA uchwalono o prawie trzy wieki później. To Polacy powinni uczyć dobrych parlamentarnych obyczajów znacznie młodszą amerykańską demokrację – ale jest przeciwnie. Oto prezydent Bush zaprosił 7 stycznia do Białego Domu na lunch byłych prezydentów - swego tatę Busha seniora oraz demokratów Cartera i Clintona, a celem spotkania było udzielenie dobrych rad prezydentowi - elektowi Obamie. Przed inauguracją Obama zjadł lunch z Johnem McCainem, swym rywalem w wyścigu do Białego Domu. W dniu zaprzysiężenia oglądaliśmy ciepłe mimo panujących 6 stopni mrozu pożegnanie Busha i pani Laury z nową prezydencką parą. Ustępujący prezydent pozostawił na biurku w Owalnym Pokoju list z życzeniami i radami dla swego następcy. Porównanie z propozycją podania nogi zamiast ręki lub z przekazywaniem władzy jak dyżuru na portierni, bez uroczystej oprawy, bez paru choćby życzliwych słów, wypada zdecydowanie na naszą niekorzyść. Niestety „chamstwo, agresja, knajactwo” – tu zacytuję Prezesa jako klasyka – cechują u nas obie zwaśnione strony.

Przypadkowo odkryłem, że Obama czytane wspak to AMABO, czyli po łacinie „będę kochał, pokocham” Oby nowy prezydent pokochał średniej wielkości kraj nad Wisłą, zakochany w jego ojczyźnie wciąż bez wzajemności.

 

40. Chanuka w Sejmie, Prezydent w jarmułce


W naszej klasie było ich czterech. Pewnie mieli hebrajskie imiona, ale dla nas byli Tadkiem, Jurkiem, Olkiem i Erykiem. My i oni powielaliśmy poglądy rodziców, więc Tadek opowiadał się za socjalizmem, Jurek, przyszły spadochroniarz spod Arnheim, najbliżej kolegował się z Polakami, Olek wyrastał na człowieka interesu, a Erykowi marzyło się państwo Izrael. Siedzieli razem, ale nie było to bynajmniej jakieś ławkowe getto.

Przed wojną żyło w moim rodzimym Krakowie 68 tys. Żydów. Dzielnicę Kazimierz zamieszkiwali czarno ubrani, brodaci i mówiących w jidysz ortodoksi i był to dla nas „gojów” całkiem obcy świat. Natomiast zasymilowani Żydzi mieszkali także poza tym dobrowolnym gettem, na ogół nie doznając afrontów od Polaków. Ale ich i nas dzieliła niewidzialna granica. Przyjaźniłem się dość blisko z Tadkiem i Jurkiem, bywałem u nich w domu, ale dopiero w III RP wiem z filmów co to menora, macewy, chanuka czy purim. W Galicji za Habsburgów Żydzi piastowali nawet najwyższe urzędy, ale w polskim międzywojniu pozostawały im tylko tzw. wolne zawody – lekarzy, adwokatów i przede wszystkim kupców. W wojsku niepisana zasada ograniczała im dostęp do rang oficerskich. Nie dotyczyło to jednak Żydów przechodzących na katolicyzm. Świeży katolik Kaplicki był popularnym prezydentem Krakowa, a Bernard Mond, chrześniak marszałka Piłsudskiego, były legionista, dowodził dywizją w stopniu generała.

Prezydent Kaczyński w jarmułce, świece chanukowe płonące w Sejmie, ekumeniczne modły biskupów i rabinów... Nie do wyobrażenia przed wojną i po niej zresztą też. Impuls do takich kontaktów dał polski Papież. To antidotum na gwiazdy Dawida na szubienicach i chamski antysemityzm kibiców na stadionach piłkarskich. W kraju gdzie po zagładzie Żydzi są ledwie śladową mniejszością - jest pozbawiony wszelkiego sensu. Komu przeszkadza, że potomkiem rabina jest znany prawicowy polityk? Albo twórca filmów przepojonych polskością i patriotyzmem? W Krakowie od kilku lat obserwuję nawet modę na judaizm. W knajpach na wspomnianym Kazimierzu kelnerzy serwując koszerny „gęsi pipek” udają Żydów, tłok panuje we wspaniale odnowionej synagodze i galicyjsko - żydowskim muzeum...

Tak nadrabiamy zaległości.

 

41. „Nie będzie Niemiec pluł nam w płaszcz...”

 

Ona w kapelusiku jak z operetki „Wolny strzelec” K.M. von Webera, on w poważnym ciemnym kapeluszu z szerokim rondem.. Tę parę u nas każdy rozpozna, ale nie zagranicą. Nie rozpoznał ich więc personel samolotu „Lufthansy” odlatującego późną porą z Monachium do Krakowa. To polskie, a ściślej polsko – niemieckie małżeństwo zostawiło w klasie biznesowej kapelusze i płaszcze, po czym przeszło do tańszej klasy ekonomicznej, na którą miało bilety. Schowki w niej ciasne i ponadnormatywnym nakryciom głowy grozi zgniecenie. Manewr zauważyła stewardessa. Przeniosła kapelusze i płaszcze z bussines do economy, rzucając je małżeństwu na kolana. Zażądała, by Jan Maria Rokita (bo pora już wyjaśnić, o kim mowa...) zapiął pas. Gdy odmówił, bo znany jest z wielkiego umiłowania wolności, wezwała na pomoc pilota. Ten nakazał JMR opuszczenie samolotu. Skoro to nie pomogło, wezwał policję, a uczepiony rozpaczliwie poręczy fotela JMR wołał o ratunek Oczywiście po polsku. Nikt z Polaków w samolocie nie przyszedł mu jednak z pomocą, co zganił w TVP sam prezes PiS, sugerując by wyprowadzenie JMR w kajdankach spowodowało ostry protest polskiego rządu. „Nie będzie Niemiec pluł nam w płaszcz...”– aż ciśnie się na usta zasłyszana trawestacja „Roty”.

Drobny w istocie incydent daje sporo do myślenia. Wielkość JMR wynikła z gestów, mimiki i dociekliwych pytań w komisji sejmowej, badającej aferę Rywina. Z jej ustaleń wypłynęło niewiele albo nic. Rywin swoje odsiedział, ale dotąd nie ujawniono i nie ukarano „Grupy trzymającej władzę”. Wcześniej JMR przegrał wybory na prezydenta Krakowa, bo krakowianie wolą konkrety od błyskotliwości. Genialna „Operacja Nelli” w wykonaniu Kancelarii Prezydenta wyeliminowała go ostatnio z polityki. Zamiast „premierem z Krakowa” został jfelietonistą jak z zachowaniem proporcji niżej podpisany. Jako zwykły obywatel III Rzeczpospolitej winien zagranicą przestrzegać lokalnych standardów zachowań i czuć się przy tym – tu użyję wielkich słów – Jej ambasadorem.

Niedawno dwa razy leciałem „Lufthansą” z przesiadką właśnie w feralnym dla JMR Monachium. Wetknąłem osobisty bagaż na wcisk do schowka w ekonomicznej, posłusznie zapiąłem pas, a nad Adriatykiem uprzejme stewardessy pokrzepiły mnie kawą i nawet czymś mocniejszym.

Nikt nie próbował wyprowadzić mnie w kajdankach.

 

42. Zanim staną na podium...

 

Janusz KusocińskiW Polsce międzywojennej nie było zawodowstwa w sporcie. W innych krajach raczej też, skoro na przykład słynny fiński biegacz Paavo Nurmi, zdobywca 9 złotych i 3 srebrnych medali olimpijskich, by się utrzymać prowadził sklep sportowy w Helsinkach, za co go zresztą zdyskwalifikowano. Jego polski odpowiednik i rywal Janusz Kusociński, złoty medalista w biegu. na 10 km na X Olimpiadzie w Los Angeles, rekordzista świata na 3 km i wielokrotny mistrz Polski – został jak każdy młody człowiek „wzięty w kamasze”, a po wojsku grabił grządki i sadził kwiatki w Warszawie w Łazienkach Inny świetny długodystansowiec Józef Noji, reprezentant na XI Olimpiadzie w Berlinie, był tramwajarzem. Dyskobolka Jadwiga Wajsówna (brąz w Los Angeles i srebro w Berlinie...) była w Zgierzu księgową. Skaczący przez 30 lat na nartach Stanisław Marusarz, pseudo „Dziadek”, uczestnik pięciu olimpiad zimowych, żył z gospodarstwa rolnego. Bronisław Czech, wielokrotny mistrz Polski w skokach, biegach i innych dyscyplinach narciarskich, miał w Zakopanem sklep sportowy i uczył ceprów na Antałówce jeździć na nartach.

Teraz inaczej. Kiedyś wyczynowcom wystarczał jeden trener, obecnie dysponują sztabami różnych specjalistów, z psychologami włącznie. Osiągają za to nieporównywalnie lepsze wyniki. Trening i wyczyn dla nich to po prostu praca jak każda inna, stąd też bez zahamowań podnoszą wymogi finansowe. Profesjonalizm w sporcie stał się „oczywistą oczywistością” – a amatorów spotyka się dziś co najwyżej na dziecięcych spartakiadach. Nic dziwnego, bo dla sukcesu trzeba dziennie przebiec czy przepłynąć wiele kilometrów, dźwignąć na raty kilkadziesiąt ton albo skoczyć kilkadziesiąt razy. Koń by tego nie wytrzymał. Człowiek potrafi. Ale nie za darmo oczywiście.

Odkąd sport to wielce intratna profesja, ambitni rodzice, często byli sportowcy, skłaniają dzieci do poddania się ostremu reżimowi treningów. Co wtedy z beztroskim dzieciństwem?. Organizm w fazie rozwoju niekiedy nie wytrzymuje gigantycznych przeciążeń, reagując uszkodzeniami kończyn czy organów wewnętrznych, w tym też układu krążenia. I tak nad miarę wyeksploatowany bardzo jeszcze młody człowiek, z pozoru okaz krzepy i zdrowia – trafia z boiska lub siłowni do kostnicy.


43. 27 wejść wprost z ulicy

Nigdzie na świecie nie stoczono chyba tylu wojen, co w Europie. Podziwu godne, że doszło w niej do unii 27 państw i wykluczenia między nimi na przyszłość konfliktów zbrojnych. Co nie zmienia faktu, że mają one swe odrębne historie i różne interpretacje tych samych faktów, jak choćby krwawej bitwy w 1410 r. pod Grunwaldem.

Natrafiłem niedawno w niemieckiej prasie na projekt „Europejskiego Domu Historii” pod auspicjami Unii. Będzie on muzeum dla zwykłych ludzi, by zauważyli, iż UE zajmuje się nie tylko krzywizną bananów, ale buduje także europejską jedność. Dom otworzy podwoje za 4 lata. Będzie w nim centrum informacji, stąd wyruszą wędrowne ekspozycje do krajów Unii. Obejmie głównie dzieje Europy od I wojny światowej do końca zimnej wojny, nie pomijając starożytności, chrystianizacji, znaczenia łaciny i różnych prądów intelektualnych. Eksperci już znaleźli budynek w Brukseli i pracują nad rozłożeniem między członków Unii kosztów inwestycji.

Oby ambitne przedsięwzięcie się powiodło, choć diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Od 37 lat działa Polsko – Niemiecka Komisja Podręcznikowa, a wspólnego podręcznika historii wciąż nie ma i chyba nigdy nie będzie Nie ma już wprawdzie tematów tabu, ale trudno o zgodny duet choćby na temat akcji wysiedleń vel wypędzeń. Męska przyjaźń prezydentów Polski i Litwy nie przyniesie wspólnego poglądu obu nacji na króla Jagiełłę, dla Litwinów zdrajcę, skazanego nawet w pośmiertnym procesie na śmierć. Kamieniem niezgody pozostanie wcielenie w międzywojniu do Polski tzw. Litwy wileńskiej z Wilnem, wtedy zresztą zamieszkałym przez Polaków. Podobne sprzeczności dzielą inne nacje, jak choćby zapraszanych właśnie do UE Chorwatów, Serbów i Bośniaków. Francja i Niemcy piją sobie miłośnie z dzióbków i nawet wydały wspólny podręcznik historii – ale czy wyeksponują w przyszłym Domu Historii tak samo choćby przyczyny wojny w 1870 r.? Albo dzieje Alzacji i Lotaryngii, krain raz niemieckich, a za innym razem francuskich?

Niech więc będzie to dom bez korytarzy łączących poszczególne sale wystawowe, z 27 oddzielnymi wejściami wprost z ulicy. A dla pewności niech pomieszczenia dla III RP i dla RFN znajdą się na przeciwległych krańcach tego muzealnego budynku.

Zero kontaktów. Tak będzie lepiej.
 

44. Raport z byłego „Enerdowa”
 

Taksówkarz pyta czy jestem z Północy. Lakonicznie potwierdzam, bo przecież moje Pszczółki leżą daleko na północ od Drezna. To dobrze, cieszy się i nawet dodaje gazu, bo on nie lubi na przykład takich Bawarczyków. W „nowych landach” w 20 lat po zjednoczeniu Niemiec wciąż słychać niechęć do „Wessis” i wyczuwa się nostalgię za NRD, nazwaną tu dowcipnie „Ostalgią”. Bo „Ost” to po niemiecku wschód.

Tę „Florencję nad Łabą” bombowce alianckie zrównały z ziemią w ciągu trzech lutowych nocy w 1945 roku. Około 35 tys. ludzi poniosło śmierć. Druga Hiroszima, choć mniejsza i nie atomowa. Straszna kara, do tego zbiorowa - choć niemal sprawiedliwa wobec cierpień zadanych podbitym narodom. Z moich w Dreźnie bytności w latach 60 i 70 pamiętam 15 km kw. terytorium miasta obsianych trawą, kiedyś gęsto zamieszkałych. Stopniowo wyrastały na nich typowe enerdowskie blokowiska. Zabudowa nadal trwa i nawet w historycznym centrum widać dźwigi na rozkopanych placach ogrodzonych siatką. Co turystę uderza, to niedosyt małej miejskiej infrastruktury, więc sklepów, piekarń, barów, czy kafejek. Zwłaszcza na peryferiach.

Zwiedzam zabytki śladem moich dawnych zachwytów. W Galerii Starych Mistrzów to „Madonna Sykstyńska” Rafaela i autoportret Rembrandta z Saskią na kolanach, wznoszącego kielich ku widzom. Miał wtedy 29 lat i kipiał radością życia. Kilka sal zajęła okresowa wystawa „Obrazów na życzenie” z wieloma polskimi akcentami. August Mocny, król Polski i elektor saski, dał się uwiecznić przy karabeli i w sarmackim kontuszu. Wiszą też portrety naszych arystokratek, z którymi pewnie król sypiał panując okresowo w Warszawie. W „Zielonym Sklepieniu” wśród zachwycających kunsztem skarbów dynastii Wettinów widać też herby Rzeczpospolitej Obojga Narodów, z Orłem Białym i litewską Pogonią. Surowo osądzamy w Polsce saską epokę, ale zostawiła ona wiele wspaniałych zabytków sztuki i kultury.

W odbudowanym wspaniale ewangelickim kościele „Frauenkirche” w południe zbierają się co dzień liczni wierni na wspólną modlitwę i kazanie. Co za różnica z programowo ateistyczną NRD! Innym znakiem czasów, tym razem związanym z kryzysem, jest brak gości z zagranicy, oczywiście z wyjątkiem wszędobylskich Japończyków. U wejścia do Urzędu Pośrednictwa Pracy naprzeciw mego hotelu obserwuję wciąż tłumek klientów. W odróżnieniu od „starych landów” nie widać w Drexnie nigdzie pracowników ciemnoskórych. W obliczu stopniowo rosnącego bezrobocia każda robota, nawet ta najmarniejsza na zmywaku lub przy zamiataniu chodników, jest tutaj zastrzeżona dla swoich.

 

45. Winnetou i Pchła Szachrajka

 


(c) Lisa Langfeldt

W saksońskim miasteczku Radebeul koło Drezna zwiedzam muzeum Karla Maya, powstałe dzięki tantiemom z milionowych nakładów jego książek. Tłumaczono je aż na 40 języków i wychowało się na nich kilka generacji. Głownie męskich. Muzeum tworzą willa „Bärenfett“ czyli „Niedźwiedzie sadło” i willa „Old Shatterhand” W tej pierwszej, wzniesionej na wzór obronnych blokhauzów armii USA na Dzikim Zachodzie, zgromadzono eksponaty związane z życiem i kulturą Indian. W drugiej zachowano oryginalne wnętrza z epoki pisarza – jego gabinet, bibliotekę i często opisywaną broń myśliwską, w tym sztucer Sir Henry’ego, mającą uwiarygodnić bohaterskie wyczyny Old Shatterhanda, z którym pisarz się identyfikował. Ale Old Shatterhand, podobnie jak wódz Apaczów Winnetou, byli wytworem jego fantazji twórczej...

May odwiedził USA i kraje arabskie dopiero u schyłku życia, w wiele lat po opisaniu i wydaniu swych rzekomych przygód. Mimo to dorobek Maya miał i chyba ma nadal wartość wychowawczą, bo głosił on wierność zasadom etycznym, prawdomówność, tolerancję dla innych ras i na swój sposób religijność. I tu czeka wielbicieli „Skarbu w Srebrnym Jeziorze” oraz innych dziel Maya spora niespodzianka... Dopuścił się za młodu wielu oszustw i kradzieży, trafiając nawet na cztery lata do kryminału. Co nie obniża w niczym wartości jego spuścizny.

Znakomity średniowieczny poeta francuski Francois Villon (1431 – 1463), autor Wielkiego i Małego Testamentu, utworów poruszających głębią refleksji nad ludzkim losem, był członkiem gangu „Muszelników” - złodziei, oszustów i fałszerzy, a za zadźganie nożem w bójce księdza ledwie uniknął szubienicy. Cyniczny i kolaborujący z Prusakami biskup Ignacy Krasicki stworzył hymn „Święta miłości kochanej Ojczyzny” tchnący głębokim patriotyzmem. Poczytny pisarz Andrzej Kuśniewicz był pod numerem ewidencyjnym 4105 i ksywą „Andrzej” agentem SB, całymi latami kablującym na swoich kolegów po piórze. Mistrz science-fiction Stanisław Lem w „Obłoku Magellana” snuł wizję jednolicie komunistycznego więc lepszego świata – powstałego po wojnie atomowej wywołanej przez USA. Tak jak oślizgłe muszle rodzą piękne perły, a z kosmatych (brrr! ) gąsienic wykluwają się barwne motyle – tak utalentowany twórca, nawet szubrawiec, może się chlubnie zapisać w dziejach kultury.

Tę puentę dedykuję gdańskim radnym, którzy wreszcie (choć nie wszyscy...) przystali na patronat Jana Brzechwy nad jedną z podstawówek.

 

46. Przyczynek do wiedzy o orderach


The Most Noble Order of the GarterW 1348 r hrabina Salisbury na balu dworskim ku uciesze balowiczów zgubiła podwiązkę. Podniósł ją król Anglii Edward III i mówiąc „Hańba temu, kto źle o tym myśli...” (notabene po francusku...) zawiązał sobie pod kolanem. Tak brzmi do dziś dewiza Orderu Podwiązki, odznaczenia wojskowego i cywilnego będącego w światowej hierarchii na drugim miejscu po papieskim Orderze Chrystusa. Ordery i medale stały się masową formą nagradzania czynów faktycznych i rzekomych. To tylko kawałek metalu i wstążka, ale odwołuje się do żądzy wyróżnienia się wśród nie wyróżnionych. W ZSSR tapetowano odznaczeniami często cały gors, także u weteranów w cywilu. W dobrym tonie natomiast bywał u wodzów naczelnych tylko jeden order. Jak Legia Honorowa u Napoleona, czy Virtuti Militari na legionowej bluzie Piłsudskiego.

Do wysypu odznaczeń dochodziło podczas wojen. W III Rzeszy nadano dwa miliony Żelaznych Krzyży, sprzedawanych potem przez jeńców za paczkę Cameli. Ostatni Krzyż Rycerski orderu Żelaznego Krzyża otrzymał 29 kwietnia 1945 r. unterscharführer SS Eugene Vaulot z francuskiej dywizji SS „Charlemagne” rozpaczliwie broniącej w ruinach Berlina bunkra z Hitlerem w środku. W Armii Czerwonej sypano medalami za wzięcie większych miast. Za zdobycie 17 stycznia 1945 r. po czterech dniach niemal nie bronionych ruin Warszawy udekorowano aż 690 tys. krasnoarmiejców, a także żołnierzy I Armii WP, zwanych wówczas berlingowcami. Mądrość żołnierska powiadała, że deszcz odznaczeń spływał zwykle na kompanijnych kucharzy i gońców. Prawdziwi bohaterowie dostawali tylko jeden krzyż. Ten drewniany.

Czasem odznaczeni nie chcą lub nie mogą nosić przyznanych odznaczeń. W II RP nie noszono odznaczeń państw zaborczych. Późniejszy generał Władysław Anders nie nosił więc Krzyża Św. Jerzego za trzykrotne ranienie w carskiej służbie, a kontradmirał Unrug dwóch Żelaznych Krzyży przyznanych za dowodzenie niemiecką flotyllą. W byłej Galicji w 1918 r. przypinano dla pohańbienia medale austriackie bezpańskim kundlom pod ogon.

Ostrą formą protestu bywa odsyłanie przyznanych odznaczeń z listem otwartym wyjaśniającym powody. To wymaga cywilnej odwagi, bo pamiętliwa władza nigdy nie wybaczy doznanego afrontu. Ale powinna taki odruch potraktować bardzo serio.


47. Suwerenność zagrożona? 

 

Włączyłem wtedy radio i byłem początkowo przekonany, ze idzie o naśladownictwo słynnej audycji Orsona Wellesa na temat inwazji Marsjan, która w 1936 roku wywołała panikę w New Jersey. Ale napływające informacje o ataku na World Trade Center w Nowym Jorku przy użyciu porwanych samolotów były niestety prawdziwe...

Przypomnijmy fakty. Rankiem 11 września 2001 r. z Bostonu do Los Angeles wystartowały kolejno dwa Boeingi 767 mając na pokładach 11 i 9 członków załogi oraz 81 i 56 pasażerów, w tym także porywaczy. Pierwszy wbił się w wieżę północną WTC w Nowym Jorku z szybkością 790 kim/h, drugi wkrótce po nim z szybkością 950 km/h w wieżę południową. Spłonęły żywcem w męczarniach prawie trzy tysiące ludzi. Około pół setki wybrało samobójczą śmierć skacząc z okien. Porywacze opanowali także samolot lecący z Waszyngtonu do Los Angeles z 6 członkami załogi i 58 pasażerami. Uderzył w zachodnie skrzydło kompleksu Pentagonu, zabijając 125 osób spośród personelu tej instytucji. Porwali również Boeinga 757 lecącego z Newark do San Francisco. Celem miał być tym razem Kapitol lub Biały Dom, ale pasażerowie wdali się w walkę z terrorystami i samolot runął, grzebiąc 7 członków załogi i 37 pasażerów. W tym także terrorystów.

W 2005 r. dwukrotna laureatka nagrody Pulitzera redaktor Dana Priest opublikowała w „Washington Post” artykuł o transportach uwięzionych przez CIA terrorystów z międzylądowaniem m.in. w Polsce. W 2006 r. Szwajcar Dick Marty, szef komisji Rady Europy ds. tajnych więzień CIA, ogłosił zdemaskowanie „tajnej pajęczyny CIA do nielegalnego przewożenia i przetrzymywania terrorystów...” wskazując na Polskę i Rumunię. Zanalizował nawet zdjęcia satelitarne i o ile wiem nadal nie ustaje w wysiłkach. W 2007 r. Amnesty International wezwała Polskę do podjęcia śledztwa. Idzie głównie o organizatora ataku na wieże WTC, katarskiego terrorystę Chalida Szejka Muhameda, uchodzącego za mózg Al. Kaidy i numer dwa po Osama Bin Ladenie oraz o szefa logistyki Al Kaidy Abu Zubajdę. Obu złapano w Pakistanie i więziono rzekomo w Polsce między 2002 a 2005 rokiem. Na dowód tej wersji Chalid Szejk Muhamed opowiada o śniegu zauważonym z celi, o grzejnikach przestarzałego typu i o etykiecie z adresem wytwórni zakończonym literami „pl” na butelce wody mineralnej. Miejmy nadzieję, że serwowana mu woda mineralna nie była gazowana, bo bąbelki mogłyby wywołać u szejka uporczywą czkawkę.

Z pomocą pani Priest i Marty’emu pospieszyło ostatnio kilku polskich dziennikarzy. Robią co mogą by udowodnić, że w Szymanach i Starych Kiejkutach wyrządzono straszną krzywdę dwóm co najmniej terrorystom, obciążonym – co warto przypomnieć – winą za śmierć tysięcy niewinnych ofiar. Przy okazji wysuwają zarzut pozbawienia suwerenności części terytorium Rzeczpospolitej, czyli Szyman i pobliskich Starych Kiejkut. Tak wydumany i absurdalny, że chyba nie wart polemiki.

 

48. List półotwarty na „Dzień Flagi” 

 

Droga Renato, pyta Pani z dalekiego Pulheim koło Kolonii czemu akurat 3 Maja jest polskim świętem narodowym. Doceniam Pani zainteresowanie naszymi skomplikowanymi dziejami, więc spróbuję rzecz wyjaśnić nie będąc jak Pani wiadomo historykiem z wykształcenia. Otóż 218 lat temu uchwalono 1 maja na Sejmie w Warszawie „Ustawę Rządowa”, drugą po amerykańskiej konstytucję w świecie, wyprzedzającą tę francuską. Obowiązywała ledwie przez rok, do II rozbioru Polski, ale pamięć o próbie głębokiego zreformowania państwa motywowała Polaków do walk o niepodległość przez długie 123 lata państwowego niebytu.

Pani pozwoli, że wyjaśnię więc po amatorsku sens zaplanowanych w niej reform. W Rzeczpospolitej namnożyło się szlachty, także tej samozwańczej. Przyznawała sobie coraz większe prawa, odmawiając ich mieszczanom. Konstytucja zrównała w prawach oba stany, szlachtę i mieszczan, biorąc nadto pod opiekę pańszczyźnianych chłopów, traktowanych dotąd jak żywy inwentarz. Likwidacji miało ulec „liberum veto” – uprawnienie byle posła, byle szlachetki do zanegowania uchwał Sejmu na zasadzie „bo ja tak chcę...” czyli bez uzasadnienia. Co by było, gdyby dziś komukolwiek w Polsce przysługiwała podobnie anarchiczna prerogatywa? Mieliśmy w 1791 r. szansę stania się pierwszą w Europie monarchią egalitarną i konstytucyjną, co zagrażało w pewnym sensie sąsiednim monarchiom absolutnym. Rosja nasłała więc na Polskę w 1792 r. przeciw konstytucji i w obronie anarchii szlacheckiej 97 tys. doborowego wojska i około 20 tys. zdrajców – targowiczan, pokonując wiele słabszą choć bitną armię polską. Dokonał się II rozbiór, po którym staliśmy się państewkiem liczącym ledwie 212 tys. km kwadratowych. A po nim ten trzeci i ostatni.

W II RP rocznica konstytucji miała rangę uroczystego święta. Odbywały się więc defilady wojskowe, paradowali harcerze i organizacje paramilitarne. Za to zaciekle karano próby jakiegokolwiek świętowania 3 Maja pod niemiecka i sowiecką okupacją. A także, co haniebne, w PRL – tłumiąc brutalnie manifestację studencką w 1946 r w Krakowie i co roku nakazując pod nadzorem MO usuwanie rankiem 2 maja flag, obowiązkowo wywieszanych na 1 Maja. Stąd pomysł, by 2 maja w III RP stał się półoficjalnym „Dniem Flagi”. Sam wywiesiłem jak co roku i zachęcałem innych.

( Przekład listu własny)
 

49. Przeciw praktyce miksowania


Obdarowano mnie ostatnio książkami o dwóch niemieckich komunistach, po dojściu Hitlera do władzy przebywających na emigracji w ZSSR i związanych z Kominternem czyli Komunistyczną Międzynarodówką. W 21 zasadach Kominternu uchwalono podporządkowanie „kompartii” w całym świecie sowieckim wzorom partyjnej struktury i dyscypliny oraz wytyczono metody infiltracji. W autobiografii Wolfganga Leonharda wyczytałem jak moskiewski student, niemiecki emigrant, został zwerbowany do kuźni kadr Kominternu po nakazanym mu uprzednio zerwaniu wszelkich znajomości i zmianie nazwiska. On, a także opisany w drugiej książce przez córkę – pisarkę już nieżyjący Rudolf Herrnstadt, w latach 30 szpieg GRU w Warszawie pod przykrywką korespondenta „Berliner Tageblatt”, po napaści Niemiec na ZSSR zostali skierowani do propagandowej dywersji w szeregach wehrmachtu i obozach niemieckich jeńców. Obu natychmiast po klęsce Niemiec desantowano samolotem w sowieckiej strefie okupacyjnej, gdzie w „Grupie Ulbrichta” wznosili podwaliny komunistycznej władzy. Leonhard bryknął zresztą już w 1949 roku via Jugosławia na Zachód, do RFN – ale to inna historia.

Podobnie działo się zresztą we wszystkich krajach bloku. U nas w 1944 roku władzę przechwyciła tez kadra komunistów najwyższego zaufania, elita po kominternowskim stażu. Komunizm był dla niej dobrą na wszystko uniwersalną doktryną, a Polska tylko terenem z przydziału, do szerzenia światowej rewolucji. Jak przedtem choćby Hiszpania. Faktem pozostaje jednak, że Gomułka, choć ćwierćinteligent i ortodoksyjny komunista, odegnał od żłobu tę importowaną ekipę i zakończył epokę terroru. Dalej o krok posunął się Gierek, emigrant z Belgii a nie z Moskwy, strącając w niebyt zwapniałego poprzednika. Piszę o tym, bo wolałbym by młodzi gniewni historycy nie miksowali w homogeniczną jedność 45 lat Peerelu. Moja odchodząca generacja odczuła różnice na własnym garbie i wie lepiej.

Stąd też nie podoba mi się wytykanie lewicującym trzydziestolatkom „Płatnej Zdrady i Pachołkowania Rosji...” – jak skrót PZPR. Dla jasności zaznaczam jednak , że 7 czerwca zagłosuję na jedną z partii prawicowych. Albo wybory oleję.

 

50. Spowiedź pacjenta

 

Świadomy moralnej odpowiedzialności za fałszywe wyznania napiszę wprost: nigdy nie płaciłem lekarzom publicznej służby zdrowia za zabiegi lub przyjęcie do szpitala, choć było ku temu wiele okazji. Połamałem bowiem po kolei wszystko niemal co łamliwe z czaszką włącznie, co bodaj widać na obrazku powyżej. Bywałem też pacjentem z ostrym zapaleniem płuc lub z bardzo zużytym i buntującym się serduszkiem. Za to wypisywany do domu wzmacniałem z zasady efekt podziękowania drobnym akcentem materialnym, więc szlachetnym trunkiem dla lekarza i paczką niezłej kawy dla pań pielęgniarek. Nie miałem poczucia niezgodności z prawem i korumpowania służby zdrowia, choć butelkę znakomitego „ Jasia Wędrowniczka” lub podobnie szlachetną chowałem dla pewności w maskującym opakowaniu.

Inna rzecz, że w Peerelu i do niedawna także w III RP zarobki lekarzy urągały wszelkiej przyzwoitości. Zakłócono absolutnie proporcje między czasem i trudnością ich studiów, a wynagrodzeniem. Postępowano z lekarzami tak jak z kelnerami czy obsługą hotelową, a w czasach nowszych hostessami. agencji towarzyskich. „Damy wam formalnie tylko parę groszy, ale przecież dorobicie sobie na napiwkach...”. Efektem ubocznym stała się nadmierna feminizacja tej ogromnie ważnej społecznie profesji. Nie jestem seksistą i oburącz glosuję za równouprawnieniem płci, ale przecież tradycyjnie takie dziedziny jak ginekologia, chirurgia czy urologia były domeną lekarzy mężczyzn. Trudno wyobrazić sobie panią urolog, grzebiącą paluszkiem w pupie dżentelmenom po 40,  aby namacać powiększoną prostatę.

Nagonkę na rzekomo powszechne łapownictwo w służbie zdrowia zainicjowało spektakularne wyprowadzanie znanego kardiochirurga w kajdankach z udziałem zawiadomionych mediów. Skutkiem był i jest nadal katastrofalny spadek przeszczepów. Mnie niedawno pewien sympatyczny i współczujący pacjentom neurolog kilkakrotnie absolutnie gratis kłuł w pośladek w celu blokady łagodzącej ból kręgosłupa. Kusiło mnie, by po ostatnim seansie sprezentować mu dobry koniak lub wykwintne słodkości – ale powstrzymała wizja ukrytej kamery i brygady CBA, wyłamującej toporem z ogłuszającym rykiem drzwi lekarskiego gabinetu.

 

51. Wspomnienia niebieskiego mundurka
 

Zmorą mych szczenięcych lat był łacinnik K. Pamiętam jego krwistą fizjonomię, cwikier zamiast okularów i głos budzący drżenie, gdy wywoływał mnie do odpowiedzi. Profesor K. miał hopla na punkcie „consecutio temporum” czyli zbyt trudnego dla mnie wtedy do pojęcia choć logicznego następstwa czasów. Zamiast wczuwać się w piękno, a zwłaszcza w urzekający rytm zwany skandowaniem w sielankach Wergiliusza czy innych poematach, zakuwaliśmy aż do otępienia na przykład wyjątki na „is” rodzaju męskiego i podobne gramatyczne mądrości. Ale gimnazjum nie było wtedy obowiązkowe, lecz stanowiło trudno osiągalny pomost do liceum, a potem na wymarzone studia. Naszych nauczycieli, w męskim gimnazjum oczywiście tylko mężczyzn, traktowaliśmy z respektem jako mądrych życiowych przewodników.

Dzisiaj jest o 360 stopni inaczej. My mało różniliśmy się od pokolenia ojców w gustach literackich czy muzycznych, w pomysłach na spędzanie wolnego czasu, w poglądach politycznych i społecznych, w stosunku do wiary i Kościoła, a nawet we fryzurach i strojach. Teraz natomiast całkowita odmienność nauczycieli i uczniów jest wręcz jaskrawa, zwłaszcza gdy idzie o nauczycieli w starszym wieku. Młodzież pierwszej dekady XXI wieku interesuje się absolutnie czym innym niż od nich słyszy, absolutnie nie pojmując choćby piśmiennictwa romantyzmu, a tym bardziej jego wysublimowanego piękna. Nawet język ówczesny jest zaporą nie do przebycia, bo przyszłość narodu porozumiewa się głównie swym skrótowym slangiem. Myśmy nie wątpili, ze nauczyciele przewyższają nas o niebo wielce użyteczną wiedzą, tymczasem dziś uczniowie są pewni, że wiedzą znacznie więcej od nich o posługiwaniu się komputerem i komórką, trendach we współczesnej muzyce, modzie, sztuce graffiti, sportach ekstremalnych i oczywiście seksie. A wiek inicjacji płciowej, co też istotne, obniżył się do klas podstawówki.

Stąd nauczyciele z gatunku nieśmiałych lub ci przed emeryturą wchodzą do klas niczym do klatek z dzikim zwierzem. Dobrze, jeśli uczniowie nie wsadzą im kosza na głowę, nie naruszą czynnie tzw. integralności cielesnej i nie obrażą „słowami powszechnie uważanymi za obraźliwe...”. Często tym na k... - a nawet grubszym.

 

52. Wolne pokoje - Zimmer Frei

 

Pan Prezydent trzyma sztamę z prezydentami Litwy i Ukrainy, ale nie idą za tym jakieś szczególne korzyści natury państwowej lub prywatnej. Kupno rafinerii w Możejkach to interes wątpliwy, a zapewnienia o pisaniu polskich nazwisk bez litewskich końcówek słyszymy z Vilniusa vel Wilna od prawie 20 lat. A na Ukrainie stawia się pomniki rezunom z UPA. Za to premier orientuje się na Zachód, choć akurat ogranicza stosunki z zachodnim sąsiadem do minimum. Chyba pamięta o faulu przedwyborczym na temat „dziadka z Wehrmachtu”, po którym radiomaryjny elektorat zagłosował na kontrkandydata. Cuchnące jajeczko, jakim są wciąż (albo znów...) relacje z Niemcami, to swoisty fenomen. Niemcy napadłszy na ZSSR, swego sojusznika, wytłukli o wiele więcej sowieckich obywateli niż Polaków, tymczasem RFN i Rosja bez historyczno – histerycznych zahamowań piją sobie z dzióbków. Tak też jest z Francją i Niemcami, niegdyś wrogami na śmierć i życie. Nie ma bowiem wieczystych wrogów, ani wiecznych sojuszów. Wieczny jest tylko interes własnego kraju.

Układam te myślostrzępy wędrując po sześciu zachodniopomorskich osadach rybackich, nastawionych teraz na kuracjuszy. Stąd blisko do Niemiec, a że niemieccy klienci są atrakcyjniejsi od naszych – nie widać od Pogorzelicy do Pobierowa ani jednego sklepu, baru czy lodziarni bez dwujęzycznego szyldu. Odpycham wspomnienia takich szyldów za okupacji, bo wiem, że dla niebogatego Pomorza Zachodniego wiosenno – letnie dochody z zagraniczników to kwestia egzystencji przez cały rok. Czekają na nich tutaj tak, jak rybacy na ławice śledzi, ale widać, że w tym sezonie przyjedzie ich mniej... Kryzys! Gdybym zaczął namawiać sklepikarzy czy hotelarzy do zamazania wypisanych po niemiecku zachęt jedzenia, picia, spania i imprezowania, w imię rewanżu za zakusy Eriki Steinbach, za budowę Centrum Przeciw Wypędzeniom, za wywleczenie Jana Rokity z samolotu Lufthansy, za układanie rusko – pruskiej rury na Bałtyku czy za niefortunną wypowiedź pani kanclerz – popukaliby się znacząco w czoło.

Albo wezwali ambulans z Wariatkowa.

 
53. Opierzona władza

 

Początki Najjaśniejszej proste były nadzwyczaj. W TVP pokazywano spoconego prezydenta RP w podkoszulku, rozgrywającego w Belwederze mecze pingpongowe z urzędnikami kancelarii. Albo przyjmującego wraz z świtą. Eucharystię w belwederskiej kaplicy. Albo atakowanego przez kraty zgniłymi jabłkami przez rozjuszonych związkowców. Naczelny „Tygodnika Gdańskiego” jednym telefonem do prezydenta czy premiera załatwiał reporterom loty rządowym samolotem. Tak 17 czerwca 1991 załapałem się na lot do Bonn na podpisanie „Układu o Dobrym Sąsiedztwie i Przyjaznej Współpracy”.

Przewożona w ogonowej części samolotu grupka dziennikarzy trafiła wprost z lotniska na skróty do Urzędu Kanclerskiego jprzed premierem. Na dziedzińcu wyłożono czerwony chodnik, kompania Bundeswehry stała na spocznij czekając na komendy. Gdy przy dźwiękach Mazurka i Deutschlandlied pojawili się wreszcie główni aktorzy wydarzenia, masywny kanclerz Kohl i przy nim premier tak mikry i szczupły, że wydawał się wklęsły, trudno było nie porównywać stanu obu gospodarek, kwitnącej niemieckiej i zrujnowanej polskiej... Do tego premier, pierwszy raz w roli przedstawiciela Polski na niemieckiej ziemi, miał trudności z mową wieńczącą uroczystość. Nie miał ściągi, jąkał się i zacinał się, pomylił raz realia, choć na szczęście ratował wystąpienie nasz świetny tłumacz.

Lecąc z powrotem wleźliśmy lekceważąc „borowików” do przedziału premiera na improwizowaną konferencję. Nikt nie czuł wtedy jeszcze majestatu władzy, zagadywano go jak kolesia. W odczuciu był przecież nasz, do niedawna z lekka konspirujący prezes legalnej spółdzielni pracy, ktoś komu uwielbiany Lechu, też amator, zlecił kierowanie państwem.

Gdy porównam te scenki rodzajowe z panującym dziś napuszonym cedzeniem niewiele znaczących zdań i niby mądrości, ze zbywaniem pytań gestami odganiania muchy – trochę mi tamtej epoki żal. W ciągu dwóch dekad władza nam się rozrosła, spotężniała, opierzyła i odgrodziła od zwyczajnych ludzi.

Ale tak bywa i chyba musi być.

 

54. Z dziejów reklamy
 

22 lipca (teraz znów E. Wedla...) i przed Sylwestrem w kluczowych przedsiębiorstwach Wybrzeża pojawiała się dystyngowana pani, poprzedzana telefonem z KW PZPR. Jej zadaniem było ustalenie rozmiarów i ceny reklamy, jaką te firmy miały zamieścić w organie prasowym partii. Całostronicowe ogłoszenia prócz życzeń dla czytelników sugerowały nabycie np. w Stoczni im. Lenina chłodniowca B-443 o nośności 4500 DWT lub w „Elmorze” silników wielobiegowych i prądnic synchronicznych na prąd przemienny. Tekst redagowano po polsku, uważając że cudzoziemcy zainteresowani kupnem winni nauczyć się polskiego W podstawowym zakresie, ale z uwzględnieniem okrętowego słownictwa. W istocie chodziło o finansowe wsparcie partyjnej gazety.

Reklam w dzisiejszym znaczeniu w PRL nie było, odkąd jeden z ministrów handlu wewnętrznego zakazał namawiania do kupna towarów, których w sklepach po prostu nie było. Jeśli się pojawiały, to tylko na zapleczu, za dodatkową gratyfikacją dla kierownictwa placówki i personelu.

Reklamy za to pojawiły się u nas potężną falą wraz z wolnym rynkiem. Większość z nas przedtem tylko słyszała, że istnieją – od szczęśliwców, bywających na Zachodzie. Na studiach wyczytałem w tłumaczonym z rosyjskiego podręczniku ekonomiki handlu, że w imperializmie koszt reklam i opakowania przekracza wartość towaru, co przyczynia się do wyzysku klas pracujących. Pewnie dlatego rąbankę, kości na zupę, śledzie z beczki i kiszoną kapustę owijano nam w gazetę. Stąd zachwyt nad pierwszymi reklamami w III RP i rozmowy na ich temat. Pamiętam braci Kiemliczów i ich ojca w kontuszu, nakazującego prać – lecz tylko w reklamowanym proszku. Czas upłynął i to odniesienie do „Trylogii” zrozumiałoby dziś nie więcej niż pół procenta telewidowni. Komentowaliśmy zalety pewnego mydełka, zastanawialiśmy się, czy podpaski ze skrzydełkami mogą latać... Przyrodnią siostrą reklamy stała się wkrótce propaganda liderów partyjnych na bilbordach - ponadnaturalnej wielkości, odchudzonych, uczesanych i wypięknionych po przepuszczeniu zdjęć przez tzw. photoshopa.

Ale nawet na taką propagandę, jak pokazały wybory, naród stępiał.

 

55. Mazury - cud natury...

 

Kłuty niemiłosiernie przez komary w Puszczy Rominckiej, o dwa kilometry od granicy Obwodu Kaliningradzkiego, stopniowo odchodzę od kreacjonizmu czyli teorii o stworzeniu wszystkich istot w ich ostatecznej postaci i skłaniam się ku poglądom Darwina. Kto i po co powołałby do życia wredne miniwampiry, zbyt małe by służyć ptakom za pokarm w łańcuchu żywieniowym? Leje i błyska, więc nic z obserwacji jeleni, saren, dzików a nawet wilków przy odrobinie szczęścia. Zadawalam się z musu igraszkami piesków i kotków mych gospodarzy, a dodatkową atrakcją bywa „Duch Puszczy”, ożywczy napój wysokoprocentowy, pędzony gdzieś w leśnej okolicy.

Podobno Stalin po zdobyciu 9 kwietnia 1945 r. zażarcie bronionego Królewca vel Kaliningradu nakreślił na mapie Prus Wschodnich koślawą linię od Wiżajn do Kahlbergu, obecnej Krynicy Morskiej. – Na północ niech będzie Sowieckij Sojuz, a na południe Polsza... Nie przeczuł, że Litwa, Łotwa i Estonia kiedyś odzyskają niepodległość, a Kaliningrad z okolicą stanie się enklawą odciętą przez nowe kraje Unii od macierzy. Mazury przypadły wtedy Polsce. To po nich tropami Smętka wędrował przed wojną kajakiem Wańkowicz, wszędzie niemal odnajdując ślady polskości. Po wojnie z bezdennej głupoty i ignorancji skłoniono do emigracji rdzenną ludność mazurską, mimo wieków niemczenia rozumiejącą naszą mowę i pielęgnującą tradycję. W jej miejsce napłynęła fala rodaków wypchniętych z utraconych Kresów, z Polski C, a po Akcji Wisła przesiedleni Ukraińcy. Lata minęły, nim jedni i drudzy odnaleźli się w całkiem innych poniemieckich realiach.

Jestem więc na Mazurach, ale tych gorszych, nie tak modnych jak Mikołajki czy Giżycko. Miasta są tu po prostu brzydkie, odbudowane i zabudowane byle jak, z ubogą infrastrukturą, obecnie bez śladów unijnej pomocy. Nieliczni w tym roku turyści zagraniczni, głównie dawni mieszkańcy Prus Wschodnich, snują się szukając występujących ledwie śladowo lokali gastronomicznych. Więc znowu Polska C? A chciałoby się, żeby III Rzeczpospolita była od Bałtyku po Tatry wszędzie równie zadbana, nowoczesna i rozwojowa.

Słowem Najjaśniejsza.

 

56. Orzeł wylądował

 

Moje pokolenie dotknęła „niełaska wczesnych narodzin...”. Młodość zabrała nam wojna i chude lata powojenne. Za to z autopsji znamy zaszłości dziś już historyczne. Równo 40 lat temu z pół miliardem telewidzów w świecie śledziłem lądowanie modułu „Eagle” ( czyli orła...) na Księżycu. Pamiętam jak Armstrong, ten Kolumb Kosmosu, zlazł po drabince z lądownika i wypowiedział zdanie o małym kroku człowieka, lecz wielkim kroku ludzkości. Za nim na Księżyc zszedł Aldrin i obaj w pękatych skafandrach podskakiwali, wyraźnie ciesząc się słabą księżycową grawitacją.. Chwała Gomułce, skądinąd tępawemu dogmatykowi komunizmu, że jednak umożliwił Polakom oglądanie tej transmisji. Nie było to dane innym „demoludom”, a pogrążeni w rewolucji kulturalnej Wielkiego Mao Chińczycy w ogóle nie dowiedzieli się o misji „Apollo 11”. Kolejnych pięciu lądowań już nam nie pokazano. W PRL nastał dramatyczny Grudzień 1970, po nim epoka Gierka – i dalsze wieści ze Srebrnego Globu minęły niemal bez echa.

Mógłbym tu rozpisać się o wygranym przez USA kosmicznym wyścigu z ZSSR. O znaczeniu kosmicznych technologii NASA w zimnowojennej rywalizacji obu atomowych potęg. Nie o to mi jednak chodzi. Uchylono przed 40 laty ledwie mikroskopijny rąbek Kosmosu, ale też okazano, że wyprawa na Marsa, może nawet na inne planety, to tylko kwestia postępu nauki i techniki. Coś co leży w możliwościach gatunku homo sapiens. Ale też wiadomo, że nic nie wiadomo i nigdy wiadomo nie będzie. Pojęcie Wszechświata na zawsze pozostanie w sferze mglistych domysłów, niesprawdzalnych teorii raz po raz okrzykiwanych jako kongenialne, wiary i niewiary w Wielki Bang na początku. Albo w to, że na początku było Słowo...Kto wie, może ten podobno nieustannie pęczniejący Wszechświat, owe biliony bilionów galaktyk umykających wciąż w nieskończoność, to tylko mała niczym atom cząstka jakiejś większej struktury, której istnienia nawet się nie domyślamy? Pytań bez odpowiedzi więcej niż galaktyk, słońc, gwiazd, czarnych dziur, planet, bolidów, meteorytów, kosmicznego pyłu i kosmicznych śmieci.

 

57. Polska odmłodzona?

 

Ostatnio w warszawskiej Bazylice Św. Krzyża świętowano 90 – lecie Policji. Pojawił się resortowy wiceminister, komendant główny i komendanci wojewódzcy z małżonkami. Policyjna kompania honorowa prezentowała broń, śpiewał chór policjantek, a policyjny kapelan potępił takie nowe grzechy, jak wyprzedzanie na trzeciego, wykazując znajomość tematu. Było podniośle, choć okazja celebry, owe okrągłe 90 lat – nasuwa wątpliwości.

Policję Państwową powołano faktycznie 24 lipca 1919 r. znosząc różne formacje w byłych zaborach. Odrębny status miała odtąd tylko Policja Śląska. W latach 30 policja liczyła 32 515 etatów, niewiele jak na kraj większy o 77 tys. km kw. od obecnego, w którym ponad 30 proc. stanowiły mniejszości narodowe. Po klęsce wrześniowej większość ewakuowanych policjantów, w tym całą Policję Śląską, uwięzili Sowieci w Ostaszkowie i wymordowali. W Generalnym Gubernatorstwie Niemcy powołali z funkcjonariuszy PP „policję granatową”, niezbyt chwalebnie zapisaną w pamięci. Rozpadła się po wkroczeniu Armii Czerwonej i trudno ją uznać za kontynuację Policji Państwowej. Na wyzwolonej spod okupacji Lubelszczyźnie w 1944 r. powstała na bazie partyzantów AL. Milicja Obywatelska, dopiero w 1990 r. przekształcona w Policję. Wiele zasług w pokojowej transformacji tego „zbrojnego ramienia Partii...” miał ksiądz Jankowski. Łączny byt Policji (z przymiotnikiem „państwowa” lub bez...) to ledwie 39 lat – a nie 90. Proszę sprawdzić to wyliczenie.

Podobnie z bytem państwowym. Od chrztu Polski w 966 r. do wymazania Jej z mapy Europy w 1795 r. upłynęło 829 lat, co z okresem istnienia II RP (1918 – 1939) i formalno – prawną kontynuacją państwowości na emigracji (1939 – 1945) daje lat 854. Skoro Peerelu oficjalnie jakby nie było, to dodajmy tylko 20 lat naszej III RP. Nasze państwo ma więc 874 lata, a nie 1043.
Jest o 169 lat młodsze.

PS. Oto żartobliwy przykład na jakie manowce myślowe może zaprowadzić „chronologia polityczna” wynikająca z lansowanej „polityki historycznej”.

 

58. Telewidz i ustawa

 

Zrewoltowany tłum szturmuje budynek telewizji. Padają strzały, kordon policyjny chwieje się i pęka, powstańcy pędzą spiralą schodów w górę, by z łoskotem wyłamać drzwi z napisem „Cisza!” i płonącą lampką... Przywódca w koszulce z portretem Che Guevary, w berecie spod którego wymykają się niesforne włosy i kałachem w ręku wykrzykuje do mikrofonu zachrypniętym głosem: - Bracia i siostry! Oto wybiła godzina zwycięstwa! Tak mniej więcej przebiegały w XX wieku, głównie w Ameryce Łacińskiej, przełomowe momenty ruchów wolnościowych i tak zrodził się stereotyp, że „Kto ma telewizję, ten ma władzę...”. Tymczasem przy obecnej mnogości stacji publicznych, komercyjnych, religijnych, ekologicznych i jeszcze jakichś wystarczy nacisnąć guzik, by wyzwanie do czynu przez wielkie „CZ” zastąpić atrakcyjną rozbieranką albo dokumentem o piłowaniu drzewa w lasach Amazonii. Kto ma telewizję publiczną, ten co najwyżej dziś wymusi korzystniejsze kadrowanie mikrej postaci z perspektywy żaby, by wydała się wyższą, więcej pudru na łysinę przed występem i wycięcie lapsusów, jąkania i głupich min.

Jako szary konsument TVP niemal od jej zaistnienia wspominam z łezką „:Kobry” przeplatane przeprosinami za usterki, infantylne tekściki dobranocek, Hansa Klosa i świnię Brunnera – serwowane bez możliwości wyboru i w czarno – białej tonacji. Pamiętam, jak na ekranie zaroiło się nagle od mundurów i jak krzyczałem, że telewizja kłamie. Tymczasem od wybuchu demokracji w 1989 roku korzystam dowoli z anteny satelitarnej i wpływ rzekomo misyjno-wizyjnych programów TVP na mą świadomość i moje wybory określam jako znikomy. Stąd rozpętany w mediach od tygodni uporczywy spór o tzw. ustawę medialną, czyli jedynowładztwo na Woronicza w Warszawie puszczam koło ucha jak brzęczenie muchy, bo wiem, o co faktycznie chodzi. O kontrakty gwiazdorskie, sute etaty, zatrudnienie ciotek i pociotków, honoraria, nagrody i atrakcyjne wyjazdy.

Słowem o kasę, bo o jakości programów ani słówka.

 

59. Jeszcze jedna celebra…

 

W „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a, książce która po I wojnie światowej wstrząsnęła sumieniem Europy, można przeczytać o uczuciach przy wbijaniu bagnetu w brzuch komuś jak my, ale w obcym mundurze. W II wojnie światowej wskutek rozwoju sprzętu do takich kontaktów z wrogiem raczej nie dochodziło i np. niemiecką odznakę za walkę z bliska nadawano za „widok białka w oczach wroga…”, więc dystans kilkunastu metrów. Kolejne wojny z hipotetyczną III światową będą starciami sprzętu wojennego ze sprzętem nieprzyjaciela, bitwami robotów zdalnie sterowanych z bezpiecznych bunkrów. Może nawet robotów samoczynnie rozpoznających i niszczących automatycznego przeciwnika. Na polu walki nie będzie zawołań „Naprzód wiara!” albo „Dawaj wpieriod!” , ani wołań o litość. Wziętych do niewoli tytanowo - kevlarowych żołnierzy po prostu zutylizuje się na złom.

O ile mogę zaakceptować celebrę Cudu nad Wisłą, według brytyjskiego obserwatora Lorda D’Abernon  „osiemnastej decydującej bitwy w dziejach świata…” , to wątpliwe wydaje mi się świętowanie klęsk. Z straszliwej hekatomby, jaką było Powstanie Warszawskie, zrobiono ostatnio patriotyczny show, męską przygodę dla twardzieli, komiks gigant w biało czerwonej tonacji. A teraz szykują się obchody wybuchu II wojny światowej z rekonstrukcją obrony Westerplatte, może też szarży pod Krojantami, boju pod Wizną czy oblężenia Warszawy. Co mamy znów świętować w atmosferze pikników? Przytłaczającą przewagę Wehrmachtu, naloty sztukasów na rozbite oddziały, cierpienia kobiet i dzieci – czy może wiarołomność zachodnich sojuszników i wkroczenie Armii Czerwonej? Oglądałem to na młode wtedy oczy, na szlaku ucieczki z Krakowa na Wołyń i notowałem w wojennym pamiętniku.

Jeśli nas korci, by świętować polską mega klęskę, rozsypanie się państwa po ledwie dwóch dekadach bytu, utratę Kresów czy koszmar okupacji – to połóżmy akcent na zakończenie wojny, nie na początek. Niech więc na setny jubileusz w 2045 r. zagrają prawnukom i praprawnukom wszystkie srebrne dzwony, jak w pięknym musicalu Katarzyny Gaertner, niech sobie oglądną po raz 1001 „Czterech pancernych i psa” – a przy okazji wspomną pominięcie Polaków w londyńskiej Paradzie Zwycięstwa i ustawienie polskiego prezydenta podobnej okazji na poślednim miejscu na trybunie w Moskwie.

Chwała zwyciężonym, to co nam pozostaje.

 

60. Na przykład Grodno
 

 Z grona adiunktów i asystentów, moich ówczesnych kolegów, jedynie W. wydawał mi się sympatyczny. Łączyła nas wspólna pasja długich spacerów. Łaziliśmy więc po lesistych wzgórzach morenowych aż do Oliwy, dreptali plażą do Sopotu. Był członkiem partii i pupilkiem władzy, jedynym w uczelni posiadaczem wartburga na talon – a ja odwrotnie, ale to nie mąciło w niczym marszowych pogawędek. Gdy raz znużeni przysiedliśmy na pniakach, opowiedział mi o swoim Grodnie. Dokoła szumiał las i w polu widzenia nie było żywej duszy – lecz on ściszył głos i rozglądając się czujnie mówił o zaimprowizowanej obronie miasta nad Niemnem przed Armią Czerwoną w 1939 roku. O tym, jak rankiem 20 września na dwa niepełne, licho uzbrojone bataliony marszowe, wsparte policjantami, harcerzami i junakami PW, najechały sowieckie czołgi i jak miejscowi komuniści, raczej nie Polacy, strzelali obrońcom w plecy. Jak po stratach własnych i tych zadanych Sowietom bohaterskie Grodno skapitulowało 22 września - i jak najeźdźcy rozstrzeliwali bez sądu oficerów i cywilów… - Ale o tym nikomu nie mów ani słowa, to by mi zaszkodziło… Obiecałem, więc do zwierzeń nawiązuję dopiero po półwieczu. A przecież wtedy było już po Stalinie i jego pachołku Bierucie, po sfingowanych procesach i orzekanych karach śmierci. Na dacie 17 września legła na wiele lat zmowa milczenia. Nieco podobna do obecnej „poprawności politycznej” lecz wciąż obwarowana groźbą kryminału.

Sam też łgałem wypełniając liczne ankiety, że „ojciec zaginął na wojnie…” Nie zaginął, lecz zginął – i to w Katyniu. Litera różnicy. Gdy w 1979 r. zaoferowałem pewnemu tygodnikowi notatki z mojej ucieczki aż na Wołyń, do Berestowca - tekst się ukazał, ale bez przeżyć naszej tułaczej gromadki po wkroczeniu Sowietów. Były dramatyczne. – Sam wiesz, że to by nie przeszło…- tłumaczył mi zakłopotany sekretarz redakcji. Wiedziałem. W encyklopediach PWN i różnych leksykonach próżno było szukać choćby hasła „Katyń”. Lepiej było milczeć niż kłamać, to na zasadzie mniejszego zła. Za to przez 20 niepodległych lat wykrzyczeliśmy całą prawdę o sowieckiej winie. Pełnym głosem, aż do bólu i bez ograniczeń.

Skoro odreagowaliśmy więc tę traumę - może warto mówić z NIMI o czymś innym?


61. Dorównać labradorom
 

Zdarzyło mi się niedawno myc auto w supernowoczesnej myjni tzw. bezdotykowej. Nie ma w niej w ogóle szczotek, a samochody myje tylko strumień pod ciśnieniem jak w armatkach wodnych z epoki ZOMO. A więc postęp techniczny, do tego perfekcyjna obsługa, co za kosmiczna różnica ze zgrzebnymi myjniami w Peerelu! Tak myślałem, dopóki nie podsłuchałem mimo woli dialogu panów czyścicieli w sterylnych skafandrach, wyglądających mi na studentów dorabiających wakacyjną porą. Co trzy, a najdalej co cztery słowa przerywał ich pogwarkę wtręt na „k” lub „ch”. Nie bardzo zresztą rozumiałem o co chodzi, bo nie znam najnowszych wersji więzienno –młodzieżowego slangu.

Dysonans przykry dla ucha jak zgrzyt żelaza po szkle. Nie zamierzam jednak moralizować, skoro wyrazy na „k” i „ch” już dawno utraciły pierwotne znaczenie ladacznicy bez zasad i męskiego organu płciowego. Słowo „kobieta” też było kiedyś przecież obraźliwe… Martwi mnie jednak postępujące zubożenie polszczyzny, obumieranie zbyt wielu słów. Czytam właśnie, że badania psychologa Stanleya Corena z British Columbia University w Kanadzie, prowadzone na 208 psach, wykazały rozumienie ok. 165 słów. W psim gronie najbystrzejsze okazały się owczarki szkockie i niemieckie oraz labradory, reagując aż na 250 wyrazów i dorównując tym samym intelektem ludzkim dwulatkom. Takiego bogactwa słownictwa trudno się doliczyć, słuchając mimo woli choćby rozmówek w autobusach i tramwajach. Albo czytając w Internecie głosy w dyskusji. Kiedyś słownictwo wyniesione z domu wzrastało w miarę połykania dzieł literackich z różnych epok, ze starożytnością (vide „Iliada” Homera) włącznie. Teraz, jak powszechnie żalą się księgarze i bibliotekarki, młodzi w ogóle nie sięgają po książki. Lektury szkolne, ów kanon literatury, zastępuje im film albo bryk, czyli prymitywny gotowiec. Termin pochodzący od niemieckiego „Eselsbrücke” czyli „mostu dla osłów” jest w tym przypadku wyjątkowo trafny.

Tak oto sprawdza się twierdzenie, że nikt nic nie czyta, a jeśli czyta to nie rozumie, a jeśli nawet zrozumie – to zapomni… To Stanisław Lem. Cytuję z pamięci, uformowanej właśnie na książkach.
 

62. Pieskie życie


W mojej wiosce nie widuje się krów ani trzody, za to ulicami śmigają samochody z najwyższej półki. Przeważają domy jednorodzinne ozdobnie ogrodzone, a na bramach widnieje ku przestrodze wizerunek psa. Posiadanie psa jest równie oczywiste jak pójście w niedzielę do kościoła. Albo dwa auta w garażu, od święta i na co dzień.

Udomowienie psa nastąpiło podobno 17 – 12 tys. lat temu, gdy do myśliwych przybłąkał się pokojowo nastawiony wilk merdając ogonem. Skusiły go odpadki patroszonej zwierzyny. Nasi praojcowie zauważyli, że węszy niebezpieczeństwo i o nim ostrzega… W miarę współżycia nastąpiła selekcja psów ze względu na potrzeby, potem ze względu na „eksterier” czyli wygląd. Tak powstały rasy, bardziej różniące się wyglądem niż jakiekolwiek ssaki. A jeszcze potem herbowa szlachta, czyli psy rodowodowe.

Właśnie jesteśmy świadkami procesu uczłowieczenia psa. Kampania „Uśmiech pupila” wzywa do czyszczenia psom zębów najlepiej po każdym posiłku. Pojawiły się w handlu szczoteczki z końcówkami dla psów dużych i małych, a nawet, co budzi we mnie zazdrość, jednorazówki do zjadania… Psi dentyści namawiają do zdejmowania ultradźwiękami kamienia nazębnego, do ortodoncji i implantów. Oferuje się badania RTG, USG i EKG w psich przychodniach i położnictwo dla suk. W psich hotelach są pojedyncze pokoiki, boiska i kąpieliska, menu do wyboru, spacery, zabawy i korekta zachowań przez zoopsychologa. Mnożą się psie fryzjernie i salony kosmetyczne, sklepy są pełne psiej karmy, witamin, psiej biżuterii, zabawek i akcesoriów. Można nabyć „legowisko owalne z różową ścianką boczną w pawie oczka” lub przebrać faworyta za pirata, księżniczkę czy żabiego króla. Przeszkala się ekspresowo pracowników plajtujących stoczni na psich fryzjerów, bo zawód ten ma przyszłość. Maluczko, a doczekamy się legalizacji psich związków. Także jednopłciowych.

Nie wierzę w zwierzęce wcielenia wędrujących duszyczek, ale gdyby się zdarzały – to odnalazłbym się chętnie w futrze łagodnego labradora.


63. Siedemnastego...


Było ich czterech – dwóch uczniów z Krakowa, student AGH i całkiem dorosły lwowiak, niezmobilizowany oficer rezerwy. Siedemnasty września zastał ich w Berestowcu, o 65 km od granicy z Sowietami, gdzie po polsku mówiono chyba tylko we dworze. Wybrali się rano nad potok, by zmyć trudy i brudy tułaczki, gdy od wschodu nadleciały na wysokim pułapie bombowce szumiące inaczej – ani z polska, ani z niemiecka. Zawirowały ulotki zamiast bomb. „Ono ukazało się bezsilnym rządzić krajem – brzmiał niby polski tekst – i zorganizować obronę. Ministrzy i generałowie chwycili zagrabione im złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiając armię i cały lud polski na łaskę losu…”. - Po jakiemu to? – pytał Antek, pobladły z wrażenia. – Nie ważne po jakiemu, ale znaczy, ze zachodzą z tyłu. To koniec.

We dworze wiedziano już z radia o inwazji. Sowieckie czołówki mogły zająć wieś za kilka godzin. Uciekinierzy zebrali się między stodołami. Ktoś zaintonował hymn. „Szablą odbierzemy…” zabrzmiało jak kpina. Z szablą na czołgi? Chłopcy i student Julek postanowili wracać na zachód. Może w niewolę, ale do domu… Czy stoi nadal, czy rodzice żyją? Czekała ich piesza tułaczka przez Wołyń, ogarnięty ukraińską ruchawką. Po ziemi niczyjej. Wehrmacht wycofywał się na ustaloną z Sowietami linię czwartego rozbioru Polski, a Armia Czerwona dopiero nadciągała, by „wyzwalać spod polskiego jarzma” Ukraińców i Białorusinów.

W każdej wiosce na powitanie Sowietów stawiano bramy triumfalne z napisami cyrylicą. Polskich żołnierzy rozbrajali Ukraińcy i Żydzi z czerwonymi opaskami. Polewano po Polakach wyboisty bruk z cebrzyków i wymiatano demonstracyjnie „polski brud”. Raz zobaczyli śmiałków, marynarzy Flotylli Pińskiej i spieszonych ułanów, jadących w pełnym uzbrojeniu i z cekaemami na szoferkach ciężarówek pod prąd uciekinierów na wschód, by walczyć już tylko o honor. Widzieli też kaźń polskich oficerów, wyławianych przez mołojców z tłumu cywilów…

(Fragment książki Chrzana pt. „Osobliwe przypadki Egona A. w Peerelu”).
 

64. Drzewa umierają stojąc


Nieopodal (cóż za poręczne archaiczne słówko…) ktoś piłą mechaniczną zgilotynował kilka brzózek, bo podobno zakłócały mu odbiór programów TV z satelity. Gdyby je wyrąbano przy ziemi, w sprawę wdałyby się gminne władze i nałożyły grzywnę. Tymczasem obcięcie wierzchołków, powodujące powolne obumieranie, ujdzie bezkarnie i uzasadni usunięcie po pewnym czasie gołego i martwego pnia. To jedna z metod, bo stosuje się także systematyczne podlewanie niechcianych drzew żrącymi płynami.

„Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie; dla was będą one pokarmem…” – czytamy w Księdze Rodzaju (1:1 – 4) słowa Pana. Wspaniały dar nie oznaczał chyba w boskiej intencji licencji na zabijanie, na wyrąb tysięcy hektarów lasów po to, by drewno przerobić na papier do druku reklamowych ulotek. Albo by zgniło wskutek niewydolności transportu. Chylę czoła przed ofiarnymi ekologami spod sztandarów „Greenpeace” i pokrewnych eko - stowarzyszeń, gotowych w obronie przyrody na przykuwanie się do pni skazanych na zagładę drzew i inne odważne ryzyka. Podziwiam obrońców wielorybów, delfinów, morsów, fok i innych ssaków morskich skazanych na okrutne zabijanie, bo z ich ciał da się wyprodukować z zyskiem konserwy czy nawet pachnidła, a skórę przerobi się na torebki albo pantofelki. To samo dotyczy gadów i płazów. W 1979 roku na Madagaskarze próżno szukałem aligatorów, oglądanych i barwnie opisanych przez Fiedlera. Padły zbiorową ofiarą mody na krokodyle skórki, okresowo panującej w Europie. Równie ciepło myślę o wykupujących konie, wywożone w fatalnych warunkach na rzeź albo głodzone i zaniedbane, bo pseudo hodowcom idzie tylko o unijną dotację.

Ludzkość w wymiernym czasie poniesie zbiorową karę za lekkomyślność w traktowaniu przyrody.


65. 31 lat minęło…


W „Nędznikach” Wiktora Hugo galernik Valjean okrada swego dobroczyńcę, a wędrownemu kominiarczykowi rabuje 40 sous. Potem doznaje duchowej przemianę, by zasłynąć z filantropii jako zamożny przemysłowiec i mer miasta. Rozpoznany przez tropiącego go komisarza trafia znów na galery, skąd ucieka, by troskliwie zaopiekować się sierotką Kozetą. Aż po grób postępuje uczciwie. Podobnie moralnego samooczyszczenia dokonał Kmicic – od przejścia na stronę szwedzkich popleczników, do obrony Jasnej Góry i udziału w wyzwalaniu Polski.

W filmach pojawia się wątek skazańca żyjącego latami w oczekiwaniu egzekucji. Kończy studia, pisze wiersze , doznaje iluminacji religijnej. Zdobywa sympatię strażników, niekiedy nagrody, gdy wtem nadchodzi pora na krzesło elektryczne… Albo komorę gazową. Zabijanie w imię prawa kogoś całkiem odmienionego, za winy sprzed wielu lat, jest okrutne. Także nieuwzględnianie instytucji przedawnienia.

Urodzony w Paryżu Roman P. trafił jako czterolatek do Krakowa, w całkiem obce środowisko. Mając lat 7 znalazł się w getcie. Przeszmuglowany na „stronę aryjską” ukrywał się na wsi, pracując jako pastuszek. Miał ledwie 12 lat pod koniec okupacji. Ukończył filmówkę i po znakomitym debiucie reżyserskim skorzystał z szans wyrwania się w wolny świat. Wyrobił sobie markę w samym Hollywood. Tam doznał traumy, gdy banda satanistów zamordowała mu żonę w ciąży… Czy są to przejścia bez wpływu na funkcje mentalne i emocjonalne, słowem na osobowość? Po fatalnym uczynku w 1978 roku, niestety o posmaku pedofilii, osaczony przez bezwzględne prawo, wybrał ucieczkę… Akt desperacji, ale też utrata szans kariery w światowym centrum filmu. Odtąd w ciągłej obawie omijał kraje związane z USA umową o ekstradycję. Nie wyrzekł się nigdy polskich korzeni , w filmach dawał pracę naszym aktorom i operatorom, za grosze występował w Polsce na scenie i w filmie.

Ma 76 lat i już nikomu jurnością nie zagrozi… Czy resztkę życia spędzić ma za kratą?


66. Znów my i oni, celebryci…

 

 W latach 70 pewien emerytowany podpułkownik, notabene z zawodu architekt i niezły malarz amator, wyczytał o mianowaniu swego bliskiego kuzyna na wiceministra leśnictwa. Gdy krewniak z jasielskiej prowincji ściągnął z małżonką (bo jak wiadomo od pewnego szczebla ma się małżonki, a nie zwykle żony ) do Warszawy i zamieszkał w słynnej wówczas nader ekskluzywnej Alei Róż – podpułkownik pofatygował się tam z żoną, by złożyć gratulacje. Nastrój nader skromnego przyjęcia (kawa i wedlowskie herbatniki ) wydał się obojgu nieco sztuczny. Gospodarz puszczał mimo ucha sugestie rewizyty, mówiąc chętniej o nagłym ataku osnui gwiaździstej i brudnicy mniszki na polskie lasy. Pod koniec podpułkownik emeryt usłyszał na stronie: - Więcej nas nie odwiedzajcie, bo to by mi mogło zaszkodzić… Teraz tu mamy nasz towarzyski krąg, nasze ośrodki, nasze życie… Jak kiedyś będę w odstawce, to się spotkamy i pogadamy… W PRL prócz Alei Róż pilnie strzeżonymi półtajnymi gniazdkami dla ludowej władzy był Konstancin, Arłamów, Jurata i inne urocze zakątki. W NRD była to dzielnica Wandlitz, w ZSSR luksusowe podmoskiewskie dacze, w Albanii zamknięte miasto w mieście, iście bizantyjski przepych w ubożuchnej i izolowanej Tiranie.

Pamiętam jak w 1991roku na warszawskim Placu Konstytucji ujrzałem samotnego towarzysza Czyrka, znanego mi z telewizji. Jeszcze w grudniu 1990 był ministrem w prezydenckiej kancelarii Jaruzelskiego, a przedtem, poczynając od 1965 roku, zajmował nieprzerwanie wysokie stanowiska partyjne i rządowe. Teraz sprawiał wrażenie oszołomionego postpeerelowską rzeczywistością, budami i szczękami z zagranicznym chłamem w sercu stolicy, do niedawna oglądanej tylko zza szyb rządowej limuzyny… - Patrz pan, chyba to Czyrek? Sam i na piechotę, dobrze tak k… tym komuchom – zagadał przypadkowy warszawski rodak, równie jak ja zaskoczony.

Od naszej epokowej transformacji miało być przecież inaczej. Prawdziwie demokratycznie, na zasadzie pełnej równości wobec prawa, bez jakichkolwiek taryf ulgowych dla tzw. celebrytów. Ale tak nie jest. Oby to zauważył choćby pewien niecodziennie błyskotliwy parlamentarzysta, znany z ostentacyjnego, cynicznego i bezkarnego łamania przepisów drogowych.
Do czasu, do czasu, ekscelencjo europośle. Drogi u nas bywają często śliskie.


67. Nasz zdrowy imidż


"Wtłoczony między dzicz niemiecką/ I nowy naród stu narodów/ Na wschód granicę daj sąsiedzką/ A wieczną przepaść od zachodu..." - modlił się na uchodźctwie w Brazylii Tuwim, zapiekły w słusznej nienawiści do wszystkiego, co niemieckie. Ale w 64 lata po wojnie zmieniły się realia w Europie. "Nowy naród stu narodów", chwała Bogu, się rozsypał, a Niemcy Angeli Merkel trudno nazwać dziczą. My w Europie przeorientowaliśmy narzucone nam sojusze, mocno sadowiąc się w obu wspólnotach: NATO i UE. Co nie mogło zostać bez wpływu na nasze życie codzienne, na obyczajowość. Polszczyzna coraz wchłania pojęcia języka światowego, jakim stał się angielski. Przełknęliśmy już "target" zamiast celu, "event" jako zdarzenie, "audiobooki", "reseting" - i nawet "image" zmienił dawną wymowę "imaż" (z francuskiego) na anglojęzyczny "imidż". I bardzo dobrze, bo i nasza słowiańska mowa od lat obrastała latynizmami, germanizmami i rusycyzmami, nie tracąc uroku i giętkości.

W XXI wieku Polacy podróżują w najdalsze strony już nie po to, by sprzedać kryształy czy szynkę w konserwie. Dbamy, wzorem Zachodu, o zdrowie, sylwetkę, zęby i biusty... Około 20 lat temu pewien laureat telewizyjnej zgadywanki brakujących liter pokazał kamerze i nam telewidzom uśmiech wampira Ė szczerząc dwa górne i dwa dolne kły na tle ziejącej pustki... A dziś podziwiać możemy zadbane garnitury zębów, olśniewające bielą.

Tak się składa, że piszę ten tekst na Kaszubach, na zdrowotnych wczasach. Setka gości z górą, w tym z Ukrainy i Kanady, dobrowolnie katuje się w marszach z kijkami i na różnych gimnastykach, karmiona wyłącznie owocem i warzywem. Wszystko dla zdrowia i figury...

Hurra, waga wreszcie drgnęła.


68. Historyczne nauczki
 

   Kanclerz Angela Merkel tak szczyciła się niedawno zaangażowaniem Niemiec w wojnę w Afganistanie: „Po USA i Wielkiej Brytanii jesteśmy tam trzecią siłą…”. Liczbowo tak – ale oto znany (niżej podpisanemu nawet osobiście…) niemiecki pisarz, felietonista, autor biografii kilku mężów stanu i ciekawych politycznych analiz Mainhardt Graf von Nayhauss dokonał w ekskluzywnym „Magazynie kultury politycznej CICERO” z 5 listopada 2009 przeglądu czynności, wypełniających żołnierzom Bundeswehry służbę w dalekim kraju. Z poufnej statystyki ministerstwa obrony RFN, do której dotarł, wynika iż z przebywających tam obecnie 4 365 żołnierzy ledwie około 600 wypełnia zadania bojowe. Natomiast większość zajmuje się zaopatrzeniem, naprawą pojazdów i  sprzętu. Są też sanitariuszami, opracowują dane wywiadu, wypełniają liczne sprawozdania, budują mosty, obsługują lotniska, prowadzą pocztę polową, rozgłośnie i kantyny. To typowa służba tyłów, z dala od świstu kul i eksplozji podstępnie podkładanych min. Ponad połowa niemieckiego kontyngentu nawet nie wychyliła nosa poza obręb baz. Cytowany w artykule Nayhaussa znawca Afganistanu, niemiecki pisarz Peter Scholl – Latour, na własną rękę i odważnie mimo podeszłego wieku zbierający materiały do swej kolejnej książki w Masar – i – Sharif, gdzie teraz kwateruje 2 690 żołnierzy Bundeswehry, był zaskoczony tym, że prawie nikt z nich nie ważył się wyjść po służbie z bazy, by oglądnąć zabytkowe miasto i słynny Błękitny Meczet Imama Alego… Niemieccy wojacy po rutynowych spotkaniach w terenie z przywódcami lokalnych klanów nocują w afgańskich koszarach albo w bazach NATO, uznając biwakowanie w opancerzonych pojazdach za zbyt ryzykowne.

    Cóż, można by pogrozić Niemcom paluszkiem za opisane tu dekowanie się na tyłach, zamiast służby frontowej. Ale ja odnajduję w tym także wątek pozytywny. O niemieckim żołnierzu gdzie jak gdzie ale w Polsce wypada w aspekcie historycznym mówić tylko źle, lecz był to przecież żołnierz bitny, nieskłonny do wiania w panicznym odwrocie. Skoro obecnie tak wyraźnie nie kwapi do wojaczki „jako takiej” , do walki na pierwszej linii, to chyba nie podpali po raz trzeci Europy, a z nią połowy świata… Tak stało się przecież ze Szwecją, dziś pokazowo pokojową i neutralną, a ongiś okrutnym łupieżcą, wandalem i postrachem naszych stron. Decydujący przełom nastąpił po sromotnej klęsce poniesionej w bitwie pod Połtawą na Ukrainie w 1709 roku. Dokładnie trzysta lat temu.
 

 69. Hajli hajlo hajla…
 

 „Niemieckie pozdrowienie” (w oryginale deutscher Gruss) od 1925 r. obowiązywało członków NSDAP, a po przejęciu władzy przez Hitlera w 1933 r. wszystkich Niemców. Gest i słowa określono rozporządzeniem. Należało więc prawą rękę z wyprostowaną dłonią wznieść ukośnie na wysokość oka, mówiąc „Heil Hitler!” czyli sława Hitlerowi lub wykrzykując „Sieg heil!” , sława zwycięstwu. W istocie skopiowano używane od 1922 r. pozdrowienie włoskich „czarnych koszul” Mussoliniego. Włosi wywodzili je od „saluto romano” starożytnych Rzymian, zaś Niemcy uważali za obyczaj pragermański.

Trudno pojąć, jak udało się z dnia na dzień skłonić wielomilionowy kulturalny naród do oddawania czci niemal boskiej szefowi partii. Nie tylko oficjalnie, ale również w prywatnych kontaktach. Także tych rodzinnych. Zwrotem „z niemieckim pozdrowieniem heil Hitler” kończono nawet gorące listy miłosne… Brak gestu i słów hajlowania w odpowiedzi na czyjeś hajlowanie groził pod koniec wojny nawet sankcją karną. Po nieudanym zamachu na Führera w lipcu 1944 r. objęto także Wehrmacht nakazem wyciągania ręki zamiast żołnierskiego „bicia w dach”. Na znak wierności. Polecam to uwadze twórców filmów z epoki.

Po klęsce w 1945 r. Niemcy z trudnością powracali do poczciwego „guten Morgen” i „guten Tag”. Wielu wolało mówić wtedy „osiemdziesiąt osiem” – co oznaczało „HH” , dwie ósme w kolejności litery alfabetu. Za hajlowanie można obecnie w RFN posiedzieć za kratkami nawet trzy lata, więc neonaziści stosują bezkarnie nieco zmodyfikowany „Kühnengruss” o innym kącie uniesienia ręki i innym układzie palców. Tak nazwany od Michaela Kühnena, jednego z neonazistowskich przywódców – ale tkwi w tym także nieco przewrotna gra słów, bo przymiotnik „kühn” oznacza kogoś odważnego.

Przez 1961 dni, bo tyle trwała koszmarna okupacja mego Krakowa, obserwowałem owo hajlowanie niemal bezustannie. W „stolicy Generalnego Gubernatorstwa” dekowało się pod koniec wojny przed wysłaniem na front prawie 40 tysięcy Niemców. Gdybym wtedy usłyszał, że w 64 lata po dobiciu III Rzeszy w jej berlińskim barłogu młodzi i patriotyczni nastawieni Polacy w swym niepodległym kraju będą z namaszczeniem publicznie małpować hitlerowskie pozdrowienie – popukałbym się znacząco w czoło.

A jednak.
 

70. Rachunki do wyrównania?
 

 - Co wy Polacy macie przeciw Rosjanom? – pytała nas prawie 40 lat temu doktor Helga R., lektorka na kursie niemieckiego , prowadzonym w uniwersytecie w Lipsku dla dziennikarzy z tzw. obozu socjalistycznego. Jak na komendę wbiliśmy wzrok w podręczniki i przezornie milczeli. Prócz przeczeń „aber nein, ale skąd…” nie padła z naszej strony merytoryczna odpowiedź. Wtedy w NRD przetrawiono już traumę gwałtów i grabieży w wykonaniu zwycięzców. Powszechnie i bez ironicznego podtekstu zwano Rosjan przyjaciółmi. Broń Boże nie okupantami.

Czy mamy wciąż coś przeciw? Może tak. Zachód postrzega Rosję przez pryzmat godnych podziwu osiągnięć kultury, sztuki , nauki i techniki, poczynając od Tołstoja i Dostojewskiego , a na rutynowym już lataniu w Kosmos kończąc. My patrzymy na nią wciąż z perspektywy gorzkich doświadczeń – zaborów, najazdu w 1920 roku, zmowy Stalina z Hitlerem, wywózki rodaków za Krąg Polarny albo w stepy, wymordowania oficerów czy podtrzymywania na przysłowiowych bagnetach narzuconego nam i obcego ustroju. Gdy Zachód zachwycał się żarliwością młodego cara Piotra I w poznawaniu nauki i techniki, gdy Wolter i Diderot widzieli w Katarzynie II Semiramidę Północy, my z bliskiego dystansu dostrzegaliśmy poniżanie mużyków, mieszczaństwa, bojarów i popów przez niczym nie ograniczoną władzę, zawisłość sądów i wszechobecną korupcję. A potem z trzech zaborów właśnie ten rosyjski, jak na ironię słowiański, najkonsekwentniej tępił ducha polskości.

Niemcy wymordowali znacznie więcej obywateli polskich, niż to uczynił ZSSR. Ale Niemcy po klęsce nie negowali i nie pomniejszali zbrodni dokonanych na Polakach. Dziś często kaja się za nie publicznie niemiecka generacja wnuków. Tymczasem w Rosji poczucie winy za Katyń, Charków i Miednoje mają co najwyżej szlachetni członkowie „Memoriału”, a arcyzbrodniarz Stalin nadal spoczywa w honorowej niszy w murach Kremla.

I jeszcze nasz i ich stosunek do niepodległości Ukrainy… Ale to temat sam w sobie, być może na inną okazję.

 

71. Był jajkiem z piasku i niedzielą


Tkwi we mnie opowieść, zasłyszana ongiś w szpitalu Akademii. Leżał koło mnie pan Sądej, rolnik o twarzy pooranej i sękatych dłoniach. Jak wskazywało nazwisko pochodził z Sądeckiego, krainy mych szkolnych wakacji. Odwiedzały go synowie, córki i wnuki, eleganckie i miejskie. Chorobę znosił ze spokojem. Czuł respekt nawet przed salową, o doktorach nie wspominając. Kiedyś odwiedziła go kobiecina przygięta reumatyzmem, drobna i sucha. Ku memu zdumieniu rozmawiał z nią w niemieckim dialekcie „platt”. Rozumiejąc co czwarte – piąte słowo słuchałem o gospodarstwie bez gospodarza. Krówka się miała ocielić, świnki trzeba zawieźć do skupu… Gdy wyszła, spytałem gdzie i jak los połączył go akurat z Niemką.

W latach 30 z poboru trafił do artylerii w Toruniu. Odsłużył wojsko i szukał pracy w Wolnym Mieście. Orał, siał i żął u bauera na Żuławach, nieco poznał mowę, ciułał gulden do guldena. Zaiskrzyło między nim a miejscową robotnicą rolną. Ożenił się z nią, ale trwał przy polskości jak umiał. Przeżył głęboko wiec Polonii Gdańskiej, na którym przemawiał generał Górecki. Pierwszego września 1939 usłyszał dudnienie armat. Płakał jak dziecko, gdy padło Westerplatte. Wkrótce w majątku zjawił się żandarm. – Herr Sądej, pora decydować… Wysiedlenie, może Stuthof - albo volkslista… Jak sądził wybrał mniejsze zło. Powołano go do Wehrmachtu. – Mensch, Sandei, co za głupie polskie nazwisko… Jajko z piasku! – usłyszał od feldfebla. I od niemieckich kolegów. Był w załodze Wału Atlantyckiego, gdy lądowali Alianci. Nie chciał umierać za Hitlera. Poddał się przy okazji. – Sunday, jak niedziela! – zdziwił się Stuff Sergeant, spisujący jeńców.

Uznany za Polaka znalazł się u generała Maczka, a gdy ucichła wojna wrócił do Gdańska na pokładzie „Krakowa” w berecie z orzełkiem i w battle dresie. Pomaszerował na podtopione Żuławy. Żona czekała, ale szykowała się już na wysiedlenie. Stało się inaczej. Uczucie przetrwało powojenny czas pogardy i szykan, jakie ich spotykały. W końcu zrozumiałych po latach okupacji.
Jeszcze jeden dziadek z Wehrmachtu.


72. Ręka rękę brudzi?
 

Niemal co tydzień w rysuneczkach Mistrza Jujki pojawia się temat łapownictwa. Mistrz z natury poczciwy, więc ludziki spod jego piórka traktują łapówkarzy z pobłażaniem. – Niezły, bo niewiele żąda i spełnia co obiecał – brzmi zwykle sentencja. Nie zarzucam Mistrzowi relatywizmu moralnego wobec panoszącego się zła. Idzie mi o coś innego. Czy naprawdę III RP to kraj i raj łapowników, gdzie wszyscy niemal decydenci wyciągają łapę po wziątki i czy idąc ścieżką prawa, nie dając i nie biorąc, nie załatwi się u nas niczego?

Był czas, kiedy wtajemniczeni jadący ekspresem do Warszawy nie kupowali biletu, dając na korytarzu konduktorowi zwyczajowy datek. Lokował ich usłużnie, nawet czasem w przedziale służbowym. Lud wiejski w pekaesach płacił za przejazd nie żądając biletu, co było zwyczajową normą. Kierowcy aut na okoliczność zatrzymywania do kontroli wozili odpowiedni banknot w dowodzie rejestracji. Funkcjonariusz wyjmował go niedbałym gestem, pouczał o wykroczeniu, salutował i życzył szczęśliwej drogi. Celnicy po „przemówieniu do ręki” przymykali oczy na przemyt . To było za Peerelu, minęło, już nie wróci? Nie jestem pewny. Łatwe dorobienie do niewysokich poborów może przeważyć. Często to tylko kwestia sumy. Powiadają cynicy, że nieprzekupni są najdrożsi… Chwieje się we mnie jednak wiara w państwo prawa, gdy słyszę o ukartowanym przez tajne służby wprowadzaniu upatrzonej ofiary na drogę łapownictwa. Pokusy w wykonaniu agentów Tomków bywają tak atrakcyjne, że nawet anioł boży by nie odmówił.

Drogi Maestro, proszę sobie wyobrazić, że przeżywszy kawałek sanacji, okupację, pseudoludową demokrację i epizod IV RP tylko raz w życiu wręczyłem wziątek! Mimo to udało mi się w życiu załatwić multum urzędowych spraw. Nikt za mną nie stał i nikt mnie nie niósł, bywało wręcz przeciwnie… Może dlatego, że jako rodowity krakowianin jestem oszczędniejszy od Szkotów i mam w kieszeni przysłowiowego węża. A może dlatego, że proceder brania i dawania za nic, za słówko na tak, za pieczątkę i podpis, wydaje mi się wątpliwy moralnie.

PS. Akurat 23 lutego minął w Polsce bez echa „Dzień bez łapówki”.


73. Piłka w grze


 Karierę piłkarską, zresztą umiarkowaną, bo jak z angielska mówiono „na beku” czyli w obronie, zakończyłem mając 10 lat. Powodem był uraz palców stóp po grze w przyciasnych butach. Słabo wypadam w teorii futbolu. Nigdy nie pojąłem mimo wielogodzinnych wyjaśnień na czym choćby polega bycie „na spalonym”.

W szkole kibicowałem „Cracovii” , nosząc jej pasiastą odznakę pod klapą mundurka. Uczniom nie wolno było należeć do klubów. W „Cracovii” i „Wiśle” grali amatorzy – dżentelmeni, znani aktorzy, lekarze czy prawnicy. Po corocznych derbach biesiadowali wspólnie w restauracji. Gdy dorobili się piwnych brzuszków i trudno już było im dryblować, do klubów napływać zaczęli adepci piłki z podkrakowskich wiosek. Były to prapoczątki zawodowstwa. Kibiców przybywało, ale na trybunach nie było chamstwa, walk i demolki. Nie było też dziś tak oczywistych powiązań futbolu z polityką. Trudno wyobrazić sobie marszałka Piłsudskiego czy prezydenta Mościckiego na boisku w krótkich porteczkach, gdy tymczasem nasz premier kopie piłkę serio i z zaciętą miną. A Głowa Państwa chwali po meczu ze znawstwem bramkarza kadry, nieco modyfikując mu nazwisko. Transmitowane do ponad stu krajów losowanie udziału w grupach na Euro 2012 urosło do światowej rangi i sam szef rządu odłożył arcyważne sprawy, by wygłosić powitalny speech w niemal oksfordzkiej angielszczyźnie. Służby tajne, prokuratorzy i sądy nie szczędzą kosztów i wysiłków, by dopaść i ukarać naganne ustawianie spotkań. Być piłkarzem, nawet permanentnie na ławce rezerwowych, znaczy stokrotnie więcej niż być laureatem Nobla. Prestiżowo i finansowo.

O wynik eliminacji do Mundialu w Meksyku wybuchła w 1969 r. krwawa wojna Salwadoru z Hondurasem, uwieczniona przez Kapuścińskiego. A mnie się marzy, by odtąd groźne konflikty międzypaństwowe rozstrzygano bezkrwawo na murawie. Oczyma wyobraźni widzę ostry i pełen obustronnych fauli mecz Rosja - Gruzja z naszym Prezydentem w roli arbitra. Albo co najmniej sędziego autowego. Bo lepiej strzelać gole, niż odpalać rakiety.


74. Liczmy na siebie


Nie mieliśmy szczęścia do sojuszów. Po I rozbiorze Girolamo Lucchesini, pruski ambasador w Warszawie, wynegocjował z rozkazu króla Fryderyka Wilhelma traktat o przyjaźni z Rzeczpospolitą. Prusy zobowiązały się wystawić w jej obronie osiemnastotysięczną armię. Nie wystawiły… Król pruski zwąchał się z carycą, notabene swą rodaczką i zdradzając Polskę powiększył w II rozbiorze Prusy o Gdańsk, Toruń i Wielkopolskę, kolebkę naszej państwowości.

W 1936 r. Francja przyznała nam 2,6 mld franków na zbrojenia, z czego połowę w sprzęcie wojskowym. Do 1939 r. dostarczyła ledwie 13 procent. W marcu 1939 r. Chamberlain zapewnił w Izbie Gmin, także w imieniu Francji, o pomocy w obronie Polski. W Paryżu generałowie Gamelin i Kasprzycki podpisali protokół, przewidujący w razie niemieckiej agresji natychmiastowe działania lotnicze, a po 15 dniach ofensywę głównymi silami na francusko – niemieckiej granicy. Polskę odwiedzały brytyjskie misje wojskowe, w Londynie sygnowano traktat o pomocy wzajemnej. Gdy 6 września 1039 Wehrmacht pojawił się na przedpolach Warszawy, Rydz- Śmigły wysłał do Paryża rozpaczliwą depeszę, domagając się spełnienia obietnic. Gamelin odpowiedział wykrętnie, tłumacząc się… brakiem artylerii. Niemcy nacisnęły na sprzymierzoną z Polską Rumunię, by rozbrajała i internowała nasze oddziały, cofające się na jej terytorium. Ostatni akt tragikomedii rozegrał się 12 września. Oto w Abbeville Aliancka Rada Najwyższa zdecydowała, że nie udzieli Polsce „wydatniejszej pomocy” - a Gamelin poinformował o wstrzymaniu ofensywnych działań.

Amerykanie i Anglicy w Teheranie i Jałcie sprzedali bez zahamowań Sowietom wierną do ostatka Polskę. „Mamy dosyć wojska i waszej pomocy nie potrzebujemy. Możesz pan swoje dywizje zabrać…” – usłyszał Anders od Churchilla, gdy protestował przeciwko jałtańskim decyzjom. Może warto o tej wiarołomności pamiętać w czasach, gdy nasza cała doktryna obronna opiera się na wierze w NATO i w skuteczność zasady „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego…”.

Jak u Trzech Muszkieterów.
 

75. Strachy na lachy


W epoce rodzimego stalinizmu (1947 – 1956) Polacy bali się wszechwładnego UB, uwikłania w sfingowane procesy, represji w rodzaju wywłaszczeń bez odszkodowania, tak zwanych domiarów rujnujących prywatną przedsiębiorczość lub konfiskat mienia z byle powodu. Większość lęków ustąpiła po pisanym kiedyś z dużej litery Październiku 56, by z mocą powrócić w krwawym wybrzeżowym Grudniu 70. Do dziś pamiętam ówczesne zmasowanie czołgów w centrum Gdańska, albo marszowe kolumny milicjantów w kaskach, gestem siewców rozrzucających na Grunwaldzkiej granaty gazowe. Nic dziwnego, że po tym dramacie przyjęto rządy Gierka z ulgą i dopiero „ścieżki zdrowia” aplikowane przez MO robotnikom w Radomiu zmąciły złudną idyllę.

Od 13 grudnia 81 aż do końca „jaruzeli” nękano nas rewizjami, zatrzymaniami, kryminałem lub nieco łagodniejszym „internatem” . Po półwolnych wyborach w 1989 roku zdawało mi się, że wyzbyłem się na zawsze obaw przed wolnym odtąd, niepodległym i suwerennym państwem prawa. Tymczasem przeżyłem szok, gdy na etapie IV RP urzędowym pismem wezwano mnie, autora tych błahych króciutkich tekścików, do odżegnania się pod rygorem prawa od kontaktów z tajnymi służbami PRL lub alternatywnego przyznania się do nich. W mediach zapowiadano wtedy podobne prześwietlenie 700 000 obywateli, słownie siedmiuset tysięcy i rozbudowę niezbędnego w tym celu aparatu urzędniczego. IV RP już niema lub na razie nie ma, więc sygnalizowanej megaczystki też, za to w obecnej III RP, z założenia liberalnej, aż roi się od służb pro i kontra rządowych, od zakładanych podsłuchów mnogich jak u Orwella, a planuje się obowiązkowe konserwowanie nagrań przez wiele lat.

Ideałem jest podobno tylko tyle państwa, ile trzeba dla bezpiecznego i normalnego życia jego obywateli. Przeciwieństwem jest więc państwo wszechobecne i wszechwładne, narzucające poddanym określony tryb życia. Lepiej takiego modelu unikać.

PS. A w moim wieku boję się tylko myszy.
 

76. Vancouver 2010 - sława i chała


Szesnaście dni Olimpiady Zimowej, w tym ledwie kilka przyspieszających nam puls i pompujących ciśnienie. Dramatyczne finisze Trójkolorowej Justysi, Małysza skoki po srebro, nieoczekiwany medal panczenistek… Z szumnych zapowiedzi worka medali wyszło niewiele jak na 38 – milionowy kraj, szczycący się gospodarczym sukcesem. Jak wynika z wywiadów ze sportowymi notablami, ciałem lub duszą asystującymi polskiej ekipie, reprezentantom niczego nie brakło w materialnym sensie. Skoczkowie nie latali na byle jakich nartach, a ich skafandry odpowiadały najnowszym trendom. Bobslej kosztował niebagatelne 30 tys. euro, a Złota Justysia, nasza chluba, miała o ile się nie przesłyszałem do wyboru do koloru 70 par nart. Wyjątkiem były stroje biatlonistów, nie dość że liche, to z flagą Monaco na dodatek. Czasy improwizacji w polskim sporcie wyczynowym minęły, bo każda władza wie, że osiągnięcia sportowe na arenie międzynarodowej to kwestia prestiżu państwa. Dawniej decydowały o nim czołgi, bombowce, armaty i wyrównane zbrojne szeregi na defiladach, dziś decydują miejsca na podiach i lokaty w rankingach.

Co raziło jednak w lutym 2010 polskiego widza TV, mola gazetowego czy radiosłuchacza? To, że nadymano się na wyrost i nad miarę, zapowiadając sukcesy, z których nic albo niewiele wyszło. Przypominało to pogróżki bokserów przed spotkaniem w rodzaju „położę cię na deski po gongu pierwszej rundy…”. Albo straszenie się samców w stadzie goryli, połączone z dudnieniem w klatę. Inna pretensja dotyczy władz sportowych. Po co wyekspediowano do Vancouver reprezentantów dyscyplin, w których nie było cienia szansy na dobre lokaty, o podium już nie wspominając? Co prócz kosztów dały miejsca w drugich i trzecich dziesiątkach? W snowboardzie, bobslejach, łyżwiarstwie figurowym czy biatlonie były to miejsca na szarym końcu… Skoro uznanie przynoszą tylko złote, srebrne i brązowe krążki, wystarczało wysłać do Kanady nie 47, a najwyżej dziesięciu, w porywach piętnastu pewnie rokujących zawodników.
 

77. Nadzieja w Portugalii?


Udało się! Budżet odetchnął, bo mamy najmniejszą armię w dziejach nowszych. Tylko 100 tys. żołnierzy. Ubożuchna II RP miała ich 280 do 330 tys. a zagrożona w 1939 r. postawiła pod bronią 950 tysięcy. Gdyby mobilizację ogłoszono wcześniej mimo sprzeciwu sojuszników, byłoby wojska o 30 proc. więcej. W maju 1945 roku LWP liczyło 400 tys., Siły Zbrojne na Zachodzie 195 tys., a partyzantki różnych barw ok. 150 tysięcy. Teraz MON wyzbywa się intensywnie koszar, uzbrojenia, wyposażenia i rezerw mobilizacyjnych z komiśną żywnością włącznie. Likwiduje się komendy uzupełnień. Więcej mamy policjantów niż żołnierzy, a ochroniarzy zbrojnych w pojemniki z gazem dwa razy tyle. Mniejszą armię miała Rzeczpospolita tylko przed ostatecznym rozbiorem, bo 12 tys. żołnierzy. Prusy miały ich 11 razy więcej, Austria 17 razy, a Rosja aż 28 razy.

Nie ilość wojska rozstrzyga, lecz jakość wyszkolenia, twierdzą reformatorzy. To prawda, ale prawda też, że czołgi, samoloty, helikoptery czy działa bez żywej siły nie obronią terytorium, ani nie utrzymają zdobyczy. NATO z miernym skutkiem apeluje o wysyłkę do Afganistanu żołnierzy właśnie. Nagłośnione triumfalnie w mediach nasze ewidencjonowanie mężczyzn w wieku poborowym tylko rozśmiesza. Bez cienia wyszkolenia, powołani pod broń nie potrafią odróżnić lufy od kolby… A skąd wzięto by dodatkową kadrę dowódczą? W II RP rozbudowano przysposobienie wojskowe w szkołach średnich, na PKP, nawet na poczcie – i traktowano je serio. Młodzież robotniczą szkolił „Strzelec” i Junackie Hufce Pracy. Dla studentów utworzono Legię Akademicką. W Peerelu kontynuowano podobne wysiłki ze stopniowo malejącym zapałem, w kiepskim kadrowym wykonaniu. Dziś po przygotowaniu narodu do obrony nie zostało ani śladu. Kwitnie za to, jak oglądam choćby w niemieckich reportażach TV, w sąsiedniej Federacji Rosyjskiej. Pod komsomolskim hasłem „Budź gatow…”.

My na to mamy NATO, w razie zagrożenia aktywowane na muszkieterskiej zasadzie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego…”. Rzecz upraszczając prześmiewczo - cala nasza nadzieja w Portugalii… Czy chrzanię?


78. Myślostrzępy spisane na gorąco
 

Nie był  prezydentem  moich marzeń… Wbrew gustom mego odchodzącego pokolenia głosowałem na kontrkandydata.  Negatywnie odebrałem meldunek po Jego zwycięstwie, pół żartem, pół serio złożony bratu: - Panie prezesie, melduję wykonanie zadania! Więc to, co kandydat, a odtąd  prezydent - elekt mówił i czynił podczas kampanii, te spontaniczne spotkania z ludnością, serce szczypiące głaskanie dzieci po blond główkach,  czy bratanie się z góralami było tylko partyjnym zadaniem?  Odkąd sprawował najwyższy urząd, zżymałem się na taktykę spowolniania, a nawet blokowania ustaw uchwalanych przez Sejm. Uważałem, że nie chce być „Prezydentem wszystkich Polaków…” bez względu na opcje polityczne, przynależność partyjną, religijną, etniczną  czy jeszcze jakąś – ale czuje się jednym z dwóch liderów partii, którą współtworzył i do której wróci. Mój krytycyzm jednak nie oznaczał zamykania oczu na pozytywne przedsięwzięcia Glowy Państwa. Choćby na próby wskrzeszenia idei prometejskiej Marszałka Piłsudskiego, czyli kordonu państw od Bałtyku po Morze Czarne – albo nadanie właściwej rangi zrywowi powstańczemu Warszawy. Wielce sympatyczna za to wydała mi się od początku Pierwsza Dama i chichotałem złośliwie,  gdy Jej publiczne wypowiedzi niezbyt przystawały do poglądów Małżonka…

   Tak było ze mną do 10 kwietnia 2010, od dziś na zawsze daty historycznej. Ten dzień jakby zamazał w mej świadomości wiele zastrzeżeń w swej istocie błahych i nakazał dołączyć do narodowej żałoby z całej duszy. Takie czy inne opcje ofiar katastrofy straciły znaczenie, w ich miejsce narósł szczery żal  i zwykłe w podobnych  przypadkach pytanie: - Czy tak musiało być? Cóż, niezbadane są boże plany lub  jak kto woli ślepy los, ale wolę uwierzyć, że wręcz niewiarygodne połączenie dwóch polskich krwawych ofiar, katyńskiej megazbrodni sprzed 70 lat i tylu członków nowych elit w tym samym niemal feralnym dla Polaków miejscu, musi mieć jakiś wyższy cel  i sens. Dla Polski i dla Rosji, dla reszty Europy, może nawet dla świata,,, Oby tak było.


79. 1940-1990: Mój Katyń
 

Pod koniec października 1939 roku wróciliśmy z ucieczki na wschód z moim kolegą Antkiem z Berestowca na Wołyniu do Krakowa. Wybraliśmy niemiecką okupację zamiast sowieckiej pseudowolności, choć był to wybór między dżumą i cholerą... Przez Kraków, proklamowany stolicą Generalnego Gubernatorstwa, przetaczały się pociągi pełne jeńców. Między „oflagami”, czyli obozami dla oficerów, i „stalagami” - dla szeregowców - a rodzinami w kraju zaczęły krążyć wiadomości w rodzaju „Ciocia Frania urządzi wkrótce pranie...”, „Kuzynka Ania uczy się pływać...”, „Pan Wilhelm się od nas wyprowadzi...”. Niemieccy cenzorzy tej „Kriegsgefangenenpost”, odgadując bez trudu, że chodzi o Francję, Anglię i Niemcy, robili na marginesie uwagi: „Ciocia Frania dostanie od Wilhelma po d...” - albo w tym rodzaju. Nie wiem, ile w tym prawdy.

Wieści od Ojca nie było, mimo że Armia „Kraków”, z którą ruszył na wojnę, niemal w całości trafiła do niemieckiej niewoli. Mama spekulowała, że przedostał się na Węgry i stamtąd da nam znać. Któregoś dnia jednak zjawił się u nas nieznany mężczyzna w polówce bez orzełka i w żołnierskim płaszczu bez odznak - co Niemcy tolerowali - i podając się za sierżanta opowiedział o wzięciu Ojca pod Stanisławowem (teraz Iwanofrankiwsk) do sowieckiej niewoli. Gdy wyszedł, obdarowany ubraniem po Ojcu, Mama odetchnęła z ulgą: - Z Mietka szczęściarz... Najważniejsze, że nie wpadł w łapy szkopom... W Rosji będzie się miał jak pączek w maśle, za Uralem przetrwa do końca wojny.

Wyjaśniło się gdzie jest, gdy nadeszły pierwsze listy jeńców z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa. Był w Kozielsku. Pisał o sobie na szarym, dziwnie pachnącym papierze, bez koperty, tylko złożonym, prosił o używaną bieliznę i pocerowane skarpetki. Odcyfrowałem adres nadawcy „Pocztowyj jaszczik 12”, wypisany literami przypominającymi żuki, bo właśnie zacząłem uczyć się rosyjskiego u emigrantki-„białogwardzistki”.

Zemsta Stalina czy intryga Goebbelsa?

W czerwcu 1941 r. Niemcy zaatakowały ZSSR i kraj ten stał się dla nas „sojusznikiem naszych sojuszników”. O sowieckich represjach, o wywózkach Polaków na „nieludzką ziemię” nie miano w Krakowie pojęcia. Gdy padł Stalingrad - Niemcy i Polacy (oczywiście oddzielnie) chlali gorzałkę na umór. Niemcy z rozpaczy po swej 6 Armii, a my z radości, że to dla śmiertelnego wroga początek końca... Któż wiedział, że w marcu 1940 r. szef NKWD Beria przedstawił Politbiuru KPZR ściśle tajny wniosek kary śmierci przez rozstrzelanie dla wszystkich wziętych do niewoli polskich oficerów, będących „zatwardziałymi i niepoprawnymi wrogami sowieckiej władzy...” Egzekucję należało przeprowadzić bez ich wzywania i przedstawienia oskarżenia. Stalin, Mołotow, Woroszyłow, Mikojan, Kalinin i Kaganowicz złożyli 5 marca 1940 r. podpisy pod zbrodniczym dokumentem. Egzekucje rozpoczęły się 9 kwietnia 1940 r. i przebiegały sprawnie, skoro w początkach czerwca oficer NKWD Maks Goberman zameldował o opróżnieniu obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz „przeniesieniu” 14 982 jeńców... Na tamten świat.

W 1941 r. Wehrmacht zajął Katyń. Zimą 1942 roku żołnierze 537 pułku łączności dowiedzieli się od ludności o masowych egzekucjach. Znam też wersję, że o grobach poinformowali Niemców polscy robotnicy z pociągu Organizacji Todt. Jeszcze inna wersja mówi o wykopaniu ludzkich kości przez wilki. Dowódca 537 pułku Friedrich Ahrens zarządził przekopanie terenu. Natrafiono na masowe groby. 10 kwietnia zjawiła się w Katyniu - trochę pod niemieckim przymusem - delegacja PCK, której okazano m.in. szczątki generałów Smorawińskiego i Bohaterewicza. Odwiedziła też Katyń międzynarodowa komisja z udziałem 13 przedstawicieli medycyny sądowej, głównie z krajów okupowanych przez Niemcy. Stwierdzono na podstawie znalezionych listów, gazet i notatek, że masowego mordu dokonano od połowy do końca kwietnia 1940 roku. Strzelano niemiecką amunicją w tył głowy, z niemieckich pistoletów Walther. Ten typ broni i pociski do niej sprowadzał jednak przed wojną Związek Sowiecki z Niemiec na potrzeby tajnych służb. Wiele zwłok miało ślady ran kłutych rosyjskimi czworograniastymi bagnetami i głowy omotane płaszczami, by katom nie stawiano oporu.

Trzynastego kwietnia 1943 roku z „szczekaczek” zainstalowanych na Rynku dowiedzieliśmy się o katyńskich grobach. Ta informacja ukazała się też w gadzinowym „Gońcu Krakowskim”. Gazeta przedrukowała również wstrząsający artykuł „Castrum doloris” Zygmunta Nowakowskiego, krakowskiego felietonisty przebywającego w Anglii na uchodźstwie. To dowód, jak elastycznie umieli Niemcy wykorzystać Katyń dla swoich celów. Z kolei sowiecka propaganda ogłosiła wprost i bez zahamowań, że masakry dokonali żołnierze Wehrmachtu. Znaleźli się świadkowie na tę okoliczność... Nasz rząd w Londynie zaczął domagać się od ZSSR wyjaśnień co do miejsca pobytu polskich oficerów. W konsekwencji Stalin zerwał z nim stosunki dyplomatyczne, oskarżając Polaków o... współpracę z Hitlerem! Istne Himalaje perfidii.

Gdy w „Gońcu” znaleźliśmy nazwisko Ojca ze zgadzającymi się szczegółami, jak stopień porucznika rezerwy, zawód inżyniera, zamieszkanie w Krakowie i członkostwo w związku wędkujących na Dunajcu - wątpliwości nie było. Ale na żałobnej mszy św. u dominikanów zabrakło wielu jego przyjaciół i znajomych z myśliwsko-wędkarsko-biznesowo-kawiarnianego kręgu. Większość krakowian odnosiła się do znaleziska nieufnie, krążyły pogłoski o widywaniu rzekomych ofiar w najlepszym zdrowiu, choć pod innym nazwiskiem... Miała to być kolejna szatańska intryga Goebbelsa.

Lepiej milczeć niż koniunkturalnie kłamać...

Katyń tkwił we mnie latami jak cierń. Nie mogłem w PRL wspomnieć o prawdziwym losie Ojca w wielu ankietach, wypełnianych w wojsku, na studiach, w pracy na uczelni czy w stoczni. Z musu poprzestawałem na stwierdzeniu, że „zaginął na wojnie w 1939 roku...” Na próżno było szukać hasła „Katyń” w encyklopediach, w obfitej literaturze faktu czy beletrystyce na wojenny temat. Można dziś z perspektywy czasu i w innych warunkach politycznych mówić o oportunizmie, nawet o tchórzostwie wydawnictw i autorów, ale moim zdaniem nie było lepszego wyjścia. Lepiej było milczeć niż koniunkturalnie kłamać. Tym niemniej na pochwałę zasługują nauczyciele historii, także akademiccy, którzy ryzykując zadbali o przekazanie prawdy. Znam kilka przykładów.

Po załamaniu się w Polsce systemu komunistycznego nasi historycy zaczęli publikować swoje badania na katyński temat. Gorbaczow przyznał w kwietniu 1990 r., że „stalinizm był przyczyną tej tragedii...” Ale archiwiści sowieccy nadal zaprzeczali istnieniu dokumentów na ten temat. Dopiero prezydent Jelcyn w październiku 1992 r. zdecydował o ujawnieniu prawdy.

Za rządów Jaruzelskiego pokazywano okazyjnie w TVP cmentarną płytę nagrobną w Katyniu, opatrzoną z boku napisem o zamordowaniu przez hitlerowskich faszystów polskich oficerów. Pojawił się - o ile pamiętam - tam kiedyś z wieńcem sam Generał. Kilka razy wyczytałem o wycieczkach do Smoleńska i okolicy, co oznaczało wypad do Katynia, ale chciałem tam jechać jako pielgrzym - tylko na grób Ojca, a przy okazji na groby kuzyna Witolda, korepetytora pana Bolesława i adoratora Mamy pana Lucjana, ostatnio pośmiertnie z pułkownika mianowanego generałem. Marzenie się ziściło w kwietniu 1990 roku - w pół wieku po megazbrodni, w pierwszym roku odzyskania wolności.

 „Eto nie zdjeś...” - mówią życzliwi Rosjanie

Na Dworcu Centralnym w Warszawie rozpoznawaliśmy się po wielkich wieńcach żałobnych i szarfach w narodowych barwach. Przez Brześć, gdzie w wagonach wymieniono podwozia, Baranowicze, Mińsk i Orszę (a chorążym orszańskim był pan Kmicic...) nasz pociąg specjalny toczył się po szerokich torach do Smoleńska. By nie pokazywać nas ciekawskim z wieńcami, wstęgami, flagami i transparentami - skierowano pociąg na stację towarową na peryferiach Smoleńska, gdzie podstawiono autobusy. Pojechaliśmy najpierw na śniadanie z łososiem, kawiorem, szynką i kiełbasą na suto zastawionych stołach. Pojawili się Rosjanie w typowym „służbowym cywilu”, a ich szef rozsiadł się w holu, obserwując przybyszów. Z lokalu w niemal bezludnej okolicy powieziono nas do Gniezdowa, na stację, skąd autobus z zamalowanymi szybami transportował naszych ojców na miejsce kaźni. Na próżno starałem się nawiązać jakiś kontakt. Nikt na stacji o niczym nie słyszał i niczego nie widział, zapytywani kolejarze ogromnie się spieszyli do swych obowiązków... W Katyniu dołączył do nas zaaferowany ambasador Ciosek, wyraźnie akcentujący lojalność wobec nowych solidarnościowych władz. Był z nami reprezentujący rząd RP wiceminister ON Bronisław Komorowski, w wystąpieniu na cmentarzu nawiązujący do pamięci krewnego, też ofiary Katynia - o ile pamiętam, stryja.

Zanim się tu zjawiliśmy - starannie zamazano smolistą farbą wspomniany napis, przypisujący zbrodnię Niemcom. Mszy żałobnej, odprawianej przy płycie, przyglądała się zza płotu grupa miejscowych Rosjan, nie bardzo wiedząc jak się zachować zgodnie z katolicką liturgią. Wysłannik TVP Stefan Truszczyński i kilka osób z pielgrzymki zareagowało pod koniec mszy na dawane przez nich znaki, dyskretnie wychodząc poza ogrodzenie. Okazało się, że chcą nas zaprowadzić na prawdziwe miejsce spoczynku pomordowanych Polaków. Dwóch z naszej grupki było pracownikami Wojskowego Instytutu Kartograficznego. Instytut wysłał jeszcze „za komuny” tych oficerów nieoficjalnie do Smoleńska, by sporządzili mapę miejsca zbrodni... Miałem okazję się tej mapie teraz przyjrzeć. Jeszcze jeden dowód na istnienie „peerelowskiej rzodkiewki” - po wierzchu krwiście czerwonej, ale białej w środku.

Patrzałem bez słowa na ogromne prostokąty brzezinowego lasu, wyraźnie młodsze od wysokich brzóz, niemych świadków zbrodni - i zdawało mi się, że dostrzegam mglistą sylwetkę Ojca. Taki Katyń utkwił w mej pamięci.

 

80. Brązownicy i odbrązawiacze


Trudno o postać bardziej kryształową, niż Julian Ursyn Niemcewicz, poseł na Sejm Wielki, współautor Konstytucji 3 Maja, sekretarz Kościuszki, wzięty z nim do niewoli pod Maciejowicami, więzień Twierdzy Pietropawłowskiej, sekretarz Senatu Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego, prezes Towarzystwa Przyjaciół Nauk, wysłannik Rządu Tymczasowego do Anglii w 1830 roku i prezes Komitetu do Przejrzenia Papierów Policji Tajnej, jakby pierwowzoru IPN. Był działaczem Wielkiej Emigracji, autorem tragedii, komedii, pamfletów i memuarów. Uff! Można zanudzić wyliczaniem zasług, tymczasem wziął go na celownik i pomniejszył Karol Zbyszewski w książce „Niemcewicz od przodu i tyłu” – niedoszłej pracy doktorskiej, pisanej potocznie, niemal wulgarnie. Był to jednak bestseller 1939 roku.

 „Piorun Turkom” Sobieski, zwycięzca spod Chocimia i Wiednia… Trochę dobrał mu się do skóry Boy – Żeleński, a historycy wywlekli poddanie się na początku „Potopu” pod Ujściem królowi Karolowi X Gustawowi i złożenie wiernopoddańczej przysięgi. Zdradził więc króla Jana Kazimierza, prawowitego władcę. Innemu wzorcowi, jakim jest Kościuszko, zarzucono złożenie w 1796 r. przysięgi carowi Pawłowi I w zamian za uwolnienie, ale także oswobodzenie 20 tysięcy rodaków. „Bóg mi powierzył honor Polaków i Bogu go tylko oddam…” zawołać miał Poniatowski, skacząc w nurty Elstery po klęsce Napoleona pod Lipskiem. Pomnik ze spiżu, książę niezłomny, ale i jemu wypomniano seks - orgietki w Pałacu pod Blachą, czy błędy dowodzenia w bitwie z Austriakami pod Raszynem. Marszalkowi Piłsudskiemu zarzucano zmianę wyznania by uzyskać rozwód, powątpiewano też o autorstwie genialnego manewru spod Wieprza, decydującego w bitwie o Warszawę. Wywlekano mu kontakty z wywiadami Austrii i Niemiec w przededniu I wojny światowej, posądzano o germanofilstwo. A my przeżywamy odbrązawianie Wałęsy, Kapuścińskiego i pomniejszych.

 Lepiej się więc nie spieszyć z powlekaniem brązem postaci małych, średnich albo dyskusyjnych. Im grubsza warstwa, tym łatwiej będzie ją zeskrobać.

81. ALBANIA vel SHQUIPERIA

Także Europa

Samolot wylądował na lotnisku Matki Teresy , 17 km od Tirany. Dwa lata temu ściągano tu 10 euro na dzień dobry, teraz opłatę zniesiono. Port się rozrósł i unowocześnił, tak przestronnej hali życzyłbym Rębiechowu. Bagaże już wyjechały na taśmie, ale naszych nie ma. Biadamy nad ich utratą, gdy podjeżdża na wózku ktoś z obsługi. – British Airways? – pyta, a gdy mówimy „Malev, Malev…” pilotuje nas do innej hali. A tam ktoś pilnuje naszych walizek i nie chce napiwku… Synowie Kraju Orła są życzliwi dla cudzoziemców. Córki też.

 W Tiranie przybyło wieżowców. Właśnie otwarto galerię ze 170 sklepami przeważnie włoskich firm i pierwszym w kraju sztucznym lodowiskiem. Popijałem na otwarciu gratisowe winko za przyszłe zyski. Na razie w niej pustawo, ceny za wysokie na albańską kieszeń. Większość mieszkańców ponad 750 – tysięcznej Tirany kupuje zresztą towary wykładane wprost na chodnikach. Mleko w butelkach po „Coca Coli”, warzywa, owoce, ciuchy z Włoch. Przez ulice przetacza się rzeka aut, zwykle wiekowych i poobijanych. Za komuny, do 1991roku, posiadanie samochodów było ustawowo zabronione. W całym kraju było tylko 600 aut na użytek władzy. Poza Tiraną znaków drogowych prawie nie ma, a jeśli są – nikt ich nie przestrzega. Jazda po Albanii szarpie cudzoziemcom nerwy i wymaga nieustannej koncentracji. Na górskich drogach nad przepaściami, jak szlak z Tirany do Elbasan przez przełęcz Krrab albo z Vlore do Sarandy nad skalistymi brzegami Morza Jońskiego brak ostrzeżeń o 180 stopniowych „agrafkach” i osuwających się skałach. Dlatego tak wiele na poboczach pomniczków ku pamięci ofiar… Ale Albańczycy po początkowym etapie bez praw jazdy i bez rejestracji stali się zręcznymi kierowcami. Z kolizyjnych sytuacji wychodzą z milimetrową precyzją. Do tego po drogach, zresztą często niezłych, spacerują bez dozoru osły, zdziczałe psy, kozy i owce. Albo pod prąd wyjeżdża nagle motocyklista. Wszechobecna jest „Policia rrugore”, czyli drogówka w niemal admiralskich mundurach. Czai się z radarami nawet na gruntowych drogach, inkasuje mandaty, pogania lizakami – ale mogłoby jej równie dobrze nie być.

 Nadal w stolicy tego europejskiego kraju, od paru lat członka NATO i pretendenta do Unii ulice nie mają szyldów z nazwami, a domy numerów… Popularny burmistrz Edi Rama, artysta malarz i lider opozycyjnej Partii Socjalistycznej, obiecuje nazwanie ulic i numerację domów w ciągu dwóch lat. Zagadką jest, jak bez numeracji rządzić można stołecznym miastem, ściągać opłaty, egzekwować obowiązek szkolny lub doręczać pocztę? Podobnie z telefonią. Przed ustrojową zmianą prywatnych telefonów nie było, a teraz Albania przeskoczyła etap i telefonizuje się na bazie komórek. Ekspert UE dr Marina Thode żali się, że trudno osiągnąć VIP- a albo urząd nie znając numeru komórki… Jeszcze jeden aspekt wychodzenia z wieloletniej komunistycznej zapaści.

Chiński przyczółek na Bałkanach

  Trudno zrozumieć ten kraj, nie znając w skrócie jego historii. Albańczycy, potomkowie Ilirów, cieszyli się niepodległością jedynie w latach 1441 – 1466 za sprawą bohaterskiego Skanderbega, pogromcy Turków, by po klęsce pod Krują znów Turkom ulec. Europa po raz pierwszy uznała niepodległą Albanię w 1913 r. ale już w kwietniu 1939 r., w przeddzień wojny, Włosi dokonali morskiego desantu i zajęli kraj bez walki. Król Zogu wezwał przez radio naród do obrony, ale Albańczycy nie mieli odbiorników… Uciekł więc za granicę z dwoma tysiącami oficerów i nigdy nie wrócił. Włosi z baz w Albanii zaatakowali następnie Grecję, ale dzielni Grecy przeszli do kontrofensywy. Wtedy na pomoc Włochom do Albanii i Grecji wkroczyli Niemcy i po kapitulacji Włoch w 1943 r okupowali całą Albanię. Przeciw nim wystąpiła Partia Komunistyczna Albanii, partia studentów, intelektualistów i ubogich chłopów. W listopadzie 1944 r. jej partyzanci oswobodzili Tiranę.

 Po wojnie kraj przeżył trzy etapy. Komunistyczny dyktator Enver Hodża jako premier, minister obrony i spraw zagranicznych oraz sekretarz generalny KPA związał kraj najpierw z Jugosławią Tito, odcinając się od Zachodu. Gdy w 1948 r. Jugosławia zerwała z Układem Warszawskim, pożeglował w stronę ZSSR. Spotykał się i popijał ze Stalinem, korzystał z kredytów ZSSR i RWPG. W 1961 r. zerwał jednak z Sowietami i wkroczył w etap chiński. Chiny udzieliły ogromnych kredytów, traktując niewielki kraj jako europejski przyczółek. Ich eksperci budowali fabryki i, sadzili morwę dla jedwabników i bambusy dla koszykarzy… W Tiranie powstało chińskie osiedle. Ten etap trwał do 1978 roku. Po nim nastała całkowita gospodarcza, polityczna i kulturalna izolacja Albanii od reszty świata. W paranoicznej obawie jednocześnie przed NATO i Układem Warszawskim zbudowano 700 tysięcy betonowych bunkrów… Straszą do dziś, zwykle pomalowane w kwiatki i służące za składowiska.

 Z bezlitosnym dla dysydentów okresem komunistycznym nie dokonano dotąd rozliczeń. Dopiero teraz, w 19 lat po zmianie ustroju, premier Sali Berisha zapowiedział powołanie Instytutu Badania Zbrodni Komunistycznych i specjalnego oddziału szukającego masowych grobów ofiar tajnej policji Sigurimi. Do jej akt praktycznie nikt nie ma dostępu. Przypuszcza się, że zostały zniszczone. Według Związku Więźniów Politycznych albańska bezpieka zamordowała 5577 mężczyzn i 450 kobiet. To przerażające jak na 3,6 milionową populację. Ostatnie egzekucje odbyły się w 1991 roku, gdy reżim dogorywał..

Albańska klasa polityczna składa się głównie z ludzi współpracujących kiedyś z tym reżimem. Nie są zainteresowani ujawnianiem zbrodni. Byli więźniowie polityczni, jak znany poeta Fatos Lubonja, domagają się debat na ten temat, ale nie znajdują posłuchu. Szukają więc sami dowodów. Właśnie wykryli w Tiranie u stóp góry Dajti mogiłę 19 niezidentyfikowanych ofiar. Byłe więzienia Sigurimi, budzą zdumienie i przerażenie. Bez okien i bez ogrzewania przypominają mi… chlewy.

 Zrozumieć Albanię znaczy też zrozumieć Albańczyków. Z tym są kłopoty. Język nie przypomina żadnego w świecie. Wywodzi się podobno z mowy starożytnych Ilirów. Nasze kiwanie głową na ta jest przeczeniem – i odwrotnie. Z kaszubska brzmiące „jo” oznacza „nie” – a „po” to tak… Młodzi znaja nieco angielski, ze starszymi w nadmorskich miastach Durres, Saranda czy Vlora można łatwiej dogadać się po włosku. Sporo inteligentów w wieku emerytalnym uczyło się rosyjskiego. Nie spotkałem absolwentów naszych uczelni, ale gdy po złapaniu gumy pod Volra pracownicy myjni pomagali nam w wydobyciu rezerwowego koła i jeden z nich usłyszał skąd jestem – pochwalił się znajomością z Polakami i na dowód zawołał „Kurwa na zdrowie!”. Na moment zanurzyłem się w lubej ojczyźnie – polszczyźnie i poczułem jak w domu.

Albania wzdłuż i wszerz…

W weekend prujemy na północ do Shkoder, miasta niemal na granicy z Czarnogórą i niepodległym Kosowem. Na poboczach dobrej i prostej drogi widać wiele porzuconych aut bez drzwi i szyb. Nikt o nie się nie troszczy. Atrakcją Shkoder, stolicy antycznej Ilirii, jest usytuowana na górze nad miastem twierdza Rozafa, gdzie po klęsce w wojnie z Rzymem schronił się ostatni król Ilirów Genthius albo Genti. Padła w 189 r. p.n.e. i był to koniec niepodległej Ilirii. Miasto stało się stolicą rzymskiej prowincji Illyricum. W 56 r. p.n.e. wizytował je i opisał sam Juliusz Cezar.

Gdy twierdzę w Shkoder wznoszono w iliryjskich czasach, bogowie zażyczyli sobie żywej ofiary. Los padł na młodą i piękną Rozafę. Dała się żywcem zamurować ale wybłagała trzy otwory. Przez pierwszy widziała maleńkiego synka, przez drugi podawała mu pierś, przez trzeci gładziła główkę… Piękną legendę zna każdy Albańczyk. Forteca imponuje niemal niedostępnym położeniem i widokiem na rozległą nizinę, zalaną wodą po tegorocznej powodzi. Stan murów ze skalnych bloków wciąż jest niezły.

Jest sobotnie wczesne popołudnie, ale zamknięto mieszczące się w twierdzy muzeum archeologiczne. Mała kafejka też nieczynna. Po wysokich murach hasają chłopcy, na dziedzińcu twierdzy pasą się owce i ktoś postawił tutaj spory kurnik. Na ponad tysiącletnim murze przybito ćwiekami gruby kabel. Brak wszelkiego dozoru i informacji.

„Kto nie był w Berat, ten nie zna Albanii…” – wyczytałem w przewodniku. No to w dalszą drogę… W Berat znów na górze forteca z antycznej epoki, tyle że większa od Rozafy i o dziwo zamieszkała. Na jej dobrze zachowanych murach, na krużgankach i balkonach suszą się w słońcu wyprane koszule i gacie. O ogromie obiektu świadczy przekaz o 20 mieszczących się kiedyś w twierdzy kościołach. W zachowanej prawosławnej cerkwi ulokowano Muzeum Onufrija i jego syna Nikołaja, malarzy średniowiecznych ikon. Są tu wizerunki Maryi na bizantyjską modłę, uduchowione postacie prawosławnych świętych, bogato zdobne złotem, święty Jerzy konno i zbrojno nadziewający na kopię paskudnego smoka, święty Dymitrij dobijający inną poczwarę… Przewodniczka włada biegle angielskim. Dołączają do nas turyści z Chin, jeden z nich mówi po albańsku. Chyba to ktoś z chińskich specjalistów, w epoce Hodży budujących ciężki przemysł.

Nocleg we Vlora, w hotelu wciśniętym między urwiste skały, brzegi Morza Jońskiego. Mógłbym wprost z balkonu zanurkować… Pięciopiętrowej budowli w ogóle nie widać z przebiegającej obok drogi . Do recepcji na parterze schodzi się krętymi schodami taszcząc bagaże, bo brak windy… A rano dźwiga znów na powierzchnię. Brak wind w hotelach na trasie da się wyjaśnić… demografią. Albańskie społeczeństwo z przeciętną około 26 lat jest najmłodszym w Europie, Malo kto dożywa sędziwego wieku, więc po co windy?

Lunch w Gjirokaster, co oznacza „miasto 1000 stopni”. Od 2005 r. dziedzictwo światowej kultury UNESCO. Tu urodził się dyktator Hodża i o miasto po swojemu dbał. Ulice na starówce są tak strome, że dach jednego domu jest na wysokości fundamentów sąsiedniego. Od 1419 roku Gjirokaster znalazło się pod tureckim panowaniem, a w XVI w. jako stolica tureckiej prowincji czyli „sandżaku” z rozwiniętym handlem i rzemiosłem przeżyło okres świetności. Szare kamienne domy wyglądają jak małe fortece, wrażenie robią masywne metalowe bramy z bogatą ornamentacją. Nad miastem góruje twierdza na fundamentach z III wieku p.n.e. – ale w kształcie zachowanym z początków XIX w. W ponurych wnętrzach mieści się warte zwiedzenia muzeum broni. Za komuny była więzieniem.

Na albańskiej riwierze

 Przez karkołomną przełęcz Llogara, słynną z walk Cezara toczonych z Pompejuszem, niemal cały czas nad brzegiem morza i chwilami ponad chmurami, po przejechaniu 60 km docieramy do Sarandy. Miasto jest zaskakująco jak na Albanię nowoczesne, zabudowane na terasach w śródziemnomorskim stylu, z zadbanymi szerokimi ulicami i siecią gastronomiczną na europejskim poziomie. Czytam w prospekcie, że ma rocznie średnio 300 słonecznych dni. W restauracji nad brzegiem zatoki, skąd widać panoramę portu i nabrzeża w rodzaju riwiery, wesoło i hałaśliwie biesiaduje wycieczka włoskich emerytów. Mają podobnie jak Grecy do Sarandy blisko, żabi skok przez Morze Jońskie – i dużo taniej niż u siebie. Na podróżach promami z Włoch do taniej Albanii i z powrotem wyrosła na miejscu zapyziałego miasteczka współczesna Saranda, której wróżę świetną przyszłość.

Z Sarandy telepiemy się 25 km miejscami po absolutnych bezdrożach do parku narodowego w Butrint, uznanego przez UNESCO za dziedzictwo światowej kultury. Stąd do Grecji zaledwie 10 kilometrów. W latach 20 ubiegłego stulecia w Butrint odkopano antyczną agorę, ratusz i świetnie zachowany amfiteatr z III – II wieku przed Chrystusem. Amfiteatr mieścił dwa tysiące widzów i był użytkowany do IV w. naszej ery. Dziś urządza się w nim w sezonie przedstawienia i koncerty. Kopiąc konsekwentnie dalej odkryto termy, garderoby, sauny i sale dla ochłody, a nawet… podłogowe ogrzewanie!

Zapada wieczór. Jesteśmy ostatnimi zwiedzającymi, więc już w pośpiechu zaliczamy świetnie zachowane domy starożytnych Rzymian, tyle że bez dachów, rzymską studnię, resztki świątyni bogini mądrości Minerwy, gimnazjon dla krzepienia kultury fizycznej i nowszą znacznie bizantyjską bazylikę. Kustosz parku i zarazem klucznik czekanie na nas, opóźnionych turystów, skraca wędkowaniem w otaczającym Butrint morzu. Podchodzę bliżej. Z gestów i znanych mi słów wnioskuję, że chce się o nas czegoś dowiedzieć.

- Uni jam polaku, jestem Polakiem - mówię wyuczoną formułkę. - A te dwie panie skąd? Wyjaśniam, że z Niemiec. - Polonia, Germania – zadumał się kustosz - Europa, Europa!

I zarzucił spinning na ciemno błękitne fale wieczornego przyboju.


82. Powrót króla

 

Sto lat temu w 500 rocznicę Grunwaldu, 15 lipca 1910 w samo południe, znakomity pianista, kompozytor i patriota Ignacy Paderewski odsłonił w Krakowie ufundowany przez siebie Pomnik Grunwaldzki, autorstwa Antoniego Wiwulskiego.  „Dzieło na które patrzymy – przemawiał do 150 tys. rodaków z trzech zaborów i zza Atlantyku – nie powstało z nienawiści… a na znak wspólnej przeszłości Polaków i Litwinów, świadectwo wspólnej chwały, zapowiedź lepszych czasów…”. Pomnik miał 24 metry, z królem Jagiełłą na szczycie i alegorycznymi figurami po bokach. Zwycięzca spod Grunwaldu patrzył w zadumie na Barbakan i Bramę Floriańską, jakby tam pierzchli pokonani Krzyżacy. Jeśli mnie nie myli przedwojenna pamięć, to w II RP rocznic Grunwaldu zbytnio nie celebrowano. Ważniejszy był Cud nad Wisłą i mit Legionów.


Wczesnym aktem okupacyjnego terroru było zburzenie pomnika w listopadzie 1939 roku. Rozpaczaliśmy rzewnie nad ogromnym gruzowiskiem , obiecując odwet na pomnikach wroga… Po wyzwoleniu miasta spod okupacji zawiązał się spontanicznie w styczniu 1945 r. komitet odbudowy. Sprzyjało mu wskrzeszanie mitu Grunwaldu przez nowe władze. W Peerelu namnożyło się grunwaldzkich ulic, Krzyżem Grunwaldu nazwano wysoki order, a na znakomitych „Krzyżaków” Forda sprzedano w 1960 roku 32,3 mln biletów kinowych, gdy cała populacja kraju z oseskami włącznie liczyła wtedy ledwie 29.7 miliona.


Krakowski rzeźbiarz Marian Konieczny podjął się odtworzenia pomnika na podstawie ocalałej jego miniatury i licznych zdjęć. Kiedyś te figury odlewano we Francji, tym razem nastąpiło to w Gliwicach. Osadzono je dźwigami po bokach cokołu, ale król na ogromnym koniu nadleciał 16 października 1976 r. z Gliwic powietrzną drogą na zaczepach największego wtedy w świecie śmigłowca Mi-6, by z milimetrową precyzją osiąść na samym szczycie monumentu. Była to operacja na granicy wielkiego ryzyka – nad miastem i placem Matejki, szczelnie zapchanym widzami. Ogłuszał nas łopot potężnych wirników, tłoczone spod nich strugi powietrza wzbijały tumany kurzu, a nawet obaliły kilka osób. Nikt się nie wstydził łez…


Też płakałem. Bo był to dla mnie ostateczny koniec wielkiej wojny.


83. Uroki rekonstrukcji


Umilkł szczęk oręża i opadł kurz bitewny pod Grunwaldem. Rozładowały się zatory, powodowane masowym odjazdem polskich i litewskich wojów, wrażych Krzyżaków i setek tysięcy widzów w cztery świata strony. Migawki z rekonstrukcji największej bitwy średniowiecza pokazała telewizja w RFN i przyjęto je tam ze spokojem. Ciekawe, co by było u nas, gdyby na Ukrainie zrekonstruowano np. bitwę pod Żółtymi Wodami, w której kozacy Chmielnickiego sprawili naszym wojskom lanie? Obchody grunwaldzkie celnie trafiają w nasze wiecznie żywe urazy, obawy i fobie. Mówimy Grunwald, a myślimy o Erice Steinbach, rurze na dnie Bałtyku, Powiernictwie Pruskim i zwracaniu Niemcom domów na Mazurach.

Cokolwiek myśleć o powracaniu z takim rozmachem do zdarzenia sprzed 600 lat – warto podkreślić nasz talent do rekonstrukcji. Miecze, tarcze, hełmy, kopie i sulice zamawiano u płatnerzy za nielichą kasę, zamiast tanich imitacji z plastiku, użytych ongiś w „Krzyżakach” Forda. Wierne i kosztowne były stroje mieszczek i markietanek, snujących się po obozie. Rzucę tu myśl przewrotną: gdyby tak ujawniony talent wykorzystać do rekonstrukcji ogólnopolskiej? Można by więc przemianować prezydenta elekta na elekcyjnego króla, co prawie na jedno wychodzi, a premiera na kanclerza koronnego. Obaj są historykami z wykształcenia, więc łatwo wejdą w stroje z epoki i role. Ruszyłyby w Polskę pokutne pochody topless biczowników - wytypowanych przez IPN kłamców lustracyjnych, kierowców zdybanych na podwójnym gazie, opornych alimenciarzy, niesolidnych dłużników i przekupnych arbitrów piłkarskich. Zwolenniczkom aborcji i metody In vitro wytaczano by w Toruniu procesy czarownic, z podtapianiem w podziemnych wodach termalnych włącznie. Przywrócono by ścinanie toporem, kastrowano ujętych pedofilów. Nie chemicznie, jak groził kiedyś pan premier, ale tępym kozikiem. Pręgierzem lub chłostą karano by noszenie stringów, albo mini do pół pupy.

Co na to liberalna Europa? Nic lub prawie nic, podobnie jak ongiś z przymrużeniem oka potraktowała naszą inność w epoce sarmatyzmu.


84. 22 Lipca, teraz znów E. Wedel


Bez echa minęły 22 lipca 66 urodziny PRL, data Manifestu Lipcowego. Objawiane z różnych stron tęsknoty za PRL nie są dość silne, by się pokusić w tym dniu o happening. Myśmy mieli więcej kurażu i motywacji, upominając się o 3 Maja i 11 Listopada… Teraz narzekamy na towarzyszące wolnemu rynkowi bezrobocie, na galopadę cen i opłat, niektórym nie podoba się też swoboda obyczajowa, jakoby sprzeczna z naszą wiarą, ale więcej w tym kwękaniu tęsknot za minioną młodością, niż racjonalnych ocen sytuacji.

Narodzinom PRL towarzyszyło zakłamanie. Manifest wiele obiecywał, dajmy na to sojusz z USA i Wielką Brytanią, a w pełnym brzmieniu pozostawał nieznany. Powstał nie w Chełmie jak głoszono maluczkim, a Moskwie, w kręgu polskich komunistów. PRL nie była Rzeczą Pospolitą czyli republiką, bo nie lud nią władał przez wybrańców, lecz monopartia leninowskiego typu. - Panie premierze, czy podać lód do szampana? – spytał raz kelner Cyrankiewicza. – My zawsze z ludem – brzmiała dowcipna choć cyniczna odpowiedź byłego działacza PPS a nie PPR, podporucznika rezerwy artylerii w kampanii 1939 roku, więźnia obozu Auschwitz, a potem przez rekordowe 21 lat szefa rządu, ślepo posłusznego partyjnym dyrektywom. Fałsz tkwił też w samej nazwie PZPR, bo robotników było w niej śladowo. Za to w kadrze oficerskiej, wśród wyższych pracowników naukowych, czy rzeszy dyrektorów z nomenklatury, partyjność była tak oczywista jak u księży celibat.

To nie uprawnia jednak do osądzania PRL tylko negatywnie. Krytykujmy więc bez pardonu okres stalinizmu, czas sfingowanych procesów, sowietyzacji kultury, brutalnej walki z wiarą i Kościołem, za to łaskawiej spójrzmy na rządy Gomułki i Gierka. Byliśmy w tym zakątku Europy jedynym krajem, z którego prywatnie podróżowano na Zachód, który zachował prywatną gospodarkę rolną, hymn i herbowego ptaka. To za Gomułki wyekspediowano za Bug sowieckiego marszałka i generałów, to za Gierka odbudowano Zamek Królewski, symbol chwalebnej historii. Nie bez racji w Obozie Socjalizmu uchodziliśmy też za „ten najweselszy barak…”.


85. Trzecia Japonia?


Dynamiczny rozwój techniki sprawia, że żyje się wygodniej i bezpieczniej. Ludzkość sięgnęła Księżyca i szykuje się na Marsa, bezzałogowe sondy penetrują Układ Słoneczny. Wydaje się, że nie ma granic opanowania materii dla gatunku Homo sapiens – tymczasem Natura co rusz wyprowadza nas z tego mniemania. Tak więc w 2004 r. fale tsunami o 15 m wysokości zaatakowały wybrzeża Indonezji, Sri Lanki, Indii, Tajlandii, Malezji i Birmy, powodując śmierć 294 tys. ludzi. W 2010 r. trzęsienie Ziemi na Haiti pochłonęło 220 tys. ofiar. W 1985 r. w Kolumbii erupcja wulkanu pogrzebała pod lawinami błota i kamieni 23 tys. ludzi. Prócz sił przyrody także działalność człowieka powoduje coraz częściej nagłą i okrutną śmierć tysięcy niewinnych ludzi. Pomijam wojny, także te domowe, a przypomnę zamach na WTC w Nowym Jorku i pogrzebane pod ruinami 2973 osoby. A na Bali zamach pochłonął życie 202 turystów, w tym dziennikarki z Polski.

Rozwija się „dyplomacja odrzutowców” - wzajemne odwiedziny głów państw i szefów rządów. W katastrofach lotniczych zginęli do tej pory prezydenci Filipin (1957), Republiki Środkowej Afryki (1969), Iraku (1966), Ekwadoru (1981), Mozambiku (1986), Pakistanu (1988), wspólnie Rwandy i Burundi (1994), Macedonii (2004) i Polski (2010), nadto premierzy Szwecji (1936), Polski w Gibraltarze (1943), Madagaskaru (1976), Jugosławii (1977) i Portugalii (1980). Z dostojnikami i świtą. Zabrzmi dla wielu bluźnierczo, ale tragedia w Smoleńsku nie była absolutnie wyjątkową.

Tsunami i trzęsienie Ziemi w Japonii kosztowało co najmniej 28 tys. ofiar, a to nie liczba ostateczna. Skażone wycieki z elektrowni atomowych spowodują choroby popromienne i śmierć setek, może nawet tysięcy ofiar. Mimo to w przekazach stamtąd nie widać szlochów, spazmów, wielotysięcznych tłumów na pogrzebach i manifestacjach, szukania winnych – a jedynie zdyscyplinowane usuwanie szkód i walkę o ich minimalizację. Dlatego Polska, mimo zapowiedzi Lecha Wałęsy z 1981 roku, mało ma szans na stanie się drugą Japonią. A nawet trzecią.
 

Design by: Izabela Kurkiewicz

Copyright (c) 2006 - 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone.