|
| |
Grzegorz Leon Kurkiewicz
 
Jan
Chrzan, a właściwie Grzegorz Kurkiewicz (co niejako uzasadnia obecność na tej
stronie...) jest krakowianinem „z dziada pradziada...”, zdecydowanie
przedwojennym, a mimo to nadal czynnym felietonistą. Wybuch wojny przerwał jego
szkolną edukację, więc po konspiracyjnej podchorążówce znalazł się w 1944 r. w
oddziale partyzanckim „Setka – Limba” 12 pułku piechoty AK jako dowódca plutonu
ps. Kardan.
Oddział operował w Gorcach i zorganizował m.in. akcję odbicia generała „Olzy”
(Brunona Olbrychta) z aresztu w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wprost z partyzantki
Grzegorz Kurkiewicz trafił do wojska, gdzie w październiku 1945 w ramach tzw.
akcji pułkownika Armii Krajowej „Radosława” został zweryfikowany do stopnia
podporucznika. W 1948 roku w ramach tzw. „czystki” został jednak z wojska
zwolniony i wówczas w roku 1949 podjął studia na SGPiS.
Ponieważ posiadał już rodzinę na utrzymaniu jednocześnie pracował jako robotnik
w fabryce zabawek. Po uzyskaniu stopnia magistra pracował na Politechnice
Warszawskiej jako asystent, a w 1956 r. przeniósł się do Gdańska, gdzie
przepracował 7 lat w Stoczni Gdańskiej. W tym samym czasie rozpoczął studia
doktoranckie w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie, gdzie uzyskał tytuł
doktora ekonomii.
W 1969 r. po ciężkim wypadku samochodowym zdecydował się na debiut dziennikarski
– początkowo w branżowym tygodniku „Głos Stoczniowca”, a następnie w lokalnym
dzienniku „Głos Wybrzeża” i tygodniku „Czas”. W tym ostatnim zajmował się
głównie problematyką zagraniczną, pisząc reportaże z NRD, RFN i podróży statkami
PLO do Anglii, Kanady, USA, Kenii, Tanzanii i Madagaskaru. Był dwukrotnie
laureatem I i II nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz innych nagród
prasowych W stanie wojennym po zawieszeniu wydawania „Czasu” został zwolniony z
pracy i obłożony zakazem wykonywania zawodu. Aż do 1989 r. pisywać mógł tylko w
miesięczniku OO. Dominikanów „W drodze” i w gdańskiej podziemnej gazetce
„Solidarność” pod różnymi pseudonimami. W 1989 r. był współorganizatorem
„Tygodnika Gdańskiego”, a po upadku pisma (z nadmiaru ideowości...) pracował w
„Wieczorze Wybrzeża” i „Dzienniku Bałtyckim”, gdzie poczynając od 1991 r. do
dziś ukazują się jego felietony. W 2006 r. ukazał się jego literacki debiut
„Osobliwe przygody Egona A. w Peerelu”, powieść autobiograficzna „z kluczem” –
gdyż jej bohater Egon Alter (jak alter ego...) wykazuje wiele cech zbieżnych z
powyższym życiorysem.
Wybór felietonów

***
Publikowane felietony są indywidualnymi
poglądami Autora. Redakcja Kurkiewicz Family niekoniecznie się
z nimi
zgadza
i identyfikuje ideologicznie :-)... uściślając, można powiedzieć, że
generalnie się nie zgadza...
***
1. Obejmowanie i ściskanie
Angielski kwakier William Penn (1644 – 1718), twórca kolonii Pensylwanii, w
której panowała wolność religijna, a z Indianami nawiązano współpracę, w eseju „European
Dyet, Parliament of Estates” z 1693 r. proponował utworzenie ligi państw
z własnym parlamentem, co by zapobiegło wojnom w Europie. Trzeba było jednak I
wojny światowej z 10 mln ofiar, by w 1919 r. powołano Ligę Narodów. Polska była
jednym z 20 krajów założycielskich. Liga zjednoczyła 63 państwa. Ale skoro
Niemcy wystąpiły z niej w 1933 r. po dojściu Hitlera do władzy, wraz z nimi
Japonia, a w 1937 r. także Włochy – nie zapobiegła wybuchowi II wojny światowej
i w 1946 r. uległa formalnemu rozwiązaniu. Przetrwała jednak sama idea
wspólnoty, toteż w 1945 r. w San Francisco 51 państw, w tym Polska, powołało
ONZ. Ta organizacja spęczniała nam stopniowo do 192 państw, a im jest
liczniejsza, tym mniej efektywna w zapobieganiu konfliktom zbrojnym.
Przykłady? Gdy w 1950 r. po wybuchu wojny koreańskiej ONZ wbrew ZSSR uznała
konieczność interwencji, wojska 14 państw wzięły udział pod jej flagą w walkach
przeciw armii północnokoreańskiej i chińskim rzekomym ochotnikom. „Błękitne
hełmy”, co prawda w 95 proc. z USA, dotrwały do ustanowienia linii demarkacyjnej
na 38 równoleżniku, istniejącej do dziś. Jeszcze w latach 1990 – 91 siły ONZ z
przewagą amerykańską brały udział w „Pustynnej Burzy” i wyzwalaniu Kuwejtu, ale
już w 1994 r. poniosły w Somalii sromotną klęskę. Przyczyną jest swoista
elefantiaza czyli słoniowatość, chorobliwy rozrost powodujący ociężałość. A także brak indywidualności na miarę Trygve Lie, Hammarskjõlda czy U Thanta. Kto
wie, że u steru ONZ zasiadł nijaki, sorry, niejaki Ban Ki – moon?
Oby słoniowatość nie dotknęła lubego Polakom NATO, wykazującego na
bukareszteńskim szczycie ogromną chęć rozmnażania. Byłbym za samolubną zasadą,
że przyjęcie nowych członków, a nawet sama zapowiedź winna przynieść konkretne
korzyści państwom już zrzeszonym. Rozszerzanie w imię rozszerzania w efekcie
tylko osłabi wojskowy potencjał, zamiast go wzmocnić. „Kto więcej obejmuje, ten
mniej ściska...” – rzecz ujmuje lapidarnie francuskie przysłowie.
2. O bezsensowności wojen
Horst Rippert, pilot Grupy Myśliwskiej 200, wykonywał 31 lipca 1944 roku lot
rozpoznawczy w rejonie Tulonu. Na południe od Marsylii dostrzegł samolot ze
znakami USA i „Wolnej Francji”. Gdy otworzył ogień, dwusilnikowy Lockheed P38
runął w morze. Nikt nie ratował się na spadochronie. To zestrzelenie nie było
dla Ripperta niczym nowym. Zakończył bowiem wojnę mając 28 zwycięstw i Krzyż
Rycerski na szyi. Jego też zestrzelono dwukrotnie. Tym razem wrócił z
rozpoznania bez przeszkód do bazy w okupowanej Francji.
Podczas wojny zestrzelono tysiące samolotów i nie warto by o jednym wspominać,
gdyby w alianckiej maszynie nie zginął znakomity piewca braterstwa wszystkich
ludzi, ofiarności i poczucia obowiązku, odwagi, prawości i solidarności, słowem
wartości kardynalnych. Miał 43 lata, był starszy od innych pilotów. Pod sztandar
„Wolnej Francji” zaciągnął się ochotniczo, rezygnując z azylu w USA, gdzie miał
znakomite warunki. Tam w 1943 roku powstała jego najbardziej poczytna książka
o „Małym Księciu”, tłumaczona na ponad 140 języków. Mowa oczywiście o Antoine de
Saint Exupery.
W marcu br. Horst Rippert, lat 88, były dziennikarz ZDF, wyznał marsylskiej
gazecie „La Provance” prawdę o zabiciu pisarza. Dopiero po wojnie dowiedział się
kim był pilot Lockheeda. Ceni jego twórczość i do dziś żałuje, ale fakty są
nieodwracalne. Ich ujawnienia zresztą domagało się morze, bo w ponad pół wieku
od śmierci pisarza francuski rybak wyłowił jego bransoletkę z wygrawerowanym
nazwiskiem, a w 2000 roku nurek natrafił na wrak samolotu. Szczątki wydobytej w
2004 roku maszyny i bransoletkę eksponuje Muzeum Awiacji w Le Bourget.
Inter arma silent Musae, milczą muzy podczas wojny...Mógłbym użalić się choćby
nad naszym Baczyńskim, czy wieloma ludźmi kultury i sztuki, ofiarami wojen,
rewolucji, przemocy i gwałtów. Ale oddam głos Małemu Księciu. „Byłem bardzo
dumny, mogąc mu powiedzieć, że latam. Wtedy zawołał: - Jak to, spadłeś z nieba?
– Tak – odparłem skromnie. – Ach, to zabawne. I Mały Książę wybuchnął śmiechem,
który mnie rozgniewał. Wolałbym, żeby poważniej traktowano me nieszczęście...”.
3. Boicie się czarnego luda?
Odkąd nasze media zaczęły opisywać starcia Baracka Obamy z panią Clinton –
zawsze słyszymy o „czarnoskórym kandydacie”. Czarność ma epatować polskiego
odbiorcę. Czy to możliwe, by najważniejszy urząd (obok Watykanu...) objął jakiś
Kunta Kinte, czy murzynek Bambo? Pewnie eks-pucybut, teraz rozpychający się
wśród białych? Barwa skóry, a nie osiągnięcia kandydata dominują w
doniesieniach, bo my białość, czyli mniej pigmentu, wysoko sobie cenimy, choćby
w potyczkach z Romami, dawniej Cyganami. Albo w zaczepkach wobec kolorowych
studentów i sportowców. A najmocniej w dezaprobacie dla mieszanych par i ich
beżowego potomstwa.
Tylko z zagranicznych źródeł można się zorientować kto jest kto i czemu Obamie
tak poparcie rośnie. To „czarne dziecko bez ojca, z dziwacznym imieniem i
nazwiskiem...” – jak o sobie pisze – miało wprawdzie tatę alkoholika i
dziwkarza, za to mądrą i kochającą matkę po studiach antropologii, nauczycielkę
angielskiego, podróżniczkę i działaczkę na rzecz kobiet w Trzecim Świecie. Jego
babka, wiceprezeska Banku Hawajów, zafundowała wnukowi dobrą szkołę w Honolulu.
Był jednym z trzech czarnych uczniów, popularnym jako gracz w bejsbola i
chórzysta. Kolejny etap doskonalenia to Occidental College w Los Angeles, gdzie
zasłynął jako dyskutant a to na temat filozofii Nietschego, a to apartheidu w
RPA. Po collegu stanął wobec dylematu. „Kolor skóry określał moją osobowość, ale
nie mogło się na tym skończyć. Chciałem po sobie zostawić ślad...” – jak pisze w
godnej przekładu książce „Dreams from My Father”. Ukończył więc politologię, a
po niej prawo na Harvardzie, tej kuźni amerykańskich elit. Z chlubną oceną
„magna cum laude”, czarując profesorów „poważnym podejściem, żądzą wiedzy, siłą
argumentów i nadzwyczajnym opanowaniem...”. W 1996 wybrano go senatorem stanu
Illinois, a w 2004 wszedł triumfalnie do Senatu USA. Ma dotąd, jak wyliczyłem,
sześć doktoratów honorowych.
Daj nam Polakom, dobry Boże, kiedyś takiego kandydata. Choćby i czarnego. Albo
nawet w prążki.
4. Popis, czyli bizantynizm
Marszałek Piłsudski zwykł wyruszać z Belwederu na spacer alejami. Z daleka
rozpoznawalny w legionowym mundurze, jedynie z adiutantem, niedbale salutował
kłaniającym się przechodniom. Obstawy organicznie nie znosił, choć czasy były
o wiele niebezpieczniejsze od obecnych. Dość wspomnieć zabójstwo prezydenta
Narutowicza, czy dwa śmiertelne zamachy ukraińskich nacjonalistów z OUN – w 1931
w Truskawcu na naczelnika wydziału wschodniego MSZ, posła Hołówkę, a w 1934 na
ministra spraw wewnętrznych Pierackiego – w centrum stolicy, na ulicy Foksal.
„Przewrót majowy” w 1926 roku kosztował życie 379 żołnierzy i cywilów, a 920
osób odniosło rany Do tłumienia ciągłych protestów chłopskich czy robotniczych
używano broni z ostrą amunicją. Dopiero w 1923 roku, gdy w szarży ulicami
Krakowa z rąk uzbrojonych strajkujących zginęło 3 oficerów i 11 ułanów, a ponad
100 żołnierzy było rannych, zakazano używania wojska w zamieszkach.
Teraz sielsko i anielsko. Pielęgniarki tylko poświstywały i tłukły w butelki z
grosikami. Górnicy zamiast najeżdżać na Warszawę głodowali wzorem Ghandiego
kilometr pod ziemią. Nauczyciele tylko przebąkują o bojkocie matur i jedynie
celnicy wstrząsnęli Polską, idąc masowo na urlopy. Po co więc trwa finansowana
za grosz podatnika nieustanna manifestacja siły władzy, wspomagana przez
elitarne BOR. Mkną po Polsce kolumny opancerzonych limuzyn z ciemnymi szybami i
kogutem, wioząc VIP-ów a to na narty, a to na gospodarskie wizyty w stylu
Gierka. Wozi się nawet VIP-ów już tylko eks... W chronionym przez własną straż
Sejmie szpalery napakowanych jak szafa borowików, ze słuchaweczką w uchu,
eskortując byle VIP-a bez pardonu odpychają posłów i dziennikarzy. Ten
bizantynizm, taki popis blichtrem, ochrona nawet dla pałacowych kancelistów,
odgraniczanie się kordonem od zwykłych Kowalskich – niepotrzebnie bulwersuje
opinię.
Wyjątek stanowi ochrona Placka, zagrożonego wiadomym podobieństwem To kwestia
najwyższej wagi, choć znacznie tańszy byłby powrót do wąsika.
5. One dolar = 2 zł i 15 groszy... czyli felieton ekonomiczny
Pokutnica Maria Egipcjanka z Aleksandrii (jej atrybuty w ikonografii to
długie włosy, strój pokutny i trzy bochenki chleba) pragnęła odwiedzić
Jerozolimę. Dominikanin Jacobus, arcybiskup Genui, opisał w „Legenda Aurea” jej
targi z załogą statku: „Nie mogę wam dać pieniędzy, ale weźcie moje ciało i potraktujcie je jako zapłatę. A więc zabrali mnie na pokład i moje ciało było
zapłatą...”. Cytuję wg eseju Norberta Ohlera w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z
20 marca br. o pielgrzymkach w średniowieczu.
Z zachowaniem proporcji, bom nie święty – już od dziecka, naczytawszy się
książek Fiedlera, chciałem przeżyć Kanadę pachnącą żywicą i ujrzeć Madagaskar.
To się za Gierka stało teoretycznie możliwe. Nie miałem jednak dewiz prócz
moralnych, nie mogłem dać jak owa święta ciała, ale za nagrodzone przez SDP
stoczniowo – portowo - żeglugowe reportaże załapałem się na dwie podróże na
statkach PLO. Do Kanady i USA oraz na Madagaskar, z wyżywieniem i spaniem w
marynarskiej koi.
Za każdym razem wolno mi było kupić 25 dolarów po kursie oficjalnym. Na kupno od
cinkciarzy nie było mnie stać. Przepłynąłem więc Atlantyk i żeglowałem po
Oceanie Indyjskim ściskając w ręku banknot zielony, a w portach na trasie
odmawiałem sobie wszystkiego. Choćby butelki „Fanty” w żarze Mombasy albo
lurowatej kawy za kilkanaście centów w Milwaukee, gdzie było minus 27 stopni.
Kalkulowałem, co można za to kupić w Peweksie i Baltonie. Przywiozłem z wojaży
nylonowe kołderki, potem sprzedane w komisie, lichy zegarek, który za miesiąc
się popsuł i portki nabyte za dolara u baptystów w Kenosha, w stanie Wisconsin.
Teraz inaczej... Czuję się światowcem, kupując w sklepie osiedlowym kilo młodych
kartofli za półtora dolara. Moje honoraria autorskie, liczone w zielonych, pną
się ostro w górę. Rzucam w kościele na tacę równowartość dolara plus 15 groszy
po aktualnym kursie jak panisko, a za półtora zielonego podróżuję
niskopodłogowym podmiejskim autobusem. Ale ani nie przybywa żywności w mej
lodówce, ani złotówek w portfelu.
Wręcz przeciwnie.
6. Brzęczyszczykiewicz na Kozzie
Państwo Zacheuszowie z trzyletnią córką znaleźli się w 1991 roku w
Niemczech, znając ledwie kilka słów po niemiecku. Ona miała tzw. pochodzenie,
czyli dziadka w wehrmachcie, on polski dyplom inżyniera i 9 lat na kierowniczym
stanowisku. Pierwszym krokiem w niemieckość stało się dla obojga pozbycie
końcowego „z” w nazwisku. Wymawia się je teraz „Cachojs” i już nie razi
niemieckich uszu. Celnik Zacheusz, jak czytamy w Ewangelii, wdrapał się na
drzewo by ujrzeć Jezusa (Łk 19, 1 – 10). Na ewangelickim w większości Śląsku
Cieszyńskim, skąd Zacheuszowie rodem, nazwiska wzięte z Biblii nie są
rzadkością.
Podobno do naszych konsulatów zgłaszają się świeżo wyeksportowani rodacy z
prośbą retuszu imienia czy nazwiska, by było łatwiejsze dla tubylców. W filmie
„Jak rozpętałem drugą wojnę światową” przyaresztowany Franek Dolas podaje
gestapowcowi lewe nazwisko Brzęczyszczykiewicz, a ten zdesperowany rezygnuje z
przesłuchania... Nic dziwnego, że nasi zagranicą często przybierali imiona i
nazwiska ułatwiające kariery. Tak z Teodora Józefa Korzeniowskiego narodził się
Joseph Conrad, tak Rudolf Modrzejewski, syn aktorki Heleny, stał się Rolphem
Modjeskim, słynnym amerykańskim budowniczym mostów, zaś Apolonia Chałupiec z
Lipna zrobiła karierę filmową jako Pola Negri. W Paryżu fryzjer Cierplikowski z
Sieradza zabłysnął jako Monsieur Antoine, dyktator damskich fryzur i właściciel
121 salonów, a w USA muzyk Władysław Jagiełło zdobył fortunę jako Wladzio
Valentino Liberace. Król Stanisław Leszczyński po wymuszonej abdykacji stał się
Stanislasem Leczinskim, księciem Bar Le Duc i Lotaryngii. Świat pamięta Marie
Curie, choć rzadko wie, że to z domu panna Skłodowska.
Takie konwersje zwykle równają się spaleniu mostów za sobą, odcięciu narodowej
pępowiny i rezygnacji z powrotu. Goryczy dopełnia, że nawet odkryta w 1839 roku
przez Pawła Strzeleckiego najwyższa góra Australii, Mount Kosciuszko (2228 m
n.p.m.) znana jest powszechnie jako Kozzie. Dojazd z Thredbo Valley za 27
dolarów kolejką na poziom 560 m n.p.m., dalej na szczyt piechotą. Dla rodzin
przewidziane zniżki.
7. Arsenały na złom
Syntetyczną historię wojen można sprowadzić do odwiecznej walki włóczni z tarczą, czyli broni ofensywnej z obronną. Ilekroć tę włócznię ulepszano,
zwiększając jej siłę rażenia, tylekroć mający tarcze głowili się nad ulepszeniem
jej odporności – i odwrotnie. Brawurowe szarże konnicy zmiatały zastępy
łuczników, dopóki nie wynaleziono broni palnej z ładunkiem upychanym stemplem
w lufie. Ten wynalazek ustąpił broni odtylcowej i tak dalej. Dzisiejsze bronie
ofensywne to czołgi, działa szturmowe, bombowce, rakiety dalekiego i średniego
zasięgu, ciężka artyleria czy barki desantowe, a rolę tarczy pełnią
fortyfikacje, artyleria przeciwlotnicza i przeciwpancerna, rakiety „ziemia –
powietrze” i różne modyfikacje pancerfaustów z czasów II wojny światowej.
Zauważmy, jaki sprzeciw budzą wśród potencjalnych napastników zamiary
doskonalenia tarczy. Pierwszym przykładem była gwałtowna reakcja ZSSR i Chin
Ludowych w 1983 r. na plany „gwiezdnych wojen” Reagana, czyli zamiary niszczenia
rakiet balistycznych w przestrzeni kosmicznej. A obecnie świat słyszy twarde i
nieustępliwe „njet!” z Moskwy - w odpowiedzi na amerykańskie zamiary lokalizacji
systemu obrony przeciwrakietowej w Czechach i w Polsce.
Te teorie i wciąż modyfikowane arsenały spod znaku włóczni i tarczy, mają jednak
wartość złomu wobec trwającej nieprzerwanie od 11 września 2001 r. wojny wolnego
świata z międzynarodowym terroryzmem. W odwecie za zburzenie WTC miano w Iraku i
Afganistanie przydybać zbrodniczych rozkazodawców. Zginęło już kilka tysięcy
żołnierzy USA i sojuszniczych krajów, w tym ponad 20 chłopców znad Wisły,
tymczasem akcje z użyciem najnowocześniejszych samolotów, helikopterów, czołgów
i elitarnej piechoty trafiają w próżnię, kładąc niestety pokotem wielu
niewinnych tubylców. Bo niewidzialny wróg jest wszędzie i nigdzie. Może objawić
się w dowolnym przebraniu i charakteryzacji. Nikt w porę nie wykryje tzw. pasów
szachidów nadzianych trotylem pod cywilnym odzieniem lub środków wybuchowych w
torbie, w dziecinnym wózku lub w samochodzie – pułapce.
Technicznie możliwą kontrakcją byłoby zainstalowanie wielu milionów kamer w
prywatnych pomieszczeniach, w sypialniach i toaletach, może nawet przymusowe
wszczepianie obywatelom chipów z nadajnikami, umożliwiającymi lokalizację -
słowem orwellowski koszmar do n-tej potęgi. A i to byłoby funta kłaków warte w
konfrontacji z fanatykami dżihadu, świętej wojny wypowiedzianej sługom Wielkiego
Szatana, przeklętym europejskim i amerykańskim krzyżowcom i syjonistom wszelkiej
maści. W imię Allacha i Jego Proroka Mahometa.
8. Świętość na wagę
Sprzedawca relikwii Sanderus z „Krzyżaków” oferował szczeble drabiny, jaka
przyśniła się Jakubowi w drodze z Beer – Szeby do Haranu..W obrocie trafiały się
nawet święte napletki, rzekomo z obrzezania Jezusa. Datujący się z IV wieku kult
kawałków ciał męczenników stał się pasją możnych i sprawą prestiżu. Omijano
wydany w 386 r. przez cesarza Teodozjusza zakaz dzielenia zwłok, nie szanowano
wydanego w V wieku zakazu ekshumacji. Otton III dostał od Bolesława Chrobrego
odrąbane ramię św. Wojciecha, które zresztą w 1928 r. wróciło do Gniezna. Za
wysokiej klasy kolekcjonera uchodził elektor saski Fryderyk Mądry, którego
zbiory w 1520 r. liczyły 19 013 świętych eksponatów. Reformacja luterańska
odrzuciła kult relikwii – natomiast w naszym Kościele nastała epoka wspaniałych
relikwiarzy, zdobionych klejnotami i noszących kształty wież, kopuł, monstrancji
albo popiersi wyniesionych na ołtarze. Oczywiście jak tam, gdzie idzie o duże
pieniądze (a w 1237 r. król Ludwik IX za cierniową koronę Chrystusa zapłacił
cesarzowi Konstantynopola Baldwinowi II niewyobrażalną sumę 135 tys. liwrów)
zdarzały się fałszywki. Rozwinął się też handel relikwiami wtórnymi, jak
skrawkami płócien, w które opakowano te pierwotne, czy olejem z kaganków, jakimi
oświetlano rzekomo miejsce męczeństwa.
Piszę o tym, bo wzburzył mnie właśnie pomysł ekshumacji i pocięcia szczątków
Papieża Polaka, a co najmniej wypreparowania Jego serca. Już się zgłaszają
klasztory i parafie, chcące zarezerwować choćby kawałek. Przybędzie ich
lawinowo, więc trzeba będzie pokrajać coraz więcej ciała, minimalizując wymiary
i ciężar porcji. Dojdzie do sporów... Komu kciuk, a komu obojczyk? To makabra i
lekceważenie Jego ostatniej woli – spoczynku w ziemi i rozsypania się w proch.
„Ludzie, czego szukacie w martwej kości? Czemu nie poszukujecie żywej świętości,
która dać może życie wieczne?” – pytał retorycznie dominikanin, filozof i mistyk
Eckhart von Hochheim (1260 – 1327) zwany Mistrzem Eckhartem. I miał rację.
Dodam, że w obowiązującym Katechizmie Kościoła Katolickiego nie ma o relikwiach
nawet wzmianki.
9. Romantycznie i lirycznie w Schengenlandii
Z okazji zielonoświątkowych porządków znalazłem w szufladzie stary adreśnik,
gdzie między M jak Maciek, w domyśle Łopiński (tak, ten sam co teraz robi za
ministra...) a O, jak pewien fotograf skaperowany przez ubecję, napisałem w 1984
roku w oczekiwaniu na rychłe przeszukanko: „Może tego nie dożyję, ale kiedyś i
wy, szanowni przeszukiwacze, będziecie drżeć o skórę, zapuszczać brody, używać
fałszywych papierów i wiać do ZSRR, o ile ZSRR jeszcze będzie...” Rok później
w Słubicach notesik wyłowiła z mej walizki młoda celniczka i wertując natknęła
się na to proroctwo... Spytała ostro o dowód. Miałem go z sobą, podobnie jak
peerelowską namiastkę paszportu, więc odesłała mnie z granicy z powrotem do
Słubic. Nie wolno było mieć jednocześnie dowodu i paszportu, bo a nuż podstępny
szpieg z NATO, wykradłszy w NRD polski dowód, wysadziłby Pałac Kultury. W
Słubicach staruszek portier z uśmiechem schował mój dokument do depozytu. Wielu
jak mnie wówczas przeczołgano, bo służba celna była mocno zbliżona do służb
sekretnych.
Niebywałe emocje towarzyszyły przekraczaniu granic. Wracając ongiś z
udostępnionego Polakom rąbka Wysokich Tatr, tzw. konwencji turystycznej, od
czechosłowackiego celnika, usłyszałem, że zakupy w mym plecaku przekraczają o
zgrozo o 3 korony ustalony limit. Był nieubłagany, więc musiałem igielnik i dwa
naparstki ciepnąć w okoliczne krzaki. A za Gierka w latach 70, gdy wolno było
tylko z dowodem osobistym odwiedzać „Pierwsze państwo robotników i chłopów na
niemieckiej ziemi...” po enerdowskie zamiataczki typu „Kasia” czy czajniki z
gwizdkiem, nasze panie przed granicą w nowiutkich szpilkach z „Salamandry”
tuptały po lesie, by je ubrudzić. Inaczej musiały liczyć się z ich konfiskatą.
Teraz inaczej. W Schengenlandii, w której znaleźliśmy się niedawno, Helmut
będąc w Szczecinie na zakupach poderwie Marzenę i zaprosi ja na kawę do Pasewalk.
Potem przekroczą znów Odrę w dowolnym miejscu, by dokonać poczęcia na terytorium
RP. To samo nad Olzą wykona Rużenka z naszym Lechem, a w Lazdilai Kiejstutas z
Basią. W pogranicznych rejonach zaroi się wkrótce od bobasów z koktajlem
polskich, niemieckich, czeskich, słowackich czy litewskich genów. I bardzo
dobrze, bo już hipisi głosili, że „lepiej robić miłość niż wojnę...”.
10. Żona na eksport, mąż z importu...
Nakręcony 45 lat temu, w zamierzchłym 1963 roku, film mistrza Barei „Żona dla
Australijczyka” nie zachwycał mimo doborowej obsady – Elżbiety Czyżewskiej,
Gołasa, Dziewońskiego i Czechowicza. Był niezłym pretekstem by pokazać
„Mazowsze”, wówczas u szczytu świetności, ale fabułę miał naiwniutką i całkiem
nieprawdopodobną. Gołas w roli Roberta, zamożnego australijskiego farmera o
polskich korzeniach miał zamiar w trzy dni znaleźć w Polsce i wywieźć za ocean
kandydatkę na żonę – ale w filmie nie wyszedł poza swoje skądinąd znakomite
aktorskie emploi ni to cwaniaka ni to głupka, idącego w Polskę w pijanym widzie.
Widzom trudno było uwierzyć, by tak odstający od wizerunku człowieka sukcesu i
tak absolutnie z wyglądu nie anglosaski facet zdołał dorobić się w Australii.
Także porwanie i uwięzienie pięknej Hanki - mazowszanki, z Czyżewską w tej roli,
było absurdalne i nawet w Peerelu skończyłoby się kryminałem. Jedno tylko było
oczywiste. Nawiązana na Wybrzeżu miłosna przygoda musiała znaleźć swój happy end
w mitycznym kraju – raju na półkuli południowej, gdzie jak wyraźnie widać na
globusie ludzie chodzą nogami do góry. Inna wersja, osiedlenie się
Australijczyka w Polsce, w ówczesnej siermiężnej epoce Gomułki, przekraczałaby
wszelkie granice prawdopodobieństwa...
Teraz trochę inaczej... Oto w wychodzącym w Sydney „Sunday Telegraph” z 4 maja
br. natrafiłem na reportaż o australijskim dziennikarzu Evanie Maloney, lat 38,
od 2001 roku zamieszkałym w Szczecinie, mężu Polki poznanej w Londynie i ojcu
Loury, aktualnie lat 6, będącej owocem mieszanego stadła. Mister Maloney zarabia
na życie blogując co tydzień z Polski dla „News Limited” w kraju ojczystym.
Założył również spółkę filmową z osiedlonym w Szczecinie... Portugalczykiem, też
oczywiście żonatym z Polką, a w wolnych chwilach uczy angielskiego w tamtejszej
International School. Co dziwniejsze, to fakt, że dwa lata temu ściągnęli nad
Odrę również na stałe na jego rodzice. Ewan mówi już nieco po polsku, ale tak z
australijska, więc musi wyjaśniać zwłaszcza taksówkarzom, dlaczego przeniósł się
z Australii w naszą wciąż zgrzebną rzeczywistość.
Żeby tak do Gdańska albo Kielc, a nie do mocno zapyziałego Szczecina (vide
chociażby skandalicznie zaniedbany Dworzec Główny...), wyraźnie nie
doinwestowanego w proporcji do innych wojewódzkich metropolii.
11. Termalne kąpiołki - a współżycie narodów i pokoleń
Jak co roku wędruję wiosenno – letnią porą po Pomorzu wzdłuż i wszerz.
Wiele się ostatnio tu zmieniło. Na przykład w podszczecińskich wioskach i miasteczkach, gdzie rok czy dwa lata temu bez trudu przed skokiem na Zachód
znajdowałem nocleg dla siebie i parking dla autka, tym razem wszędzie spotkałem
się z odmową. – Panie szanowny – brzmiała motywacja na nie – toż u nas wszystko
jak leci firmy wynajęły. Ichni pracownicy się tera muszą integrować, to taki trynd... Zdeterminowany zrobiłem w końcu w tył zwrot i dopiero za szóstym
podejściem, jak ongiś zaopatrzeniowcy w Peerelu, wybłagałem pokoik w nowo
budowanym hotelu w Stargardzie. Znając życie stawiam hipotezę, że za dziewięć
miesięcy pojawi się pointegracyjny wyż demograficzny. I potoczą się procesy o
molestowanie pod gruszą, czyli kolejne seksafery.
Wyspany i zresetowany biorę kurs na północ, do robiącego międzynarodową karierę
kurorciku nieco na zachód od Kołobrzegu. Także i tutaj zgoła inaczej niż przed
rokiem. Wtedy w tutejszym przeogromnym i ultranowoczesnym Spa (cokolwiek ten
modny termin miałby znaczyć...) absolutnie górowali Niemcy i Szwedzi, a my biało
– czerwoni występowaliśmy ledwo śladowo. Tymczasem teraz na parkingu
przewidzianym na tysiąc aut aż się roi od wypasionych bryk ze znaczkiem PL i
lubą polską flagą, zaś w basenach termalnych i w jadalniach polszczyzna całkiem
zagłusza obce dźwięki. Ciekawym i godnym obserwacji socjologa jest podział gości
ze względu na narodowość i wiek. Otóż polską grupę kuracjuszy tworzą niemal
wyłącznie młode pary, oczywiście dwupłciowe, sakramentalne i na ogół z dziećmi w
przedszkolnym wieku, czasami przy piersi – gdy tymczasem Niemcy i Szwedzi to
zaawansowani emeryci, także single, nierzadko z balkonikiem albo na wózku.
Polski emeryt czy rencista, pozwalający sobie na takie Spa całkiem w zachodnim
stylu i za tzw. ciężkie pieniądze byłby tu kuriozum rzadszym niż świstak czy
szarotka. Za to młodzi Polacy, prężni i nader pewni siebie, w ten sposób
przepuszczają kredyty wzięte na rozwojowe inwestycje. Tak przynajmniej utrzymuje
mój prywatny ekonomiczny ekspert, dodam iż w stosownym wieku.
Do samoobsługowych tzw. szwedzkich stołów z istnymi delicjami stajemy trzy razy
na dzień w karnych polsko – niemiecko – skandynawskich przekładańcach. Dotąd się
nie zdarzyło, by nasz rodak miał za złe Szwedowi Potop i oblężenie Jasnej Góry,
albo wypomniał niemiaszkom niecne zamiary pani Eriki Steinbach i „Pruskiego
Powiernictwa”. Politycy, bierzcie z nas budujący przykład!
12. Twarde lądowanie na „Bolku”
Mit Piłsudskiego przetrwał klęskę wrześniową, okupację i euforię 1945 roku
z racji mniemanego wyzwolenia. Sterowany przez partię aparat propagandy czynił
wiele, by go obalić. Tak np. w zwróconym w stronę przedwojennej inteligencji
ogólnopolskim tygodniku „Świat” (1951 – 1969) - dość poczytnym, bo drukującym
choćby Dąbrowską, obu braci Brandysów, Adolfa Rudnickiego czy Józefa Czapskiego,
opublikowano wspomnienia Józefa Rybaka (1982 – 1953), generała WP w stanie
spoczynku. W 1918 r. Rybak, wówczas austriacki kapitan artylerii, był
oddelegowany do Komendy Legionów będąc faktycznie oficerem K-Stelle czyli
cesarsko – królewskiego wywiadu - i jako taki kontaktował się z Piłsudskim.
Sygnowane przez Rybaka, ale wyraźnie pisane ręką fachowca wynurzenia w „Świecie”
miały zohydzić Marszałka w oczach wciąż liczącej się inteligenckiej elity. To
się generalnie nie powiodło. Generał Rybak, skądinąd kawaler orderu Virtuti
Militari i Krzyża Walecznych za 1920 rok, nie brał udziału w akowskiej
konspiracji, a nie przyjęty w 1945 r. do Ludowego WP ze względu na wiek
prowadził w Krakowie skromny warsztat ślusarski. Dla czytelników „Świata” było
jasne, że to ubecja skłoniła go do wyznań. A raczej zeznań.
Do końca istnienia Peerelu różne państwowe wydawnictwa, w tym głównie
wydawnictwo MON, publikowały prace utytułowanych autorów, wypominające zamach
stanu z 1926 roku, połączony z śmiercią 379 ofiar bratobójczych walk.
Nie szczędzono Marszałkowi zarzutów tłumienia parlamentaryzmu, dążenia do władzy
na granicy dyktatury, wsadzania politycznych przeciwników za druty obozu w
Berezie, czy nawet romansu z piękną lekarką, zakończonego jej samobójstwem.
Ganiono Go za chwilowe przejście na protestantyzm dla uzyskania rozwodu.
Historycy wojskowości usiłowali Mu odebrać lub przynajmniej pomniejszyć zasługę
rozgromienia bolszewickiego najazdu. I co z tego? Szala zasług po stokroć
przeważyła te potknięcia, błędy, a nawet postępki szczególnie trudne do
rozgrzeszenia. Bo w ocenie Historii przed duże H, a także wielkich
monoteistycznych religii idzie zawsze o całość, a nie o dowolnie wyjęte z
kontekstu fragmenty.
Te uwagi dedykuję pikietowiczom, domagającym się pod bramą rezydencji Wałęsy
na Polankach zmiany nazwy lotniska w Gdańsku - Rębiechowie i twardego lądowania
na rzekomym Bolku.
13. Krew zaschła i zapomniana
Chłopcy
z międzywojennych roczników bawili się żołnierzykami. Kiedyś obdarowano mnie
wojskiem w błękitnych mundurach i wysokich rogatywkach.. - Co to za jedni? –
spytałem mamę. Zorientowana w historii wprowadziła mnie w losy Błękitnej Armii
Hallera. Sformowana w 1917 r. we Francji z polskich emigrantów, z wziętych do
niewoli Polaków i polonusów z USA. Kanady i Brazylii, uzbrojona przez Francuzów
i przerzucona w 1919 r. do Polski przechyliła szalę w wojnie z Ukraińcami o
wschodnią Małopolskę. Ale Haller, stanąwszy w przewrocie majowym 1926 r. przeciw
Piłsudskiemu, naraził podkomendnych na zapomnienie ich bojowych zasług.
Podróżując przez Jastrowie, Podgaje czy Wałcz spotykamy napisy WAŁ POMORSKI,
zdobne orłami bez korony. Tak w PRL uczczono boje o „Pommernstellung” czyli
kilka linii znakomicie uzbrojonych bunkrów. Polskie oddziały straciły od
natarcia 29 stycznia 1945 z rejonu Bydgoszczy do przejścia 12 lutego 1945 na
obronę rubieży 1720 zabitych,1055 zaginionych i 2767 rannych. Niemcy i łotewska
dywizja SS „Lettland” bynajmniej nie strzelali grochem. Tymczasem weterani tych
walk, garstka na wymarciu, zostali po wybiciu się na niepodległość w 1989 r.
totalnie zapomniani, by nie powiedzieć, że odrzuceni. Mieli wprawdzie w PRL lata
chwały, rocznicę sfuszerowanej bitwy pod Lenino (510 zabitych, 652 zaginionych i
1776 rannych) uczyniono Świętem LWP, kilku z nich dochrapało się wężyków
generalskich, ale kto dziś jeszcze wspomina „kościuszkowców” czy „berlingowców”?
Choć wiadomo, że Berling, generał ze stalinowskiego nadania, pokumał się z NKWD,
choć dowódca plutonu w 5 pułku 2 DP Jaruzelski zasiada na ławie oskarżonych – to
przecież krew żołnierza nie przestała być krwią przelaną w najlepszej wierze za
Polskę. Niezależnie na jakim froncie i w jakiej formacji.
Nie jestem spośród nich. Za to w wojsku zetknąłem się z tymi chłopakami z
utraconych Kresów, pobrzękującymi medalami za Lenino czy Berlin, lecz nie
mającymi dokąd z wojny wrócić... Dziś mają co najmniej 80 lat.
14. Ruchy migracyjne według Kalego
Byliśmy i wciąż jesteśmy narodem emigrantów. W XIX wieku po upadku
powstań przetoczyły się na Zachód fale uchodźców, zdążające do Francji, Anglii,
Szwajcarii i USA. Były witane z życzliwością po drodze w krajach niemieckich, a
na cześć powstańców z 1831 r. znani tamtejsi poeci tworzyli „Polenlieder”. Aż do
drugiej wojny światowej nasi rodacy ruszali za chlebem do kopalń i hut we
Francji, Belgii i Niemczech. Z Hamburga i Bremy wyprawiały się do USA, Kanady,
Brazylii i Argentyny wioski z księdzem w komplecie, nadając nowym osadom za
oceanem swojskie nazwy. Jak choćby Zabriskie Point w Arizonie. Po 1922 r. ten
strumień emigrantów przepływał już przez Gdynię. Tak zwana „gorączka
brazylijska” wybuchła na ziemiach polskich już w 1890 r. i do 1914 r. osiadło w
brazylijskich stanach Santa Catarina i Parana ponad 100 tys. Polaków. W tym
głównie rolników.
Wrześniowa klęska i utrata Kresów skutkowały osiedlaniem się naszych rodaków
w Wielkiej Brytanii, Stanach i Kanadzie. Większość z nich stanowili byli
żołnierze polskich formacji na Zachodzie. Po 1981 r. opuściły kraj tysiące ludzi
związanych z zakazaną „Solidarnością” - w poczuciu beznadziejności sytuacji. Na
słynnej „Górce” u św. Mikołaja w Gdańsku żegnaliśmy wtedy kilkoro zdolnych
trójmiejskich dziennikarzy, pozbawionych szans na legalne wykonywanie zawodu – i
była to dla mnie okazja do uronienia łezki. Dotąd nie powrócili do kraju na
stałe.
Po przystąpieniu do Unii coraz wyraźniej stajemy się dla uchodźców krajem
przejściowym lub docelowym. Podobno uchodźcy w ponad 70 proc. powodują się
jednak względami ekonomicznymi, a nie prześladowaniami z powodu przekonań
politycznych, religii czy rasy. Jak więc z nimi postępować zgodnie z
ratyfikowaną przez III RP Konwencją Genewską z 1956 roku? Nasz nowy
współobywatel Roger Guerreiro, zdobywca jedynej bramki na EURO 2008, budzi u
kiboli odrazę z powodu nieco ciemniejszej karnacji. Ktoś nawet na znak protestu
odesłał Panu Prezydentowi nadany order. Białoruska mama chorego małego Jasia, od
niedawna już Polaka, sama od kilkunastu lat czeka z dwojgiem dzieci na
legalizację pobytu.
Czemu odeszliśmy od tradycji tolerancyjnej Ojczyzny wielu narodów? Tylko dwie
trzecie pytanych akceptuje według badań OBOP uchodźców w Polsce, jedynie 20
proc. godzi się by pozostali tu na stałe, a niewiele ponad 40 proc. by na
dłuższy czas. Nie jesteśmy skłonni przyznać im praw, jakie sami mamy, bo ledwie
17 proc. zgadza się by przybyszom pomagano w uzyskaniu pracy, 8 proc. by
uzyskali polskie obywatelstwo i 4 proc. by im zapewniono jakiś kąt. Czyli nie
mamy ochoty do spłacenia historycznego i moralnego długu.
„Jak do Kali przyjechać ktoś ,z Polska to dobrze, ale jak Kali do Polska
przyjechać to źle...”- pewnie powiedziałby sienkiewiczowski mądrala - murzynek.
Pod warunkiem, by go przedtem nie poturbowano, odsyłając z powrotem do pustyni
i puszczy...
15. Za co powiesić Kołłątaja...
Rekord w uprawianiu polityki historycznej przyznałbym... Litwinom. W styczniu
1930 roku, w 496 lat po śmierci Jagiełły, wytoczyli królowi symboliczny proces,
oskarżając o poddanie się polskim wpływom, przyłączenie Litwy do Polski i utratę
Wilna. Rozprawa toczyła się w wielkiej poczekalni 3 klasy dworca w Koszedarach.
Oskarżyciel żądał kary śmierci i wykreślenia króla z historii Litwy. Chętnie
wyciągnięto by Jagiełłę z sarkofagu na Wawelu, by katowskim toporem odrąbać
czaszkę, ale Kraków był daleko, zaś granicę z Litwą strzegł doborowy KOP.
Dziś akurat Litwa stała się jednym z najważniejszych naszych partnerów. Pan Prezydent i prezydent Adamkus piją sobie z dzióbków jak dwa splecione łabędzie
na stawie... Oczywiście w przenośni. Liczna nasza mniejszość za Niemnem ma się
coraz lepiej i nawet kwestia pisowni nazwisk, dla odłączonych rodaków ważna,
będzie załatwiona do końca XXI wieku. Czyli wkrótce. Gdybym mieszkał nie w
Pszczółkach, a pod Vilniusem, dawniej Wilnem, byłbym teraz w papierach Janasem
Chrzanasem.
Litwy tu użyłem jako pretekst, bo idzie mi o pośmiertne ściganie zbrodni i przestępstw, a nawet przewin nie ujętych w kodeksach. Pora odrzucić liberalną
instytucję przedawnienia, zakładającą że człowiek się zmienia, że dostrzega z
wiekiem błędne, a nawet przestępcze postępki młodości, że żałuje ich lub co
najmniej się wstydzi, więc po latach już nie zasługuje na potępienie. Pobłądził
Sienkiewicz, edyktem królewskim przywracając Kmicica do sławy i chwały za
wysadzenie kolubryny i obronę Jasnej Góry. Po sprawiedliwości należałoby Kmicica
wpierw ściąć (bo szlachciców nie wieszano...) za konszachty ze zdrajcą
Radziwiłłem i współpracę ze szwedzkim okupantem, by po latach za zasługi
odznaczyć pośmiertnie lecz bez rozgłosu. Wina jest wieczna, precz z
mięczakowatym zmiłuj się... Warto wytoczyć Kołłątajowi proces za akces do
Targowicy, co prawda późny, Kościuszce za podpisanie carowi lojalki albo księciu
Józefowi za uprzednią służbę w armii austriackiej. W stopniu pułkownika! Karę
stanowiłoby przenoszenie trumien do bunkra bez okien, czyli pośmiertnego ZK. Po
wieczne czasy, bo trudno tu mówić o dożywociu.
16.Kamykiem w magistra
W rodzimym Krakowie przed wojną i długo po niej celebrowano tytuły. Przywilej
rozciągał się na żony danych osobników i moja Mama byłaby urażona, gdyby ktoś z
niższej półki nie nazwał jej „inżynierową”. Inżynierów było w byłej Galicji jak
na lekarstwo, za to roiło się od magistrów prawa, często bezrobotnych.
Tytułomania obejmowała godności ś.p. monarchii austro-węgierskiej, jak radców
dworu tajnych i rzeczywistych.
Wracają wspomnienia, gdy słyszę z jakim respektem nazywa się premierami,
ministrami, marszałkami i posłami osobników, których geniusz władzy ledwie
musnął i niczym zabłysnąć nie zdążyli. Obowiązuje wzajemność, stąd w audycjach
typu salonów politycznych nikt się nie ośmiela jej złamać. – Pan bezwstydnie
łże, panie marszałku – mówi Iks do Igreka, by w odpowiedzi usłyszeć równie
obraźliwy zarzut. Ale z pełnym respektem dla tytułu. Przypomina to znane choćby
z „Pana Tadeusza” tytułowanie się stolnikami, krajczymi, podstolimi, cześnikami,
chorążymi, miecznikami, koniuszymi, łowczymi czy kasztelanami, rozciągane na
małżonki i potomstwo – chociaż Rzeczpospolita szlachecka, nadająca szumne
godności, dawno popadła w niewolę.
Odkąd tytuł magistra spowszedniał i rzucając losowo kamykiem w 98,7 proc.
trafimy w tak utytułowanego – nastąpił szturm na doktoraty i za rozdział
doktorskiej dysertacji, zamówionej u „Murzyna”, ceny sięgają nawet dwóch
tysięcy. To prawo popytu i podaży na wolnym rynku. Inaczej choćby u zachodnich
sąsiadów. Gdy 9 listopada 1989 w warszawskim „Marriocie” na przyjęciu
organizowanym przez Niemców dla naszej nowej ekipy znajomy niemiecki dziennikarz
zechciał przedstawić mnie kanclerzowi Kohlowi i pytałem go jak tytułować szefa
rządu znaczącego państwa, zrobił zdziwioną minę. – Jak to? Po prostu Herr Kohl!
Podobną radę usłyszałem w Bonn przed rozmową z rzecznikiem rządu, sekretarzem
stanu Friedhelmem Ostem. – Mów mu Herr Ost! A w Koblencji profesor teologii i
zarazem biskup kazał nazywać się panem biskupem... Gdybym tak się odezwał do
któregoś z naszych hierarchów – pewnie z trudem uniknąłbym wykluczenia
z kościelnej wspólnoty...
17. Sezon ogórkowy 2008 w pełni...
65,
38 i 31...Tyle lat upłynęło od trzech odgrzewanych sensacji, jakimi ostatnio nas
w mediach z uporem karmiono. W Gibraltarze w 1943 roku runął po starcie w morze
samolot RAF z generałem Sikorskim i 15 osobami, a z katastrofy wyszedł cało
jedynie Max Prchal, czechosłowacki pilot, nieprzytomny i unoszący się na falach
w kapoku. Odtąd trwa nasilające się czasami, choć wciąż bezskuteczne dochodzenie
prawdy, sugerujące spisek w celu usunięcia niewygodnego dla Brytyjczyków,
Rosjan, Niemców i niektórych Polaków premiera rządu na emigracji i naczelnego
wodza. Zagadkowej śmierci poświęcono już tony papieru, włącznie z dramatem Rolfa
Hochhutha „Soldiers”(„Żołnierze”). Tym razem zrodził się pomysł ekshumacji w
poszukiwaniu kuli w czaszce... Moim skromnym zdaniem tyleż makabryczny, co
wątpliwy, bo prawda o zamachu, jeśli w ogóle istnieje, tkwi w brytyjskich
archiwach. Z klauzulą tajności jeszcze na kilkadziesiąt lat.
Druga sensacja to dokument filmowy o śmierci w 1977 roku studenta –
opozycjonisty Pyjasa. Ta sprawa tak w Peerelu jak i w III RP była treścią już
kilku kolejnych śledztw, niestety umarzanych z braku dowodów. Tym razem dwie
panie reżyserki wykreowały na inspiratora zbrodni i demona w stylu
Dostojewskiego pewnego TW, skądinąd zdemaskowanego kilkanaście lat temu i
otoczonego atmosferą potępienia. Trzecim rzekomym hitem stała się sporna
kwestia, czy w 1970 roku pewien 27-letni robotnik stoczniowy kablował na swych
kolegów z wydziału W 4 Stoczni im. Lenina, co podobno doprowadziło do wyrzucenia
z pracy jednego z nich. Fakt, że w 10 lat później ten sam stoczniowiec stanął na
czele protestu wyzwalającego Polskę, a z nią kawał ujarzmionej Europy, w
kontekście rozważań o winie jakby nie ma całkiem znaczenia. Obok tych niby
nowości komentatorzy z najwyższej półki zadumali się także nad dymisją
rzeczniczki rządu, osoby niemal nam nieznanej, choć podobno profesjonalnej i
życzliwej. Czy szło jak jedni twierdzą o zawód miłosny, czy o niedostateczne
naświetlanie osiągnięć rządzącej nami miłościwie ekipy?.
Chętnie bym ten mój tekścik o ogórkowych sensacjach nagrał i wetknął w
kapsułę czasu. Niechby po latach uśmiano się z podobnego zaśmiecania zbiorowej
świadomości. Czy po to, by odwrócić uwagę od ważniejszych kwestii?
Oto jest pytanie.
18. Pan Stefan, czyli o poplątaniu życiorysów
Flensburg, niemieckie miasto na granicy z Danią. Na peronie oczekuje mnie znany
tylko z korespondencji pan Stefan z żoną i nieomylnie wyławia wśród
wysiadających. – Sind Sie Herr Chrzan ? – Tak, to ja... Gaworząc przyjaźnie raz
po polsku, a raz po niemiecku zwiedzamy najpierw wzorowo odrestaurowaną
starówkę, duński zabytkowy kościół, bo duńska mniejszość tu liczna, jemy rybne
frykasy w małej knajpie, wreszcie sadowimy się w mercedesie i jedziemy do L. Po
drodze mijamy opustoszałe budynki bazy Marynarki Wojennej.. Kilka właśnie
przerabiają na mieszkalne lofty. Pan Stefan pokazuje mi historyczne w jakimś
sensie schody, na których 23 maja 1945 r. Brytyjczycy aresztowali na rozkaz
generała Eisenhowera admirała Karla Dönitza, mianowanego przez Hitlera swym
następcą, szefa utworzonego 5 maja 1945 r. niby – rządu Rzeszy, usiłującego
zawrzeć z zachodnimi Aliantami odrębny pokój. Nic z tych planów nie wyszło, a
Dönitza skazano w procesie norymberskim na 10 lat. Po ich odsiedzeniu zabrał się
za pisanie wspomnień.
O panu Stefanie pisano w kwietniu br. w „Dużym Formacie”, dodatku do „Gazety
Wyborczej”, w związku z zakupem zbioru powstańczych znaczków od niemieckiego
kolekcjonera Manfreda Schulza. Mój rozmowca i gościnny gospodarz jest bowiem
członkiem Polskiego Związku Filatelistów, przewodniczącym polskiej sekcji
podobnego związku w Niemczech, prezesem wspólnoty POLONIA w PZF i członkiem
Polskiej Akademii Filatelistyki, o której dotąd nie słyszałem. Opublikował na
polskie tematy kilka rzetelnych monografii, w tym o polskiej 2 Dywizji Strzelców
Pieszych generał Prugara – Ketlinga, internowanej w Szwajcarii w 1940 r. po
klęsce Francji. W jego domu podziwiam interesujące polonika, jak choćby
autografy Kościuszki i Henryka Dąbrowskiego. Ściany zdobią dwie zabytkowe
polskie szable, wyszczerbione w 1920 r. na łbach bolszewików i batalistyczne
obrazy Kossaków, Juliusza i Wojciecha. Choć mój rozmówca mówi płynnie po polsku,
to w jego żyłach (i tu zaskoczenie...) nie płynie ani jedna kropla polskiej
krwi. Czuje się Niemcem w 101 procentach.
Gdy w 1940 r. ZSSR zagarnął za zgodą Hitlera rumuńską Bukowinę, historyczną
krainę między Karpatami a średnim Dniestrem, pewien rumuński Ukrainiec prysnął z
obawy przed NKWD aż do Berlina. Tam poznał wywiezioną na roboty przymusowe
Polkę, która tuż po wojnie załatwiła mu lewą polską tożsamość, świadcząc iż zna
go po sąsiedzku od dziecka. Ożenił się z nią i gdy miłość wojenna wygasła
rozwiódł, by następnie w Żaganiu poślubić śląską Niemkę. Pan Stefan jest właśnie
z tego mieszanego stadła. Po żagańskiej podstawówce znalazł się z rodzicami w
RFN w ramach tzw. późnych wysiedleń, a gdy dorósł zasilił ochotniczo niemieckie
lotnictwo wojskowe. Szybko doceniono jego polszczyznę, więc latał inad
Bałtykiem, nasłuchując rozmów z okrętów Układu Warszawskiego, sowieckich i
polskich, a po elitarnej czteroletniej szkole językowej Bundeswehry przeszedł do
placówki analitycznego tzw. białego wywiadu. Doszedł w tej służbie do rangi
komandora, równej pułkownikowi w wojskach lądowych, a przeszedłszy na wczesną i
dostatnią emerytur ę wojskową poświęca się różnym hobby i pasjom. W tym
zafascynowaniu Polską.
Jak go poznałem? Dzięki łowickiemu epizodowi sprzed lat w mym życiorysie... W
latach 90 najpierw pewien warszawski historyk, a potem za jego pośrednictwem pan
Stefan, nakłaniali mnie do opisania sytuacji ponad pól tysiąca niemieckich
jeńców wojennych, przebywających w latach 1945 – 1946 w Łowiczu pod nadzorem 2
Samodzielnego Batalionu Inżynieryjno – Lotniskowego WP. Służyłem w tej
jednostce, mój pluton właśnie pilnował prowizorycznego jenieckiego obozu. Obu
panom jednak odmówiłem w obawie wykorzystania za Odrą mojej relacji ze szkodą
dla Polski. A teraz to dzieje równie zamierzchłe jak Grunwald.
I jeszcze refleksja na zakończenie. W naszej połaci Europy Historia, ta przez
duże H, wypisywała ludziom przedziwne życiorysy. Gdyby trwała nadal zimna wojna
Peerelu z Erefenem – mój kontakt z panem Stefanem, choć niewinny i przelotny,
skończyłby się dla mnie na pewno ciężkim kryminałem.
19. Jak Estończyk z Portugalczykiem...
Bohaterka reportażu Barbary Szczepuły „Rodzinne sekrety”, zamieszczonego w
„Polsce – Dzienniku Bałtyckim” z 25 lipca 2008, żywiła od dłuższego czasu
bezzasadny z pozoru pociąg do Niemców i do ich języka, choć na rodzimych
Kaszubach uczyła akurat polskiego. Do pewnego czasu miała z tym trudności, bo
widząc na przykład Niemca staruszka zastanawiała się, czy był przypadkiem w SS.
Wystarczyło jednak, by dotarła do skrywanych przed nią sekretów, do dziadka z
Wehrmachtu poległego na „Ostfroncie” i faktu, że babcia też jest Niemką.
Rozstała się więc z polskością jak z rękawiczką, porzuciła Polskę jako miejsce
pracy i zamieszkania, do tego jeszcze przechodzi właśnie na protestantyzm. W
nowej niemieckiej skórze czuje się wreszcie spełniona i córkę ( skądinąd ze
związku z Polakiem...) wychowa na Niemkę wolną od polskich ciągot i kompleksów.
Co rozstrzyga o poczuciu przynależności do danego narodu? Zew krwi, czyli
geny po przodkach? Dom, szkoła i ewentualnie kościół? A może wybór całkowicie
wolny i niezależny od biologicznego pochodzenia? Granice sąsiadujących z sobą
nacji są przepuszczalne na zasadzie osmozy, chyba że nacje różnią się
szczególnie jaskrawo cechami zewnętrznymi, wyznawaną wiarą czy porządkiem
społecznym. To akurat w przypadku nas i Niemców nie ma miejsca. Trudno nas
bowiem rozróżnić na golasa, jeśli jesteśmy na mniej więcej równym poziomie
kultury osobistej i równie dbamy o uzębienie czy fryzurę. Łatwość
przekształcenia Polaka w Niemca potwierdza mnogość Kowalskich czy Nowaków w
niemieckich spisach abonentów telefonicznych, na szyldach sklepowych i w
reklamach. U nas Millerów lub Schmidtów też dostatek, choć zwykle w spolszczonej
nieco wersji. .
Sztandarowym przykładem nawrócenia się na polskość po odkryciu polskich
korzeni był pruski kadet i szlachcic Adalbert von Winkler, czyli późniejszy
wielce zasłużony dla polskiej kultury Wojciech Kętrzyński (1838 – 1918) –
historyk, etnograf, badacz Mazur i dyrektor sławnego „Ossolineum” we Lwowie.
Polakiem z wolnego wyboru był zaś urodzony w Brandenburgu syn niemieckiego
generał-majora, dowódca flotylli niemieckich U-Bootów w I wojnie światowej, a w
1939 roku niezłomny obrońca polskiego Wybrzeża – wiceadmirał Jozef Unrug.
Wyrzeczenie się własnego narodu miało tu nad Wisłą zawsze posmak zdrady.
Zwłaszcza podczas zaborów i okupacji. Czym jest dzisiaj, w dążącej ku jedności
Europie, w przeddzień zaniku granic i możliwości pogadania po angielsku każdego
z każdym, Estończyka z Portugalczykiem albo Norwega z Bułgarem? I czy ta kwestia
ma w ogóle jeszcze jakiś sens?
20. Pożądana ochrona specsłużb
W czasach świetności Wyścigu Pokoju radiowiec Bogdan Tuszyński poprosił
obecnego na warszawskim stadionie Edwarda Ochaba o komentarz. Komunistyczny
dygnitarz, uważany za uosobienie partyjnego betonu, uznał nazwanie go „panem
przewodniczącym Rady Państwa” za klasowo obce, może nawet obraźliwe. Cała Polska
przy odbiornikach radiowych, bo TVP była ledwie w powijakach, podziwiała refleks
dziennikarza, który jak gdyby nigdy nic powtórzył prośbę, nazywając Ochaba już
poprawnie towarzyszem.
Niemal nazajutrz obiegł PRL żarcik na temat tego incydentu. Oto towarzysz
Ochab nabawił się ostrego zapalenia pęcherza, gdyż w toaletach publicznych
napotykał wszędzie napis DLA PANÓW i nie mógł wejść do nich z nagłą potrzebą...
Ta śmiesznostka sprzed wielu lat przypomniała mi się niedawno, gdy będąc w
Funchalu na Maderze ujrzałem u wejścia do wiadomego przybytku napis THE GENTS. -
skrót od terminu gentleman, co według Słownika Wyrazów Obcych Kopalińskiego
oznacza „człowieka nienagannego zarówno pod względem etycznym, jak i form
towarzyskich, taktownego, honorowego, godnego zaufania i uprzejmego...” Bujna
wyobraźnia podsunęła mi obraz naszych VIP-ów, tych z najwyższej półki,
wahających się czy spełniają takie kryteria, przebierających niecierpliwie
nóżkami i w efekcie moczących gatki... Skoro bowiem jedni drugim wytykają
chamstwo, agresję i knajactwo (cokolwiek to słowo oznacza...) – zaś w imieniu
tych drugich pewien poseł - filozof, trochę poeta i pisarz, a dla chleba
powszedniego alkoholowy biznesmen wyzywa Głowę Państwa od ch... (i tak dobrze,
że amów, a nie ujów...) - to gdzie jeszcze uchował się w polityce kawałek wolnej
przestrzeni dla działalności prawdziwych dżentelmenów? Czy mamy w tej
specyficznej branży choć kilku wciąż jeszcze żywych i czynnych osobników o
nienagannych i łagodnych obyczajach, jak w cytowanej słownikowej definicji - czy
śp. Stefan Meller, dżentelmen w każdym calu, był już ostatnim?
Jeśli jeszcze się trafiają, to warto by wziąć ich pod ochronę BOR, ABW, CBŚ,
BBN, Gromu, żandarmerii wojskowej, policji i wszelkich specsłużb razem wziętych.
I to całodobowo, bo są gatunkiem zagrożonym wymarciem.
21. Co najwyżej bieg przez plotki...
August II Mocny był kondycyjnie najlepszy spośród wybieranych przez
szlachtę elekcyjnych królów. Popisywał się gięciem podków, z wieloma damami i
nie tylko damami spłodził około 300 dzieci. W ciągu pół wieku podbojów serc i
nie tylko serc, tylko raz jeden ten twardziel nad twardziele nie stanął na
wysokości zadania – jak pisze H. Pönicke w „August der Starke, ein Fürst des
Barock” – a to w romansie z porzuconą metresą angielskiego ambasadora w
Saksonii. Serce miał król jak dzwon, płuca jak miechy, ciśnienie w normie i
jedynie nadmiar cholesterolu. Co nie zmienia faktu, że był władcą niedołężnym,
zaabsorbowanym bardziej sobą niż sprawami państwa i za jego panowania (na
przemian z Leszczyńskim....) dotknął Rzeczpospolitą regres gospodarczy i upadek
kultury...
Byłoby nieźle mieć prezydentów o posturze Schwarzeneggera , urodzie jak z
Hollywood, obytych w świecie krasomówców i intelektualistów. Byłoby świetnie,
gdyby do tego mieli żelazną kondycję. Ale historia, a także współczesność, zna
osobników chorowitych, niekiedy kalekich i niepełnosprawnych, którzy okazali się
znakomitymi szefami państw i ludźmi sukcesu. Rządzący od 1933 r. do śmierci w
1945 r. prezydent Roosevelt był od pasa sparaliżowany i tylko dzięki aparaturze
mógł stanąć i przejść z chrzęstem żelaza kilka kroków. Dwukrotnie wybrany
prezydentem Francji Francois Mitterand zmagał się w drugiej kadencji potajemnie
z rakiem i zmarł w rok po jej zakończeniu. Ronald Reagan w 1994 r. ujawnił, że
od 10 lat cierpi na Alzheimera, a mimo to urzędował w Białym Domu z sukcesem aż
do 1989 roku. Przed trumną w bibliotece jego imienia przedefilowało dobrowolnie
104 684 osób. W Niemczech z wózka kieruje nader energicznie ministerstwem spraw
wewnętrznych Wolfgang Schäuble, ofiara zamachu z 1990 roku. W swym okręgu
wyborczym zgarnął ponad połowę głosów – i to dwa razy. Przykłady dedykuję
zwolennikom wprowadzenia sprawdzianu kondycji psychofizycznej dla kandydatów na
najwyższe urzędy.
Pozostawiłbym co najwyżej bieg przez plotki...
22. Zaczyna się niewinnie...
Istnieje w świecie ponad 200 niepodległych
państw, z czego 192 należą do ONZ. Teoretycznie każdy naród ma prawo utworzenia
takiego „podmiotu prawa międzynarodowego” i domagać się jego uznania przez inne
państwa. Funkcjonują też państwa wielonarodowe, szczególnie w Afryce, gdzie
pozostawiono granice byłych kolonii, ustalane ongiś arbitralnie przez kolonialne
potęgi i nie uwzględniające przynależności
W Europie świetnie prosperuje czteronarodowa i czterojęzyczna Szwajcaria, ale
dwunarodową Belgią targają sprzeczności głównie o ekonomicznym podłożu. Z
przyczyny nierównomierności rozwoju rozsypała się dwunarodowa Czechosłowacja,
gdy tymczasem Jugosławię rozerwała odmienność wyznań i nadto wybujałe
nacjonalizmy W dalekiej przeszłości monarchię habsburską rozsadziły od środka
aspirujące do niepodległości ludy słowiańskie, choć nie „Galicjanie”, lojalni i
kochający cesarza Franza Josepha I.
Co robić, gdy odrębny naród jest otoczony dookoła przez naród liczniejszy i
dominujący w danym państwie? Może żyć cicho po swojemu, unikając konfliktów jako
tolerowana mniejszość – albo uparcie domagać się przyznania autonomii. Tak
czynią Baskowie i Katalończycy w Hiszpanii, ale podobne numery nie przechodzą w
Federacji Rosyjskiej. Od wieków nierozwiązywalny jest problem licznego narodu
kurdyjskiego, rozsianego w kilku państwach. Przykłady można by mnożyć, więc
przypatrzmy się raczej zbliżonym problemom w Polsce.. Gdyby nie akcja „Wisła” w
1947 roku, dziś powszechnie potępiana jako brutalna i łamiąca konstytucyjne
prawa, mielibyśmy teraz na naszej południowo – wschodniej granicy zwarty obszar
zamieszkały przez Ukraińców, dążących w naturalny sposób do połączenia z
niepodległą Ukrainą. Gdyby obszar zamieszkiwany zwarcie przez Ślązaków przylegał
do granicy z Niemcami, to zamiast umiarkowanych dążeń do autonomii Śląska
pojawiłyby się tendencje zjednoczenia z bogatszym o wiele zachodnim sąsiadem. Z
powołaniem na siedem wieków odrębnej śląskiej historii. Nie wiem też co by było,
gdyby Wieżyca (829 metrów n.p.m) i jej rdzennie kaszubskie okolice leżały nad
brzegiem Odry. Zwłaszcza nad lewym.
Powiedzmy więc jasno i otwarcie, że w interesie Polski nie leży podsycanie
poczucia odrębności, czyli hodowanie separatyzmu. Próbkę mieliśmy podczas
niemieckiej okupacji na Podhalu, gdzie dwóch ceprów i zdrajców stworzyło ,„Goralenvolk”,
rzekomy naród góralski. A w konsekwencji doszło do wysiedlania z Podhala Polaków
pochodzących z innych stron...
Zwykle zaczyna się to niewinnie. Na przykład od dwujęzycznych nazw miejscowości.
23. Refleksje poolimpijskie
W rozgrywanych od 1896 roku olimpiadach ery
nowożytnej według pomysłu barona Coubertina Polska uczestniczyła dopiero od 1924
roku – co licząc do ostatniej przed wojną olimpiady w Berlinie w 1936 r.
zaowocowało łącznie zdobyciem 20 medali z udziałem 236 naszych sportowców. Dla
państwa biednego, gnębionego kryzysami i bezrobociem, targanego konfliktami z mniejszościami narodowymi i permanentnie niemal zagrożonego wojną, olimpijskie
sukcesy miały prestiżowe znaczenie i zachęcały młodzież do sportu.. Ćwiczono i
ścigano się więc wszędzie. Wypolerowane w górskich strumieniach kamienie służyły
młodym jako kule i dyski, ciskano sztachetami z płotu niczym wyczynowym
oszczepem, a biegi, skoki i pływanie nie wymagały akcesoriów. Każdy chłopak
wiedział, w czym przoduje „Kusy” czyli Kusociński, zloty medalista z Los Angeles
w biegu na 10 km, kiedy to wyprzedził słynnego Fina Nurmiego, każda dziewczyna
wiedziała, jak daleko rzuca dyskiem Wajsówna lub ciska oszczep Kwaśniewska – i
próbowano te gwiazdy sportu naśladować.
Dzisiejszą Polskę stać na nieporównanie
więcej. Przygotowania do Pekinu pochłonęły 270 milionów, przekładając się na 27 milionów złotych za 1 medal i 20 pozycję w nieoficjalnej acz prestiżowej
klasyfikacji medalowej. Budżet wyłożył na tę olimpiadę o 81 milionów więcej, niż
na poprzednie igrzyska w Atenach. Postępu w medalach jak widać nie osiągnięto, a
takie hołubione i rzekomo gwarantowane dyscypliny jak pływanie, żeglarstwo czy
siatkówka nie przyniosły nam niestety ani krążka. Przygotowanie, choć tak
kosztowne, nie trafiało z formą na czas. Na dobitek zalatywało mocno alkoholem.
Ujemnym symbolem stał się pewien ważny lekkoatletyczny działacz śpiący na
trawniku w wiosce olimpijskiej, w stanie wskazującym na spożycie.
Wyjściem z takiego stanu jest tylko
upowszechnianie sportu. Powiększy ono bazę chętnych, spośród których trenerzy
wyłowią prawdziwe sportowe talenty. Chociaż ułamek środków, wydawanych na tak
wątpliwe i nikłe sukcesy na igrzyskach, warto przeznaczyć na budowę stadionów,
pływalni, torów kolarskich czy narciarskich skoczni treningowych. Tymczasem w
radiu słychać taką skądinąd zabawną reklamę: pacjent pyta lekarza, czy mu coś
dolega – a lekarz zaleca więcej sportu... w audycjach tej rozgłośni. Uważamy się
za sportowców, paradując w błazeńskich biało czerwonych czapach i cylindrach,
dopingując naszych zawodników ze zgrzewką browaru albo półlitrówka pod ręką. A
młodzież ćwiczy godzinami „strzelanki” w komputerze, korzystając z łatwych
zwolnień lekarskich i zarabiając na nieunikniony garb.
24. W za dużych butach…

(c) Lisa Langfeldt
Najstarsi Krakowianie wciąż pamiętają jak 75 lat temu, 12 września 1933 roku
Marszałek Józef Piłsudski odebrał na Błoniach defiladę pułków ułanów, strzelców
konnych i szwoleżerów, ściągniętych z okazji okrągłej 250 rocznicy Wiktorii
Wiedeńskiej z całej Polski. Na „Święto Jazdy”, bo tak ten zjazd nazwano,
najznakomitsza w Europie wówczas kawaleria przybywała konno i zbrojno, po drodze
stacjonując w ziemiańskich dobrach – albo eszelonami w wagonach dla ośmiu koni
względnie czterdziestu żołnierzy. Widowisko było wspaniałe, godne pędzla samego
Kossaka, każdy pułk miał konie jednolitej maści, kare, srokate czy bułane,
defilowano galopem rzędami po 16 koni z lancami do boju lub szablami w dłoni, a
na czele galopowały pułkowe orkiestry trąbiąc i bębniąc we wzorowym szyku… Z
dala od tłumów, prawie pośrodku Błoń, widać było nieco przygarbioną sylwetkę
Marszałka i adiutanta w kapeluszu i mundurze podhalańskim. Zanim ruszyły
pierwsze pułki, Piłsudski przeszedł przed szeregiem attachees millitairés
pobrzękujących orderami, zagadując ich bez tłumacza po francusku, niemiecku czy
rosyjsku. Szczególnie długo rozmawiał z niemieckim pułkownikiem. Święto Jazdy
komentowano bowiem jako polską manifestację siły wobec dochodzących z Berlina
pomruków zapowiadających intensywne zbrojenia i rewizję Traktatu Wersalskiego.
Kawaleria wciąż jeszcze rozstrzygała wynik operacji manewrowych, a Marszałkowi z pewnością nie chodziło o tanią popularność czy ponowny wybór. Był na to za
wielki i formalnie nie sprawował żadnego urzędu poza wojskową funkcją.
W równe trzy wieki po pobiciu armii Wielkiego Wezyra Kara Mustafy i uratowaniu
chrześcijańskiej Europy, w PRL panował reżim WRON i nie było ochoty na radosne
świętowanie. Za to w ostatnią niedzielę w mym Krakowie tonącym we flagach,
przeciągnął z Wawelu na Rynek imponujący orszak husarii, piechurów i ciurów z
Danielem Olbrychskim w roli króla Jana III Sobieskiego i Grażyną Wolszczak w
roli Marysieńki. Naliczyłem kilkuset statystów i kilkadziesiąt pięknych koni,
wiele mieszczek i dam w strojach z epoki, a przemarsz z łoskotem bębnów i palbą
z samopałów obejrzały tłumy gapiów, w większości obcojęzycznych. To nieźle, że Mr. Smith czy skośnooki Yan-Hsian usłyszał o zapomnianej w świecie zbrojnej
wyprawie na odsiecz Wiedniowi, a poza tym chleba mamy dosyć, więc pora na
igrzyska i budzenie patriotycznego ducha. Jakie przesłanie jednak się z tego
wyłania? Nastraszyć Turcję, skądinąd sojusznika w NATO? A może ktoś chce wejść w
szyte z safianu królewskie buty albo legionowe cholewy Marszałka?
Są o kilka numerów za duże…
25. Przyczynek do historii epokowych odkryć
Dwa
odkrycia wstrząsnęły wiedzą o gwiazdach: oto w 1990 roku Aleksander Wolszczan,
profesor astronomii i astrofizyki Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii i UMK w
Toruniu, odkrył w obserwatorium Arecibo pierwsze planety poza Układem
Słonecznym, krążące w konstelacji Panny wokół pulsara PSR B1257 + 12. Zyskał
z tego tytułu światowy rozgłos, a miesięcznik „Astronomy” wymienił go na
prestiżowej liście 25 odkrywców wszechczasów. Uradowali się więc rodacy,
Szczecin nadał profesorowi honorowe obywatelstwo, a prezydent Kwaśniewski
udekorował go wysokim orderem. Nie mieliśmy dotąd zbyt wielu znanych astronomów,
bo z Kopernikiem i Heweliuszem, o których upominają się Niemcy, w poważnych
źródłach wymienia się około 30 nazwisk. W tym oczywiście profesora Wolszczana.
Teraz o drugim odkryciu. Media doniosły, że współpracownik kontrwywiadu PRL
o pseudonimie „Lange” i nasz uczony to ta sama osoba.
Wątpię, by to odbiło się na karierze profesora w USA. Sprawa jest dla Amerykanów
w czasoprzestrzeni zanadto odległa, by wzbudzała negatywne emocje. Idzie zresztą
o umysłowość zbyt cenną, by ją przestali drenować. Amerykanie tuż po wojnie bez
żenady sprowadzili z pokonanej Rzeszy Wernera von Brauna, twórcę rakiet V 1 i V
2 zabijających setki brytyjskich cywilów, a on im za to w rewanżu położył
podwaliny pod lądowanie na Księżycu. Jedyną konsekwencją chyba będzie więc
zerwanie więzów profesora z Polską. Zamerykanizuje się do reszty, podobnie jak
za 100 procentowego jankesa uchodzi noblista z medycyny w 1977 r. Andrew V.
Schally, syn przedwojennego pułkownika WP i szefa wojskowej kancelarii
prezydenta RP Mościckiego. Zdawał maturę w liceum dla dzieci polskich uchodźców
na Węgrzech, ale gdy w latach 70 gościł w Krakowie na zaproszenie Uniwersytetu
Jagiellońskiego - porozumiewał się z tubylcami tylko przez tłumacza.
Śledczy historycy ustrzelili po TW „Bolku” znów grubego zwierza i to dla nich
powód do satysfakcji. Może jednak mądrzej byłoby podczas bytności profesora
Wolszczana w „starym kraju” poprzestać na delikatnej sugestii, by zrezygnował z
wykładów i prowadzenia doktoratów. Na zasadzie „wiecie panie kolego,
rozumiecie....”, w cztery oczy z Jego Magnificencją rektorem UMK, przy kawie i
łyku zacnego koniaku. I bez utraty szans na kolejnego Nobla dla Polski.
Tym razem z nauk ścisłych.
26. Blondynki i generał
W
wojsku zawsze ważne były symbole i tradycja. Przedwojenne pułki chrzczono
nazwami zwycięskich bitew Legionów lub walk staczanych z bolszewikami w 1920
roku. Kawaleria miała przyśpiewki kończące się zawołaniem „Lance do boju, szable
w dłoń, bolszewika goń goń goń..” czyli słynne żurawiejki. . Honornie było nosić
podhalański kapelusz khaki z orlim piórem i malowniczą pelerynę. Kadetów ubrano
na wzór Szkoły Rycerskiej króla Stanisława Augusta, podchorążowie w swe święto
przywdziewali granatowe mundury z epoki Powstania Listopadowego. – Flity idą! –
wołali na ich widok ulicznicy, bo uniformy kojarzyły im się z wizerunkiem
żołnierzyka na rozpylaczu Flitu, znanego wówczas środka na muchy. Ale to
wszystko skutecznie cementowało morale armii, okazane choćby w 1939 roku.
Przedwojenny korpus oficerski ściśle przestrzegał reguł zachowania się w
sytuacjach trudnych czy drażliwych. Oficerowie z chłopskim rodowodem na równi z
paniczami z dworów i pałaców stosowali sposób bycia wpajany im w podchorążówkach
wraz z musztrą w szyku zwartym czy nauką terenoznawstwa. Typowy po wojnie widok
ludowego oficera objuczonego rolkami papieru WC albo pchającego dziecinny wózek
był wówczas niewyobrażalny. Mógł on co najwyżej nieść kwiaty dla damy serca albo
elegancko opakowane słodkości z cukierni.
W PRL kultywowano tradycję bitew I i II Armii WP, toczonych u boku Armii
Czerwonej. Nie działało to zbyt silnie na żołnierzy. Wątpliwe było bowiem
gloryfikowanie zwycięstw, skoro wyszliśmy z wojny mając terytorium o 77 tys. km
kw. mniejsze i tracąc Kresy.
W III RP mundur całkowicie zniknął z obrazu ulicy. Zamiast o służbie mówi się
teraz o „zatrudnieniu w wojsku”. Cieszy jednak wznowienie defilad i ufundowanie
chociaż jednego szwadronu kawalerii. A jak obejdzie się z tradycją i oficerskim
fasonem zapowiadana armia zawodowa? Póki co w TVP 2 oglądnąłem reality show o
nazwie „Fort Boyard” z udziałem autentycznego generała, byłego dowódcy „Gromu”,
uczącego sztuki przetrwania kilka ładnych i skąpo odzianych blondynek. Jak one
był na pełnym luzie, tylko w bokserkach i koszulce, po każdym zdobytym punkcie
serdecznie obłapiany i nawzajem obłapiający, a szkolił dziewczyny jak bez lęku
gmerać w słojach pełnych szczurów i innych paskudztw.
Ciekawe co się z tego wykluje?
27. Proces Bandy Siedmiu
Śledziłem w mediach karierę tego generała. Wśród równych rangą był wyjątkiem. Z
rodziny ziemiańskiej, zesłany za młodu na „nieludzką ziemię”, uczeń znakomitego
gimnazjum prowadzonego przez zakonników... Jak godził taką akurat przeszłość z
absolutną wiernością partii i Związkowi Sowieckiemu? Zakładałem, że nastolatka,
elewa półrocznej riazańskiej podchorążówki, urzekła kiedyś bojowa potęga Armii
Czerwonej i raz na zawsze uwierzył, że tylko pod jej parasolem Polska będzie
mogła egzystować w pokoju. Zdziwiło mnie natomiast jego nagłe przejście ze
służby liniowej do aparatu politycznego i to w charakterze szefa. Z dowódcy z frontowym stażem na Wale Pomorskim stawał się tym samym świeckim kaznodzieją,
otumaniającym żołnierską brać ćwierć i półprawdami. Jak choćby łgarstwem na
temat Katynia... Czy był to jego wolny wybór, czy zlecenie partyjne?
Nikogo tak mocno nie znienawidziłem, jak właśnie jego po 13 grudnia 1981
roku. Ukryty niczym gangster za ciemnymi szkłami utożsamiał mi cale bezprawie
stanu wojennego. Czołgi na ulicach, aresztowanie i osadzanie działaczy
„Solidarności” w tzw. internatach, haniebnie surowe wyroki nawet dla kobiet, jak
10 lat więzienia dla filigranowej pani Kubasiewicz za organizację dwudniowego
strajku, zagadkowe wypadki śmierci księży, a z zachowaniem proporcji i moją
osobistą krzywdę. Zakaz wykonywania zawodu dziennikarza i zmarnowane osiem lat,
przetrwanych tylko dzięki paczkom z Zachodu.
Może trzeba więc było po 4 czerwca 1989 wytoczyć mu ekspresowy proces –
pokazówkę tak jak Rumuni postąpili z Geniuszem Karpat Ceausescu i jego żoną
Eleną? Ale to generał akurat, dzierżąc wszelkie godności z wyjątkiem Prymasa
Polski i dysponując armią na wojennej stopie, milicją i sprawnymi służbami
sekretnymi – polecił zamówić u stolarzy w Henrykowie pod Warszawą okrągły stół,
by przy nim można było paktować zamiast strzelać. W zamian za dobrowolne oddanie
władzy wybrano go więc na najwyższy urząd, z którego dal się z kolei bez oporu
wykolegować pewnemu znakomitemu elektrykowi z Gdańska.
To sprawia, że proces siedmiu staruszków odbieram z mieszanymi uczuciami.
Wolałbym, by stanęli przed trybunałem Historii. Tym nierychliwym, orzekającym za
całokształt i z reguły sądzącym już nieboszczyków.
28. 30 lat temu
Rabka, ośrodek wczasowy dla dziennikarzy. Około szóstej śpiących snem
sprawiedliwych lub skacowanych żurnalistów obudziło uporczywe łomotanie w
drzwi... – Polaka wybrano na papieża! – poznałem głos mocno partyjnego
kierownika ośrodka.. – Ale kogo? – Nie dosłyszałem, o siódmej będą wiadomości...
O śniadaniowej porze wszystko już było wiadomo. Przypomniał mi się wtedy
oglądany przed rokiem w Bonn reportaż ZDF z Krakowa. Polski arcybiskup o
wyjątkowo sympatycznym i bezpośrednim stylu bycia odpowiadał na pytania biegle
po niemiecku. W pewnej chwili zwrócił się z typowym krakowskim akcentem do kogoś
poza obiektywem kamery:- No powiedzże, jak to po ichniemu będzie? Ktoś mu
szeptem podpowiedział, wywiad potoczył się dalej. A w komentarzu usłyszałem, że
ten duchowny odegra chyba ważną rolę w Kościele... Prorocze słowa.
Dotąd nikt z naszego wczasowego turnusu nie dociekał kto jest kto i nie dzielił
nas na partyjnych i bezpartyjnych. Teraz łatwo było zgadnąć u kogo tkwi w
zanadrzu czerwona legitymacja, a kto jej nie ma. Ci pierwsi głośno i
ostentacyjnie gaworzyli o pogodzie (a zbierało się na ulewną górską
trzydniówkę...) – ci drudzy byli ożywieni w przeczuciu jakichś istotnych zmian.
Partyjnym zabrakło wytycznych. Cieszyć się jakby nie było z sukcesu rodaka, czy
okazywać obojętność? W pobliskim kościółku bito w dzwony. – Zobaczysz, że
wszystko się teraz zmieni... – powiedziała Irena, nakładając mi na talerz porcję
jajecznicy niestety bez deficytowych skwarków. I miała po stokroć rację.
W stanie wojennym, jakby pozbywszy się balastu lat, pedałowałem ze studencką
pielgrzymką rowerową na spotkanie z Papieżem na Stadionie Dziesięciolecia w
stolicy. Z etapu na etap anieleliśmy z pewnym gdańskim poetą, podobnym wówczas
jak ja niedowiarkiem. Pchając w pocie czoła rower i bagaż pod górkę wreszcie
wyznałem księdzu zastarzałe, świeższe i najświeższe grzechy... Poeta też. Potem
był Gdańsk i homilia z „mostku kapitańskiego” do milionowego tłumu. A w 1988
nawet udało mi się za sprawą pewnego dominikanina wślizgnąć na audiencję
prywatną w Watykanie i ucałować piotrowy pierścień. Potem... Potem....Potem...
Aż doznałem metafizycznego dreszczu, gdy nagły wiatr przewracał na trumnie karty
wyłożonej Ewangelii i zamknął nagle okładki świętej księgi.
Chyba my, peerelowskie leśne dziadki, także jesteśmy z pokolenia JP2.
29. Requiem dla nie odwiedzanych
Także tym razem nie złożę kwiatów i nie zapalę zniczy na grobie Ojca. Ani nie
uprzątnę jesiennych liści. Udało mi się to tylko raz w 1990 roku, w pół wieku po
jego śmierci. Dożył 59 lat, gdy pocisk z przyłożonego do karku pistoletu przebił
mu potylicę, wydrążył w mózgu ścieżkę i wybił otwór w czole. Rok wcześniej,
zdrów i z rodu długowiecznych, budował fabrykę zbrojeniową w Centralnym Okręgu
Przemysłowym.
Mało go jakby znalem i nie zdążyłem powiedzieć, że go po swojemu kocham.
Przebywał głównie na Śląsku Cieszyńskim, budując stacje PKP w Wiśle i Ustroniu,
szlaki kolejowe i eksploatując kamieniołomy. W Krakowie zjawiał się w piątki
wieczorową porą, w sobotę jechał polować w podkrakowskich Toniach na zające lub
łowił pstrągi w Dunajcu, a w niedzielę spotykał się z przyjaciółmi u „Bizanca”
przy kawie i kieliszku starki. Tak go uwiecznił były kelner Worcell w „Zaklętych
rewirach”. Legitymację uprawniającą do wędkowania w Dunajcu znaleziono
identyfikując jego zwłoki. Straszne słowo wyjaśnia wszystko. Snem wiecznym śpi w
Katyniu.
Historia świata zna równie okrutne mordy zbiorowe choćby w wykonaniu Dżyngis
Chana czy Iwana Groźnego, już nie wspominając o Hitlerze. Minister Ławrow
właśnie nas przestrzegł przed stawianiem znaku równości między III Rzeszą a ZSSR,
gdy o zbrodnie wojenne idzie. Ma nieco racji. A jednak w zbrodni katyńskiej jest
coś szczególnie ohydnego. Wkroczono bez wypowiedzenia wojny na suwerenne
terytorium sąsiada, wciąż jeszcze broniącego się przed najeźdźcą z Zachodu i z
miejsca przystąpiono do wyłapywania polskich oficerów, policjantów i
funkcjonariuszy służb mundurowych, a także ziemian, prokuratorów i sędziów,
niekiedy kleru – by ich wkrótce zabić. Odkrycie zbrodni w 1943 r. wykorzystano
perfidnie do ataku na rząd RP na emigracji. Większość ofiar, podobnie jak
Ojciec, porucznik rezerwy, nie miała przedtem kontaktu z Rosjanami i do 17 września 1939 uważała
ZSRR raczej za potencjalnego sprzymierzeńca w wojnie z III
Rzeszą.
Niech spoczywają w pokoju.
30. Do piór – póki czas...
W nowo wydanym „Słownik dziennikarzy i publicystów Pomorza” dodano mi dwa
lata i tak wyszedłem na absolutnego nestora dziennikarskiej branży. Pewnie ujęto
je jakiejś kokieteryjnej koleżance. To w końcu mało ważne, od ilu lat ZUS raczył
mi przyznać ekstra zasiłek dla stulatków – za to istotne, że wciąż pamiętam
listopad 1918 i niespodziewany wybuch Niepodległości. W mym Krakowie ze starszym
o rok gimnazjalnym kolegą rozbroiliśmy na rogu Basztowej i Krowoderskiej
austriackiego sztabskapitana, po akcencie Czecha albo Słoweńca, choć początkowo
nie chciał oddać szabli. – Das ist Ehrensache, to sprawa honoru - tak z
ekspresją wykrzykiwał, ale w końcu białą broń odpiął. Pamiętam też, jak się
zgłaszałem do powstania śląskiego. – Tyś synek z gwera jeszcza nie strzyloł, a u
tych pieruńskich szwabów som ino takie, co byli w weltkriegu na froncie –
uzasadnił odmowę dobroduszny Ślązak w punkcie werbunkowym na Małym Rynku, a ja
wychodząc z żalu chlipałem cicho w rękaw. Oczywiście jeszcze ostrzej rysuje mi
się pogrzeb Marszałka w 1935 roku i grubas Goering z buławą w kondukcie za
trumną, a potem kilka nalotów Luftwaffe na Kraków, wielka ucieczka na wschód,
inwazja Sowietów przeżyta w Berestowcu na Podolu, lata okupacji spędzone w
Krakowie i tamże w 1945 r. wspaniałe wianie Niemców wąskim wyjściem na południe.
Młodzi gniewni badacze nowszych i najnowszych polskich dziejów malują
międzywojnie zbyt różowo, za to PRL jednolicie na czarno. Bez oczywistych
półcieni i odcieni. W jednym worku upychają więc czasy Bieruta, Gomułki, Gierka
i Jaruzelskiego, nie wyczuwając ani grubych niekiedy różnic, ani cieniutkich
niuansów. Jako propaństwowiec, lojalista i entuzjasta opowiadam się za
powszechną lustracją wszystkich przez wszystkich, za masową mammografią nawet
dla panów, za corocznym sprzątaniem świata w wykonaniu przedszkolaków, za
sadzeniem drzewek, za redukcją emisji CO 2, za schetynówkami zamiast drogich
autostrad i za radykalnym oczyszczeniem PZPN. Ale marzy mi się też powszechna
akcja pisania wspomnień przez staruszków, zanim zamroczy ich do reszty
bezlitosny Alzheimer albo wezwie zniecierpliwiony święty Piotr. Po rzetelnej
naukowej obróbce faktów i fakcików, chyba w IPN, mogłaby z tego powstać
Skarbnica Dziejów Najnowszych (SDN) w elektronicznym zapisie. Dostępna dla
magistrantów i doktorantów, literatów i popularyzatorów, a także dla zwykłego
Kowalskiego, ciekawego wzlotów i upadków swoich dziadków i pradziadków.
A więc wiekowe damy i dżentelmeni - do piór!
31. Świta w tunelu?
W ponurym jak noc wampirów i wstrząsanym giełdowym kryzysem październiku
2008, już na szczęście minionym - jedno wydarzenie umacniało wiarę w sens Unii,
zwykłą solidarność i triumf dobrej woli. Oto kierowca TIR, wiozący do Francji
ładunek opon, doznał na trasie wylewu. Resztką świadomości powiadomił przez
komórkę żonę, podając gdzie we Francji zjechał na pobocze i włączył
sygnalizację. Żona nie wiele myśląc zaalarmowała komisariat policji tam gdzie
mieszka, czyli w podwarszawskim miasteczku Legionowie.
W mediach jest sporo sytuacji, kiedy sfrustrowany dyżurem policjant bagatelizuje
równie dramatyczne doniesienie. Ale tym razem sprawy potoczyły się inaczej.
Legionowscy dyżurni niezwłocznie przekazali meldunek Komendzie Głównej, ta z
miejsca powiadomiła INTERPOL, skąd wiadomość o Polaku dotarła do placówki
policyjnej we Francji. Helikopter namierzył polską ciężarówkę na poboczu i
nieprzytomny już kierowca w godzinę od zasłabnięcia znalazł się w szpitalu.
Zabezpieczono też TIR z ładunkiem.. Czyż nie przypomina to wręcz dydaktycznego
filmu dla młodzieży? Z happy endem szczypiącym serce, choć mało prawdopodobnym?
Warto wspomnieć opisany incydent z kilku powodów. Wręcz modelowo zachował się
policjant odbierający alarmujące zgłoszenie. Może widzę zbyt czarno, ale na ogół
w podobnych przypadkach żona usłyszałaby tłumaczenie o braku kompetencji
terenowej i sugestię zadzwonienia do ambasady RP w Paryżu. Albo do któregoś z
naszych europosłów... Może taka okrężna droga dałaby w miarę pozytywny rezultat,
ale w podobnych sytuacjach minuty i sekundy decydują o szansach przeżycia. Ten
łańcuch dobrej woli, zaistniały bez cienia biurokratyzmu, świadczy że Unia
Europejska to nie tylko krowa hojna i dojna funduszami strukturalnymi, ale
rodząca się na naszych oczach ludzka wspólnota ponad granicami, nacjami i
barierami językowymi. Nikt tym razem nie upewniał się, kto, kiedy i ile za tę
akcję zapłaci.
A policjanci z Legionowa, od których to się zaczęło, zasługują na gwiazdki lub
belki na naramiennikach. I na sowite premie.
32. 10 dni w Kraju Orła
Samolotem Lufthansy z Monachium do Tirany podróżowali chyba tylko Albańczycy. Po
starcie zapanowała familiarna atmosfera. Częstowano się smakołykami. - Shquiptar?
Shquiptar? – chwycił mnie sąsiad za ramię, patrząc w oczy... - No Shquiptar, nie
jestem Albańczykiem – tłumaczyłem nie wiedząc, że po albańsku „no” z lekkim
potakiwaniem akurat oznacza „tak”. Po półtorej godzinie z chmur wynurzył
się Adriatyk i skalisty ląd z zakolem plaży. Usiedliśmy łagodnie na lotnisku
Matki Teresy, Albanki pochodzącej z Kosowa. Jest oddalone o 30 kilometrów od
Tirany. Albański pogranicznik zdziwił się na widok mego paszportu. – You
Polonia? First time Albania? Potwierdziłem. Za wydaną od ręki wizę skasowano 10
euro. Dumny „Kraj Orła” jeszcze nie należy jeszcze do Unii, ani do Układu z
Schengen.
Minąłem barierę i spostrzegłem doktor Marinę T., moją ofiarną przewodniczkę
po tym nieco egzotycznym dla nas kraju. Po półgodzinnej jeździe wynurzyła się
Tirana, przylegająca do niemal pionowej ściany skalistej góry Dajt, tak jak
Zakopane przytuliło się do Giewontu. Ulice są w niej zatłoczone, chyba każdy
Albańczyk po ustrojowej zmianie w 1991 roku kupił gdzieś w Europie używane auto.
Nikt nie przestrzega prawideł ruchu, auta wciskają się na ronda na potęgę, piesi
włażą na jezdnię w dowolnym miejscu, nie respektuje się czerwonych świateł, a
mimo to w ciągu pobytu nie zauważyłem ani kraksy, ani potrącenia przechodnia.
Pełno na skrzyżowaniach policji w niemal admiralskich mundurach, poganiającej
lizakami sznur samochodów. Co krok trafiają się pizzerie, bary i kafejki, o
każdej porze pełne mężczyzn. Samotnych pań w nich nie widziałem. Są już w
Tiranie lokale na europejskim poziomie, z obsługą liczniejszą od gości, co
pośrednio świadczy o wysokim bezrobociu. Za to kurs miejscowej waluty do euro
jest od lat stabilny. Jak oni to robią mimo kłopotów gospodarczych i niskiego
produktu krajowego brutto?
Codzienne wyprawy autem doktor T. z emblematami Unii przynosiły raczej
pozytywne spostrzeżenia. Radzono mi przed odlotem zaopatrzyć się w kuloodporną
kamizelkę, straszono tradycyjnym kodeksem „Kanun” przewidującym oko za oko i
krew za krew, gdy tymczasem Albańczycy w Tiranie, Kamez, Kruja czy nadmorskim
Durres okazali się przyjaznymi i skłonnymi do bezinteresownej pomocy
cudzoziemcom. Choćby w dotarciu pod dany adres przy całkowitym braku numeracji
domów i nazw większości ulic. Nikt nie wyciągał za to ręki po bakszysz. Są dumni
z historii swej ojczyzny – i to na każdym etapie, nie wyłączając całkowitego
odcięcia Albanii od reszty świata za komunistycznej dyktatury.
Dyktator Enver Hodża ogłosił w 1967 roku Albanię „pierwszym w Europie
państwem ateistycznym...” nakazując zburzenie meczetów, cerkwi i kościołów lub
ich zamianę na domy kultury czy magazyny. Religia wkracza z powrotem w życie
narodu. Arabscy szejkowie wykładają petrodolary na odbudowę strzelistych
minaretów, z Europy przybywają księża z misyjnym przesłaniem. Jednego z nich, od
13 lat ewangelizującego 100 – tysięczny Kamez, miałem okazję poznać. Gdy
zaczynał zadanie - ledwie kilkadziesiąt osób twierdziło, iż były potajemnie
ochrzczone – a dziś parafia Ojca Konrada van Kerschavera, rodem z Belgii, liczy
aż 13 tysięcy wiernych.
Mieszkałem u pary inżynierów. On, lat 50, zarabia równowartość 250 euro, a
jego żona jako rzeczoznawca nieruchomości o 100 euro więcej. Ale dorobili się
piętrowego domu i to o niezłym standardzie. I znów pytanie – jak oni to robią?
Z niedosytem wrażeń opuszczałem kraj jeszcze nie otwarty na przybyszów z
zagranicy, pełen kontrastów i niespodzianek. W porcie lotniczym odprawiono mnie
sprawnie i życzliwie, niewielki samolot uniósł z powrotem do Monachium. Shume
falemnderit, bardzo dziękuję Albanio vel Shquiperio za interesujący pobyt. I do
zobaczenia...
33. Nie prywatyzujcie nam armii!
Zapowiadane uzawodowienie Wojska Polskiego przewiduje stan 120 tys.
profesjonalnych żołnierzy. Teraz jest ich około 80 tysięcy, ale minister Obrony
Narodowej jest dobrej myśli i zapowiada, że rekrutacja dalszych 40 tysięcy
ochotników nie stworzy trudności. Już miała się zgłosić ponad połowa chętnych do
zawodowej służby, a wielu spośród obecnie służących żołnierzy nadterminowych
wyraża chęć pozostania nadal pod bronią i w mundurze. Stan 120 tysięcy żołnierzy
zawodowych jest podobno wielkością optymalną. Nie ilość zresztą rozstrzyga na
współczesnym placu boju, lecz jakość uzbrojenia, wyposażenia i wyszkolenia.
Żołnierz z poboru, wzięty w przysłowiowe kamasze na rok czy nawet mniej, ledwie
nauczy się stawania na zbiórki, równania w prawo i marszu równym krokiem, gdy idzie już do cywila...
To wszystko jak mawiają niektórzy politycy oczywista
oczywistość, ale trudno nie mieć na marginesie kilku co najmniej wątpliwości.
Wprawdzie do przełamania linii frontu wystarcza odpowiednie zmasowanie broni
pancernej, wspieranej artylerią, rakietami i lotnictwem - ale do utrzymania
zdobytego lub bronionego terytorium niezbędna jest nadal żywa siłą, czyli
odpowiednia ilość żołnierzy. To o dodatkowe kontyngenty a nie o czołgi czy
opancerzone transportery wołają zdesperowani dowódcy sprzymierzonych wojsk w
Afganistanie. Zresztą zwykle bezskutecznie.
Wielkość uzawodowionego (cóż za
okropny przymiotnik...) Wojska Polskiego będzie ledwie o 20 tysięcy mniejsza niż
liczebność Policji i dużo mniejsza od potężnej armii ochroniarzy w handlu i
przemyśle, ocenianej na 2000 tysięcy. W ubożuchnej Polsce między dwiema wojnami
stan etatowy Policji Państwowej wynosił około 45 tysięcy (notabene przy o wiele
większym niż dziś terytorium i wrogo nastawionych mniejszościach narodowych....)
- natomiast Wojsko Polskie na stopie pokojowej wraz z Korpusem Obrony Pogranicza
liczyło do lutego 1939 roku 350 tysięcy. A w maju 1945 roku, gdy umilkły działa
na europejskim teatrze wojny, pod bronią mieliśmy w LWP około 400 tys.
żołnierzy, 195 tys. w Polskich Silach Zbrojnych na Zachodzie i około 150 tys.
partyzantów w kraju i zagranicą, jak np. we Francji czy Jugosławii.
34. Dwuślad pod choinkę?
„Kohany Aniołku – gryzmoliłem ongiś na kartce z zeszytu – pszynieś mi pod
drzewko wyścigufkę do nakrencania...” W Krakowie dzieci wierzyły w Aniołka,
Mikołaj zjawiał się tylko 6 grudnia ze słodyczami lub alternatywnie rózgą
Zamówionym u Aniołka autkiem wykonywałem na parkiecie kontrolowane poślizgi jak
Jan Ripper, przedwojenne bożyszcze rajdów do Morskiego Oka. Pierwsze prawdziwe
auto, oczywiście „Syrenę”, kupiłem będąc 40-latkiem i zadłużając się po uszy. A
dziś daje się dzieciom używane samochody, najwyżej pięcioletnie, na pomaturalny
upominek. Auta i u nas stały się tym, czym były na Zachodzie – środkiem dojazdu,
w kosztach eksploatacji niemal porównywalnym z biletami komunikacji publicznej.
Po krótkim pobycie w Albanii pisałem, że chyba każdy Albańczyk po przemianie
ustrojowej kupił na Zachodzie używany pojazd dwuśladowy. Podobnie jak u nas była
to zrozumiała reakcja na okres, w którym prywatne auto było dla ogółu
niedostępnym przedmiotem marzeń o szybkim i swobodnym poruszaniu się po dobrych
drogach. Ale tak przecież nie jest. Wlokąc się w korkach z zazdrością oglądamy
wyprzedzających nas rowerzystów, a nawet pieszych. U celu kołujemy tracąc cenny
czas w poszukiwaniu miejsca za friko, bo na płatne parkingi nas na ogół nie
stać. Wydaje mi się, że w wydziałach komunikacji premiuje się i awansuje
urzędników, wynajdujących coraz to nowe ulice dla oznakowania zakazu postoju.
Motywację owiewa mgiełka tajemnicy, bo widuje się te znaki na ulicach tak
przestronnych, że minęłyby się na nich kolumny pojazdów z ładunkami
ponadnormatywnymi, jak holowniki rzeczne na platformach czy samoloty pasażerskie
do remontu. Kupiłeś głupcze samochód, to wlecz się, kołuj, denerwuj, spóźniaj i
za wszystko płać – zdaje się brzmieć niepisana reguła postępowania. Naturalnie
nadchodzące pokolenia będą pękały ze śmiechu widząc na starych filmach nasze
współczesne samochody, podobnie jak my podśmiewamy się z pojazdów z początków
motoryzacji, lecz własny pojazd mechaniczny to wciąż istotny miernik jakości
życia i postępu technicznej cywilizacji. Ale by służył swoim założeniom trzeba
dobrej woli wielu zainteresowanych stron.
Smętną refleksję dedykuję władzom licznych miast (choć na szczęście nie
wszystkich...) szafujących bezlitośnie i chyba bezmyślnie znakami zakazu,
łupiących nieszczęsnych kierowców z racji parkowania pod automatami. Carl Benz
(1844 – 1929), wynalazca samochodu i tata pięknej Mercedes, .pewnie z oburzenia
obraca się w grobie...
35. Hau hau, miau miau - felieton zoologiczny
Ludzie po Świętach często zwracają lekkomyślnie nabyte pieski, kotki, chomiki,
świnki morskie, myszki i szczurki. Ulegli prośbom dzieci, obiecujących opiekować
się żywym nabytkiem, lecz albo przeszły im dobre chęci, albo stworzonko okazało
się uciążliwe. Nasiusiało na dywan, pogryzło pantofle, podrapało dziecko albo po
prostu się sprzykrzyło. Sam będąc ongiś dzieckiem, po smutnych doświadczeniach z
rybkami źle reagującymi na chlor, ślimakami, kijankami i świnką morską – nie
chciałem piesków ani kotków, choć do tych kręgowców stałocieplnych żywię
pozytywny stosunek. Hodowałbym co najwyżej patyczaki (gatunek Cheleutoptera)
jako interesujące, bo czasem dzieworodne. Ale nie są zbyt kontaktowe.
Miłość psa to jedyne prawdziwe i trwałe uczucie do kupienia za pieniądze
Rzecz jednak w tym, że dla psa i człowieka nie tyka równomiernie zegar
biologiczny Nasz rok życia to dla psa jakby 7 lat, zatem pies piętnastolatek, a
tylu lat dożywają, to ponad stuletni starzec. Wzięta z azylu Beta, pełna werwy
suczka mieszanej rasy, szacunkowo trzyletnia, w ciągu dekady nabawiła się
cukrzycy, oślepła i zachorowała na złośliwy nowotwór. Cierpiała w godnym
milczeniu. Gdy z bólu przegryzła sobie brzuch, usiłując wyszarpać raka zębami –
jej pani z musu podjęła odkładaną decyzję. Beta nie protestowała, obserwując
krzątanie się wezwanej psiej śmierci w białym fartuchu i ze strzykawką, a nawet
oglądała ją z widoczną ulgą. Podobnie Tyson, bokser z pedigree czyli szlacheckim
rodowodem, szybki jak błyskawica, radosny i pełen chęci do figli – pod
piętnastkę otępiał, obolał i wyraźnie wstydził się swej słabości. Mężnie jak na
wojownika przystało, bez protestu, poddał się zabiegowi niosącemu wieczną ulgę.
Ma w ogrodzie, gdzie tak harcował, niewielką trawiastą wypukłość ozdobioną jego
ulubionymi bawidełkami.
Może się narażę gdy wyznam, że czasami, zwłaszcza w zimowe bezsenne noce,
zazdroszczę pieskom ich prawa do szprycy.
36. Rezonans za Odrą
Znów jestem poza zasięgiem naszych mediów z wyjątkiem Warszawy na długich
falach, odbieranej wśród huków i trzasków. Tutejsze media papierowe i
elektroniczne maja na większość spraw inny niż nasz punkt widzenia, niekiedy
uwarunkowany historycznie. Niemieckim komentatorom więc nie wypada oceniać zbyt
krytycznie poczynań Izraela w strefie Gazy, coraz ostrzejszych i bardziej
krwawych. Dla zrównoważenia win pokazuje się więc wpierw skutki eksplozji rakiet
Hamasu odpalanych na Izrael i rosnący co dzień zbiór ich resztek. Oglądnąłem też
w TV roztańczony pochód Hamasu, niosący wśród podskoków i okrzyków triumfu
kolejną rakietę do wyrzutni.
Niemieckie gazety mocno wychwalają Czechów z okazji ich prezydencji w Radzie
Europy. Wynika z komentarzy, iż mimo znanych fochów prezydenta Klausa, to
właśnie oni spośród wszystkich ludów „Osteuropy“ najbardziej nadają się do
przywództwa i wyrównywania różnic politycznych oraz ekonomicznych. Pod niebiosa
chwali się też rozwój niedużej lecz jakże zapobiegliwej republiki nad Wełtawa i
sławi czeski charakter narodowy, jakoby skłonny do rozsądnych kompromisów.
Natrafiam też w innych artykułach na komplementy pod adresem Litwy, w tym na
historycznie podkolorowany i obszerny reportaż o Vilniusie, bez jakiejkolwiek
wzmianki o trwającej kilka wieków więzi Wilna z Rrzeczpospolitą Obojga Narodów.
Bardzo życzliwie piszą Niemcy również o Słowacji z racji jej przystąpienia do
strefy Euro. Na zdjęciach widać, jak bracia Słowacy całują z uniesieniem
nowiutkie eurobanknoty.
Przerzucając co dzień niemiecką prasę w poszukiwaniu choćby najmniejszej
wzmianki o Polsce doznałem wreszcie satysfakcji. Bingo! Oto u Mirosława T., lat
39, drogówka w Eilbek namierzyła 4,09 promila, co „Frankfurter Sonntagszeitung“
w dłuższej od tego felietonu informacji uznała za niemal światowy rekord. Było
tam też o innym Polaku z niezłym wynikiem 3,58. I tak dobrze, ze obaj mieli
prawa jazdy i ich auta nie były kradzione…A przed Sylwestrem 2008 media usilnie
przestrzegały przed odpalaniem „Polenvböller“, tyle co „polskich petard”, pod
którą to zbiorczą nazwą rozumie się tu tani wybuchowy chłam, masowo przemycany
głównie z krajów Dalekiego Wschodu.
Morał stąd taki, ze nasza konsekwentna „polityka historyczna“, rozpoczęta od
akcji tropienia dziadków z Wehrmachtu, znalazła za Odra odpowiednio silny
rezonans.
37. Święta czy wariatka – a może sposób na kryzys?
W gazecie „Polska – The Times”” dziennikarz
niedawno opisał swój eksperyment przetrwania tygodnia za 110 złotych.
Samozaparcie autora zasługiwało na podziw, choć załamał się przed zakupem
szorstkiego jak skóra rekina szarego papieru toaletowego i wybrał biały, o
złotówkę droższy. Są jednak tacy, co egzystują całkiem bez pieniędzy i nieźle im
się to udaje.
W Niemczech już od 13 lat bez pieniędzy obywa się psychoterapeutka Heidemarie
Schwermer, lat 67. Podkreśla w wywiadach prasowych i telewizyjnych, że tylko dwa
do trzech razy w życiu kładła się z musu spać głodna, a zwykle bywa „totalnie
syta...”. Wszystko zdobywa w utworzonym przez nią „kręgu wymiany”, więc dajmy na
to fryzjer strzyże ją w zamian za pilnowanie dzieci, a mechanik naprawił kiedyś
zepsute stare auto za umycie okien. Ten krąg formować zaczęła wśród bezdomnych,
ale znaleźli się w nim wkrótce emeryci i bezrobotni. Życie bez pieniędzy stało
się dla niej pełniejsze, barwniejsze i bogate w przygody. Nadal świadczy ludziom
porady psychoterapeutyczne, ale za chleb, proste artykuły żywnościowe albo
używaną odzież. Pilnuje mieszkań i domów. Ale tak nie naprawiłaby świata, więc w
wolnym czasie pisze i wydaje programowe książki. Zwykle około tygodnia mieszka u
przygodnie poznanych ludzi, na przykład w rewanżu za... łupanie orzechów albo
opowiadanie o sobie ich zaproszonym znajomym.
Jest z własnego wyboru od lat bezdomna. Wszędzie
za to czuje się jak u siebie, o gdy chce się wyciszyć – idzie spać do lasu.
Wszystko co ma mieści się w jednej tylko walizce. Jej garderobę uzupełnia zwykle
telewizja zamiast pieniężnych honorariów. Tak dorobiła się trzech par butów, ale
jej zdaniem to o dwie pary za dużo...Nie zbiera zdjęć ani artykułów o sobie, nie
pisze wspomnień. Soczewki w okularach wymienia jej zaprzyjaźniony optyk za
opiekę nad kotem, za podobne drobne usługi dorobiła się już czwartej komórki. Od
lat 20 nie była u lekarza, bo mocno wierzy w samouzdrawianie się organizmu.
Kładzie więc rękę na bolące miejsce i czeka aż ból minie. A jeśli się jej to
kiedyś nie uda, to jest gotowa po prostu umrzeć. Trzy razy otarła się już o
śmierć. Powołując się na Jezusa i średniowieczne zakony żebracze odpiera
zarzuty, że propaguje utopijny komunizm. Albo że głosi utrzymywanie leniwych na
koszt pracowitych. Nic nie ma, za to jest – i to dla niej znacznie więcej
znaczy.
Kto wie – może to właśnie
sposób na przetrwani kryzysu, nadciągającego nad Polskę niczym tsunami?
38. Albania dla początkujących – zapiski z podróży
Wstępne wrażenia to upał po locie z mroźnego Monachium, pozytywne
zaskoczenie lotniskiem imienia Matki Teresy, natłok samochodów poruszających się
wbrew regułom ruchu, wyłączenia prądu i warczące przed sklepami generatory,
zmiatanie odpadów do płynącej przez Tiranę Lany – ale także życzliwość dla
cudzoziemców, daleka od chętki na bakszysz...
Mój gospodarz Gazmend S., lat 50, zarabia jako inżynier równowartość 250 euro.
Jego żona Pranvera, w skrócie Vera, młodsza o 10 lat, ukończyła politechnikę w 1991 roku, na początku przemian. Szacując nieruchomości zarabia o 100 euro
więcej niż mąż. Mówi po angielsku. Angielski Gazmenda ogranicza się do pytania
„Albania good?” - co zawsze potwierdzam. Trudno dociec, jak przy tych zarobkach
dorobili się piętrowego domu przy Rruga Shkurti - bez numeru, bo numerowanie
domów nie jest znane.
Adresuje się listy na przykład „Zielony dom obok trzech
platanów”.
Oboje są muzułmanami, ale chyba nie przestrzegają zbytnio Koranu. Nie widziałem
Gazmenda bijącego pokłony w stronę Mekki. Częstuje mnie mocną raki, pędzoną z
winogron w ogródku i nie wzdryga na widok kiełbasy z Pruszcza.
Polonia? Poland? Pani Vera nie bardzo wie, gdzie ta Polska. Ze zdziwieniem
słyszą, że Jan Paweł II był Polakiem. Nie reagują na hasła Solidarność, Wałęsa,
Boniek czy Bracia Kaczyńscy. To skutek odcięcia się Albanii w 1978 roku od
świata po zerwaniu egzotycznego sojuszu z Chinami Zbudowano wtedy 700 tys.
małych bunkrów, by odeprzeć wyimaginowany atak Układu Warszawskiego lub NATO. Z
tej epoki ten nieliczny ( 3,5 mln mieszkańców) naród od 1991 roku dopiero się
otrząsa... Choć zwłoki dyktatora Envera Hodży wyeksmitowano z mauzoleum -
piramidy w centrum Tirany, nadal ma aleję swego imienia.
Pytam o rozliczenia z Sigurimi, albańską bezpieką. Vera kręci głową. Nie ma ich
i nie będzie. KP Albanii po 1991 r. nazwała się Partią Socjalistyczną i jest w
opozycji do rządzącej Partii Demokratycznej. Ale również PS opowiada się za
akcesem do NATO i do Unii. Vera wierzy, że Albania znajdzie się w obu
instytucjach za pięć lat.
Nieco skomplikowanej historii
Muzeum Historyczne na Placu Skanderbega złupili Włosi po aneksji Albanii. Ale
jest warte zwiedzania. Na frontonie, na ogromnej mozaice, komunistyczni
partyzanci pod czerwonym sztandarem niosą Albanii wolność... To tak, jakbyśmy
wciąż czcili AL., Bieruta i Nowotkę czy wejście Armii Czerwonej. Ale Albańczykom
taki anachronizm nie przeszkadza
U zarania dziejów był tu kraj Ilirów, który dostał się pod panowanie Rzymu.
Potem rządziło Bizancjum, Bułgarzy i Serbowie. Po klęsce wojsk serbskich,
węgierskich, bośniackich, bułgarskich i albańskich w 1398 roku na Kosowym Polu,
Albanią na pięć wieków zawładnęli Turcy.
Wśród eksponatów sporo wykopalisk greckich i rzymskich. Monety, amfory,
nagrobki, fragmenty rzeźb. Wiele miejsca poświęcono wyzwalaniu się spod
tureckiego władania. Upamiętniono wyzwoleńcze walki pod wodzą Skanderbega i jego
zwycięstwa nad Turkami. Ale bardziej zainteresowały mnie zdjęcia albańskich
wojowników z przełomu XIX i XX wieku. Sumiaste wąsiska i marsowy wygląd, niezłe
uzbrojenie. Turcy musieli traktować ich serio i wreszcie w 1913 r. opuścili
podbity kraj.
Od 1913 do 1925 roku Albania była królestwem z Wilhelmem I, niemieckim księciem
von Wied. Potem stała się republiką, jednak w 1928 roku premier Ahmed Zogu
ogłosił się królem Zogiem I. Za jego panowania Włosi mocno usadowili się w
albańskiej gospodarce. W kwietniu 1939 anektowali Albanię niemal bez oporu. Król
Zog I nie mógł poderwać narodu do walki, bo radioodbiorników nie było i mało kto
wiedział o desancie w okolicach Durres. Opuścił kraj i umarł na emigracji w
Paryżu. Król włoski stał się królem Albanii i obie monarchie połączyła unia
personalna.
Z dziejów nowszych ciekawe są zdjęcia brytyjskich oficerów, delegowanych do
walczącej z Włochami i Niemcami albańskiej partyzantki. Podobnie jak w
Jugosławii Brytyjczycy troszczyli się o zrzuty broni i amunicji. To tłumaczy, że
dobrze uzbrojeni komuniści 17 listopada 1944 zajęli Tiranę i przepędzili resztki
okupantów, a 28 listopada utworzyli samozwańczy rząd. Trwali u władzy do 1991
roku.
Lek i euro - jak to się udaje?
Mary ukończyła w 1992 r. prawo w Tiranie, po czym w Roterdamie zgłębiała prawo
międzynarodowe. Jest prawosławna. Z przejęciem opowiada, jak po wypowiedzeniu
przez reżim wojny wszelkim religiom, więc islamowi, prawosławiu, katolicyzmowi i sekcie Begtashi – babcia ochrzciła ją w tajemnicy. Z Mary zwiedzam okazałą
dzielnicę w centrum Tirany, za komuny strzeżoną i dostępną tylko dla wysokich
partyjniaków. Takie albańskie Miasto Zakazane.
Lunch z Mary w restauracji na przyzwoitym poziomie. Lokale są tu pełne do
późnych godzin. Kelnerzy mówią trochę po angielsku i wyglądają na studentów.
Jest ich więcej niż trzeba. Jeden otwiera drzwi, drugi pomaga wysupłać się z
okrycia. To świadczy o taniości siły roboczej, a pośrednio o bezrobociu.
W Albanii można tanio i znakomicie zjeść. Gośćmi zwłaszcza wieczorem są niemal
wyłącznie mężczyźni. Palą bez ograniczeń, więc sale toną w błękitnym dymku.
Płacąc odruchowo przeliczam albańskie leka na euro. Jak wyczytałem w przewodniku
sprzed trzech lat, kurs leka do euro wynosił 120 leków do 1 euro i tyle samo
płacą tu w kantorach dzisiaj. Jak udaje się słabej wolnorynkowej gospodarce
ustabilizować walutę i unikać ryzyka zmian kursowych?
„Wielka Albania” to utopia
W 627 roku przed naszą erą iliryjski król Epidamnos założył Dyrrah, dzisiejsze
Durres. Okno na świat dla startujących stąd promami do Bari na włoskie saksy.
Wpływy włoskie w Durres przejawiają się w architekturze. Ostatnio do końca
niemal zabudowano domami w włoskim stylu piękne plaże. W restauracji „Belvedere”,
gdzie fale przyboju chlastają na stoliki, kelner się rozpromienił, gdy w języku
Dantego zaordynowałem „un vino rosso”.
Jestem w Durres umówiony z anglistą uniwersytetu w Tiranie profesorem. Vangjel
Dheri i jego małżonką. W Muzeum Archeologicznym oglądamy zbiory greckich monet z
czasów gdy Ilirowie, przodkowie Albańczyków, handlowali z Grekami. Podbój przez
Rzymian pozostawił za to wiele alabastrowych i marmurowych rzeźb, niekiedy
świetnie zachowanych, w tym nagrobki z łacińskimi inskrypcjami. Inną atrakcją
jDurres jest odkryty przypadkowo w 1966 roku i odkopany rzymski amfiteatr dla 20
tys. widzów z II wieku przed Chrystusem. Za 200 leków funduję spacer tunelem dla
lwów, groźnie porykując.
Pytam profesora o koncepcję „Wielkiej Albanii”, w której znalazłoby się Kosowo i
część terytoriów Macedonii i Czarnogóry, zamieszkałych przez albańską
mniejszość. Przyznaje, że taki pomysł istnieje w nacjonalistycznych kręgach, ale
w Europie pod sztandarem Unii jest jego zdaniem bez szans.
„Religią Albańczyków jest Albania....”
Trudno dociec, czemu w Albanii władza zaciekle zwalczała wyznawane religie.
Zrównano z ziemią wieżyczki minaretów, zburzono cerkwie i kościoły lub
zamieniono w domy kultury. Z pogromu ocalał tylko zabytkowy meczet z 1789 roku
przy placu Skanderbega. Przed nim widziałem rozkładane dywaniki, a na nich
modlących się mężczyzn. Głównie młodych.
„Religią Albańczyków jest Albania...” – głosił dyktator Enwer Hodża. W 1967 roku
oficjalnie uznano, że Albania jest pierwszym w Europie krajem ateistycznym. W
Muzeum Historycznym znajduje się odtworzona cela, w jakiej więziono kapłanów
oczekujących na męczeńską śmierć.
Jadę do 100 – tysięcznego Kamez na spotkanie z proboszczem jedynej katolickiej
parafii. U progu „Kisha Katolike Kamez” witają mnie siostry Roswitha i Augustina.
Wystąpiły z zakonu w Niemczech, by w Albanii utworzyć nową wspólnotę i prowadzić
działalność misyjną. Przy kawie i ciasteczkach dołącza do nas ksiądz proboszcz
Konrad van Kerschaver, Belg od 13 lat zamieszkały w Albanii. Gdy pojawił się w
Kamez – zgłosiło się ledwie kilkadziesiąt osób, twierdzących iż je ochrzczono
potajemnie w katolickiej wierze. Dziś ma ponad 13 tys. parafian. Po trzech
latach głosił już kazania po albańsku i spowiadał. Ileż charyzmy musi tkwić w
tym niepozornym, wesołym i rozmownym 60-latku, by tyle dokonać w obcym, niemal
egzotycznym kraju, gdzie ludzie mówią językiem niepodobnym do żadnego z
europejskich!
Górskie dziewice wciąż aktualne
Do Kruja, 50 km od Trany, gdzie w 1405 r. urodził się w książęcym rodzie bohater
narodowy Gjergj Kastrioti zwany Skanderbegiem, wiezie mnie Gazmend 20-letnim
mercedesem. Można doznać zawrotu głowy na wijących się w górę serpentynach.
Muzeum Skanderbega, monumentalną budowlę z kamiennych bloków, usadowiono na
skalistym szczycie. W pustawych salach przeważa apoteoza czynów wodza nad
oryginalnymi eksponatami. Wśród drzeworytów z epoki, przedstawiających
Skanderbega, odkrywam jeden spod polskiego dłuta, niestety anonimowy.
Przyszły bohater z woli ojca znalazł się w Turcji. Tam wcielony do armii
imperium po przejściu na islam dosłużył się generała. Wrócił w ojczyste i
skaliste strony, wyrzekł się wyznania Proroka i zorganizował własną armię W
ponad 20 bitwach zadawał wiele liczniejszym Turkom klęski. Przegrał tylko dwa
starcia i to wskutek zdrady.
Ryzykuję karkołomne zejście do Muzeum Etnograficznego w domu znakomitej rodziny
Toptani z XVIII wieku. Starszy pan objaśnia eksponaty płynnie po angielsku. Oto
dla mężczyzn urządzono z przepychem salon, gdzie leżąc i pykając z wodnych fajek
gaworzyli o tym i owym, gdy tymczasem ich matki, żony, siostry i córki mogły
zaledwie obserwować sjestę przez otworki w biegnącym pod sufitem ciasnym
korytarzyku.
Z ociąganiem przewodnik potwierdza znaną mi z niemieckich źródeł wersję o
górskich dziewicach. Daleko od cywilizacji, dziewczyny wzbraniające się wyjść za
podsuwanych przez rodziców kandydatów ślubują dożywotnie dziewictwo. Mogą odtąd
ubierać się jak mężczyźni, palić publicznie fajkę, kląć i brać udział w
zebraniach rady. Co kraj to obyczaj.
Szanse na sukces?
Na 3 piętrze w wieżowcu Torre Drin, bo z braku numerów domy noszą tu nazwy,
mieszczą się biura EURALIUS. EU jak Europa, AL. jak Albania, IUS to po łacinie
prawo.
Dr
Marina Thode, lat 54, do niedawna naczelny prokurator w Zweibrücken, zgadza
się na rozmowę. Zespół liczy 20 sędziów i prokuratorów z różnych stron Europy,
jak mówi „od Helsinek po Madryt...”. Polaków nie ma, ale żonaty z Polką sędzia
hiszpański pogwarzył ze mną okazyjnie po naszemu. Pani Thode ma dwuletni
kontrakt, finansowo atrakcyjny – bo Unia krajom na dorobku nie szczędzi
pieniędzy. Szefem zespołu jest Austriak. Zadaniem mej rozmówczyni jest
znalezienie recepty na bolączkę albańskiego wymiaru sprawiedliwości i policji,
jaką jest korupcja. Pracuje nad usprawnieniem współpracy policji różnych typów
(bo jest tu nawet policja elektryczna, śledzące kradzieże prądu...) z organami
ścigania i sądami. Organizuje też dla Albańczyków podróże studyjne do Niemiec.
Albańczyk w windzie, widząc że wybieram się na 3 piętro, zidentyfikował mnie
jako cudzoziemca. – Oni chcą zreformować nasze prawo. – odezwał się po angielsku
z półuśmiechem i powątpiewaniem w głosie. Czasem sceptyczna bywa też doktor Thode, ale wierzy jednak w ostateczny sukces.
Ostanie dni przeznaczam na łażenie bez wyraźnego celu. To niełatwe, bo nieliczne
autobusy są gęsto zatłoczone. Albania jeszcze się nie otwarła na gości, choć
jest w Tiranie już kilka wieżowców i galeria handlowa na europejską miarę. Im
dalej od centrum, tym niestety gorzej. Na Rruga Shkurti, gdzie się ulokowałem,
ani razu nie opróżniono kopiato zapełnionych pojemników na śmieci, obleganych
przez bezpańskie kundelki. Nie dotarło tu przestrzegane w UE przykazanie ochrony
naturalnego środowiska. Brak hoteli, kempingów, schronisk górskich i szlaków,
informacji po angielsku...
Ale to dzielny i przedsiębiorczy naród, nieprzeciętnie dumny ze swej burzliwej
historii – więc przed nim przyszłość.
39. Dobry obyczaj cenny nadzwyczaj
Wracam myślą do inauguracji prezydentury Baracka Obamy. Pamiętam „Marsz na
Waszyngton” 259 tys. demonstrantów, także białych - i przemówienie pastora Kinga
„I Have a Dream” proroczą wizję zniesienia segregacji. To w USA Gwardia Narodowa
musiała wśród wyzwisk i pogróżek eskortować pierwszego czarnego studenta uczelni
dla białych, to w tej ostoi demokracji wsadzono do kryminału czarną szwaczkę
Rosę Parks za zajęcie w autobusie miejsca zakazanego dla „kolorowych”. Tymczasem
od nadania czarnym Amerykanom formalnej pełni praw - do wyboru Afroamerykanina
na 44 prezydenta Stanów Zjednoczonych upłynęły zaledwie 44 lata. Niewiele jak na
taki historyczny przełomowe.
Nasz parlamentaryzm datuje się od powołania dwuizbowego Sejmu w 1493 roku.
Konstytucję USA uchwalono o prawie trzy wieki później. To Polacy powinni uczyć
dobrych parlamentarnych obyczajów znacznie młodszą amerykańską demokrację – ale
jest przeciwnie. Oto prezydent Bush zaprosił 7 stycznia do Białego Domu na lunch
byłych prezydentów - swego tatę Busha seniora oraz demokratów Cartera i
Clintona, a celem spotkania było udzielenie dobrych rad prezydentowi - elektowi
Obamie. Przed inauguracją Obama zjadł lunch z Johnem McCainem, swym rywalem w
wyścigu do Białego Domu. W dniu zaprzysiężenia oglądaliśmy ciepłe mimo
panujących 6 stopni mrozu pożegnanie Busha i pani Laury z nową prezydencką parą.
Ustępujący prezydent pozostawił na biurku w Owalnym Pokoju list z życzeniami i
radami dla swego następcy. Porównanie z propozycją podania nogi zamiast ręki lub
z przekazywaniem władzy jak dyżuru na portierni, bez uroczystej oprawy, bez paru
choćby życzliwych słów, wypada zdecydowanie na naszą niekorzyść. Niestety
„chamstwo, agresja, knajactwo” – tu zacytuję Prezesa jako klasyka – cechują u
nas obie zwaśnione strony.
Przypadkowo odkryłem, że Obama czytane wspak to AMABO, czyli po łacinie „będę
kochał, pokocham” Oby nowy prezydent pokochał średniej wielkości kraj nad Wisłą,
zakochany w jego ojczyźnie wciąż bez wzajemności.
40. Chanuka w Sejmie, Prezydent w jarmułce
W
naszej klasie było ich czterech. Pewnie mieli hebrajskie imiona, ale dla nas
byli Tadkiem, Jurkiem, Olkiem i Erykiem. My i oni powielaliśmy poglądy rodziców,
więc Tadek opowiadał się za socjalizmem, Jurek, przyszły spadochroniarz spod
Arnheim, najbliżej kolegował się z Polakami, Olek wyrastał na człowieka
interesu, a Erykowi marzyło się państwo Izrael. Siedzieli razem, ale nie było to
bynajmniej jakieś ławkowe getto.
Przed wojną żyło w moim rodzimym Krakowie 68 tys. Żydów. Dzielnicę Kazimierz
zamieszkiwali czarno ubrani, brodaci i mówiących w jidysz ortodoksi i był to dla
nas „gojów” całkiem obcy świat. Natomiast zasymilowani Żydzi mieszkali także
poza tym dobrowolnym gettem, na ogół nie doznając afrontów od Polaków. Ale ich i
nas dzieliła niewidzialna granica. Przyjaźniłem się dość blisko z Tadkiem i
Jurkiem, bywałem u nich w domu, ale dopiero w III RP wiem z filmów co to menora,
macewy, chanuka czy purim. W Galicji za Habsburgów Żydzi piastowali nawet
najwyższe urzędy, ale w polskim międzywojniu pozostawały im tylko tzw. wolne
zawody – lekarzy, adwokatów i przede wszystkim kupców. W wojsku niepisana zasada
ograniczała im dostęp do rang oficerskich. Nie dotyczyło to jednak Żydów
przechodzących na katolicyzm. Świeży katolik Kaplicki był popularnym prezydentem
Krakowa, a Bernard Mond, chrześniak marszałka Piłsudskiego, były legionista,
dowodził dywizją w stopniu generała.
Prezydent Kaczyński w jarmułce, świece chanukowe płonące w Sejmie, ekumeniczne
modły biskupów i rabinów... Nie do wyobrażenia przed wojną i po niej zresztą
też. Impuls do takich kontaktów dał polski Papież. To antidotum na gwiazdy
Dawida na szubienicach i chamski antysemityzm kibiców na stadionach piłkarskich.
W kraju gdzie po zagładzie Żydzi są ledwie śladową mniejszością - jest
pozbawiony wszelkiego sensu. Komu przeszkadza, że potomkiem rabina jest znany
prawicowy polityk? Albo twórca filmów przepojonych polskością i patriotyzmem? W
Krakowie od kilku lat obserwuję nawet modę na judaizm. W knajpach na wspomnianym
Kazimierzu kelnerzy serwując koszerny „gęsi pipek” udają Żydów, tłok panuje we
wspaniale odnowionej synagodze i galicyjsko - żydowskim muzeum...
Tak nadrabiamy zaległości.
41. „Nie będzie Niemiec pluł nam w płaszcz...”
Ona
w kapelusiku jak z operetki „Wolny strzelec” K.M. von Webera, on w poważnym
ciemnym kapeluszu z szerokim rondem.. Tę parę u nas każdy rozpozna, ale nie
zagranicą. Nie rozpoznał ich więc personel samolotu „Lufthansy” odlatującego
późną porą z Monachium do Krakowa. To polskie, a ściślej polsko – niemieckie
małżeństwo zostawiło w klasie biznesowej kapelusze i płaszcze, po czym przeszło
do tańszej klasy ekonomicznej, na którą miało bilety. Schowki w niej ciasne i
ponadnormatywnym nakryciom głowy grozi zgniecenie. Manewr zauważyła stewardessa.
Przeniosła kapelusze i płaszcze z bussines do economy, rzucając je małżeństwu na
kolana. Zażądała, by Jan Maria Rokita (bo pora już wyjaśnić, o kim mowa...)
zapiął pas. Gdy odmówił, bo znany jest z wielkiego umiłowania wolności, wezwała
na pomoc pilota. Ten nakazał JMR opuszczenie samolotu. Skoro to nie pomogło,
wezwał policję, a uczepiony rozpaczliwie poręczy fotela JMR wołał o ratunek
Oczywiście po polsku. Nikt z Polaków w samolocie nie przyszedł mu jednak z
pomocą, co zganił w TVP sam prezes PiS, sugerując by wyprowadzenie JMR w
kajdankach spowodowało ostry protest polskiego rządu. „Nie będzie Niemiec pluł
nam w płaszcz...”– aż ciśnie się na usta zasłyszana trawestacja „Roty”.
Drobny w istocie incydent daje sporo do myślenia. Wielkość JMR wynikła z gestów,
mimiki i dociekliwych pytań w komisji sejmowej, badającej aferę Rywina. Z jej
ustaleń wypłynęło niewiele albo nic. Rywin swoje odsiedział, ale dotąd nie
ujawniono i nie ukarano „Grupy trzymającej władzę”. Wcześniej JMR przegrał
wybory na prezydenta Krakowa, bo krakowianie wolą konkrety od błyskotliwości.
Genialna „Operacja Nelli” w wykonaniu Kancelarii Prezydenta wyeliminowała go
ostatnio z polityki. Zamiast „premierem z Krakowa” został jfelietonistą jak z
zachowaniem proporcji niżej podpisany. Jako zwykły obywatel III Rzeczpospolitej
winien zagranicą przestrzegać lokalnych standardów zachowań i czuć się przy tym
– tu użyję wielkich słów – Jej ambasadorem.
Niedawno dwa razy leciałem „Lufthansą” z przesiadką właśnie w feralnym dla JMR
Monachium. Wetknąłem osobisty bagaż na wcisk do schowka w ekonomicznej,
posłusznie zapiąłem pas, a nad Adriatykiem uprzejme stewardessy pokrzepiły mnie
kawą i nawet czymś mocniejszym.
Nikt nie próbował wyprowadzić mnie w kajdankach.
42. Zanim staną na podium...
W Polsce międzywojennej nie było zawodowstwa w sporcie. W innych krajach raczej
też, skoro na przykład słynny fiński biegacz Paavo Nurmi, zdobywca 9 złotych i 3
srebrnych medali olimpijskich, by się utrzymać prowadził sklep sportowy w
Helsinkach, za co go zresztą zdyskwalifikowano. Jego polski odpowiednik i rywal
Janusz Kusociński, złoty medalista w biegu. na 10 km na X Olimpiadzie w Los
Angeles, rekordzista świata na 3 km i wielokrotny mistrz Polski – został jak
każdy młody człowiek „wzięty w kamasze”, a po wojsku grabił grządki i sadził
kwiatki w Warszawie w Łazienkach Inny świetny długodystansowiec Józef Noji,
reprezentant na XI Olimpiadzie w Berlinie, był tramwajarzem. Dyskobolka Jadwiga
Wajsówna (brąz w Los Angeles i srebro w Berlinie...) była w Zgierzu księgową.
Skaczący przez 30 lat na nartach Stanisław Marusarz, pseudo „Dziadek”, uczestnik
pięciu olimpiad zimowych, żył z gospodarstwa rolnego. Bronisław Czech,
wielokrotny mistrz Polski w skokach, biegach i innych dyscyplinach narciarskich,
miał w Zakopanem sklep sportowy i uczył ceprów na Antałówce jeździć na nartach.
Teraz inaczej. Kiedyś wyczynowcom wystarczał jeden trener, obecnie dysponują
sztabami różnych specjalistów, z psychologami włącznie. Osiągają za to
nieporównywalnie lepsze wyniki. Trening i wyczyn dla nich to po prostu praca jak
każda inna, stąd też bez zahamowań podnoszą wymogi finansowe. Profesjonalizm w
sporcie stał się „oczywistą oczywistością” – a amatorów spotyka się dziś co
najwyżej na dziecięcych spartakiadach. Nic dziwnego, bo dla sukcesu trzeba
dziennie przebiec czy przepłynąć wiele kilometrów, dźwignąć na raty
kilkadziesiąt ton albo skoczyć kilkadziesiąt razy. Koń by tego nie wytrzymał.
Człowiek potrafi. Ale nie za darmo oczywiście.
Odkąd sport to wielce intratna profesja, ambitni rodzice, często byli sportowcy,
skłaniają dzieci do poddania się ostremu reżimowi treningów. Co wtedy z
beztroskim dzieciństwem?. Organizm w fazie rozwoju niekiedy nie wytrzymuje
gigantycznych przeciążeń, reagując uszkodzeniami kończyn czy organów
wewnętrznych, w tym też układu krążenia. I tak nad miarę wyeksploatowany bardzo
jeszcze młody człowiek, z pozoru okaz krzepy i zdrowia – trafia z boiska lub
siłowni do kostnicy.
43. 27 wejść wprost z ulicy
Nigdzie na świecie nie stoczono chyba tylu wojen, co w Europie. Podziwu godne,
że doszło w niej do unii 27 państw i wykluczenia między nimi na przyszłość
konfliktów zbrojnych. Co nie zmienia faktu, że mają one swe odrębne historie i
różne interpretacje tych samych faktów, jak choćby krwawej bitwy w 1410 r. pod
Grunwaldem.
Natrafiłem niedawno w niemieckiej prasie na projekt „Europejskiego Domu
Historii” pod auspicjami Unii. Będzie on muzeum dla zwykłych ludzi, by
zauważyli, iż UE zajmuje się nie tylko krzywizną bananów, ale buduje także
europejską jedność. Dom otworzy podwoje za 4 lata. Będzie w nim centrum
informacji, stąd wyruszą wędrowne ekspozycje do krajów Unii. Obejmie głównie
dzieje Europy od I wojny światowej do końca zimnej wojny, nie pomijając
starożytności, chrystianizacji, znaczenia łaciny i różnych prądów
intelektualnych. Eksperci już znaleźli budynek w Brukseli i pracują nad
rozłożeniem między członków Unii kosztów inwestycji.
Oby ambitne przedsięwzięcie się powiodło, choć diabeł jak zwykle tkwi w
szczegółach. Od 37 lat działa Polsko – Niemiecka Komisja Podręcznikowa, a
wspólnego podręcznika historii wciąż nie ma i chyba nigdy nie będzie Nie ma już
wprawdzie tematów tabu, ale trudno o zgodny duet choćby na temat akcji wysiedleń
vel wypędzeń. Męska przyjaźń prezydentów Polski i Litwy nie przyniesie wspólnego
poglądu obu nacji na króla Jagiełłę, dla Litwinów zdrajcę, skazanego nawet w
pośmiertnym procesie na śmierć. Kamieniem niezgody pozostanie wcielenie w
międzywojniu do Polski tzw. Litwy wileńskiej z Wilnem, wtedy zresztą
zamieszkałym przez Polaków. Podobne sprzeczności dzielą inne nacje, jak choćby
zapraszanych właśnie do UE Chorwatów, Serbów i Bośniaków. Francja i Niemcy piją
sobie miłośnie z dzióbków i nawet wydały wspólny podręcznik historii – ale czy
wyeksponują w przyszłym Domu Historii tak samo choćby przyczyny wojny w 1870 r.?
Albo dzieje Alzacji i Lotaryngii, krain raz niemieckich, a za innym razem
francuskich?
Niech więc będzie to dom bez korytarzy łączących poszczególne sale wystawowe, z
27 oddzielnymi wejściami wprost z ulicy. A dla pewności niech pomieszczenia dla
III RP i dla RFN znajdą się na przeciwległych krańcach tego muzealnego budynku.
Zero kontaktów. Tak będzie lepiej.
44. Raport z byłego „Enerdowa”
Taksówkarz
pyta czy jestem z Północy. Lakonicznie potwierdzam, bo przecież moje Pszczółki
leżą daleko na północ od Drezna. To dobrze, cieszy się i nawet dodaje gazu, bo
on nie lubi na przykład takich Bawarczyków. W „nowych landach” w 20 lat po
zjednoczeniu Niemiec wciąż słychać niechęć do „Wessis” i wyczuwa się nostalgię
za NRD, nazwaną tu dowcipnie „Ostalgią”. Bo „Ost” to po niemiecku wschód.
Tę „Florencję nad Łabą” bombowce alianckie zrównały z ziemią w ciągu trzech
lutowych nocy w 1945 roku. Około 35 tys. ludzi poniosło śmierć. Druga Hiroszima,
choć mniejsza i nie atomowa. Straszna kara, do tego zbiorowa - choć niemal
sprawiedliwa wobec cierpień zadanych podbitym narodom. Z moich w Dreźnie
bytności w latach 60 i 70 pamiętam 15 km kw. terytorium miasta obsianych trawą,
kiedyś gęsto zamieszkałych. Stopniowo wyrastały na nich typowe enerdowskie
blokowiska. Zabudowa nadal trwa i nawet w historycznym centrum widać dźwigi na
rozkopanych placach ogrodzonych siatką. Co turystę uderza, to niedosyt małej
miejskiej infrastruktury, więc sklepów, piekarń, barów, czy kafejek. Zwłaszcza
na peryferiach.
Zwiedzam zabytki śladem moich dawnych zachwytów. W Galerii Starych Mistrzów to
„Madonna Sykstyńska” Rafaela i autoportret Rembrandta z Saskią na kolanach,
wznoszącego kielich ku widzom. Miał wtedy 29 lat i kipiał radością życia. Kilka
sal zajęła okresowa wystawa „Obrazów na życzenie” z wieloma polskimi akcentami.
August Mocny, król Polski i elektor saski, dał się uwiecznić przy karabeli i w
sarmackim kontuszu. Wiszą też portrety naszych arystokratek, z którymi pewnie
król sypiał panując okresowo w Warszawie. W „Zielonym Sklepieniu” wśród
zachwycających kunsztem skarbów dynastii Wettinów widać też herby
Rzeczpospolitej Obojga Narodów, z Orłem Białym i litewską Pogonią. Surowo
osądzamy w Polsce saską epokę, ale zostawiła ona wiele wspaniałych zabytków
sztuki i kultury.
W odbudowanym wspaniale ewangelickim kościele „Frauenkirche” w południe zbierają
się co dzień liczni wierni na wspólną modlitwę i kazanie. Co za różnica z
programowo ateistyczną NRD! Innym znakiem czasów, tym razem związanym z
kryzysem, jest brak gości z zagranicy, oczywiście z wyjątkiem wszędobylskich
Japończyków. U wejścia do Urzędu Pośrednictwa Pracy naprzeciw mego hotelu
obserwuję wciąż tłumek klientów. W odróżnieniu od „starych landów” nie widać w
Drexnie nigdzie pracowników ciemnoskórych. W obliczu stopniowo rosnącego
bezrobocia każda robota, nawet ta najmarniejsza na zmywaku lub przy zamiataniu
chodników, jest tutaj zastrzeżona dla swoich.
45. Winnetou i Pchła Szachrajka

(c) Lisa Langfeldt
W saksońskim miasteczku Radebeul koło Drezna zwiedzam muzeum Karla Maya,
powstałe dzięki tantiemom z milionowych nakładów jego książek. Tłumaczono je aż
na 40 języków i wychowało się na nich kilka generacji. Głownie męskich. Muzeum
tworzą willa „Bärenfett“ czyli „Niedźwiedzie sadło” i willa „Old Shatterhand” W
tej pierwszej, wzniesionej na wzór obronnych blokhauzów armii USA na Dzikim
Zachodzie, zgromadzono eksponaty związane z życiem i kulturą Indian. W drugiej
zachowano oryginalne wnętrza z epoki pisarza – jego gabinet, bibliotekę i często
opisywaną broń myśliwską, w tym sztucer Sir Henry’ego, mającą uwiarygodnić
bohaterskie wyczyny Old Shatterhanda, z którym pisarz się identyfikował. Ale Old Shatterhand, podobnie jak wódz Apaczów Winnetou, byli wytworem jego fantazji
twórczej...
May odwiedził USA i kraje arabskie dopiero u schyłku życia, w wiele
lat po opisaniu i wydaniu swych rzekomych przygód. Mimo to dorobek Maya miał i
chyba ma nadal wartość wychowawczą, bo głosił on wierność zasadom etycznym,
prawdomówność, tolerancję dla innych ras i na swój sposób religijność. I tu
czeka wielbicieli „Skarbu w Srebrnym Jeziorze” oraz innych dziel Maya spora
niespodzianka... Dopuścił się za młodu wielu oszustw i kradzieży, trafiając
nawet na cztery lata do kryminału. Co nie obniża w niczym wartości jego
spuścizny.
Znakomity średniowieczny poeta francuski Francois Villon (1431 – 1463), autor
Wielkiego i Małego Testamentu, utworów poruszających głębią refleksji nad
ludzkim losem, był członkiem gangu „Muszelników” - złodziei, oszustów i
fałszerzy, a za zadźganie nożem w bójce księdza ledwie uniknął szubienicy.
Cyniczny i kolaborujący z Prusakami biskup Ignacy Krasicki stworzył hymn „Święta
miłości kochanej Ojczyzny” tchnący głębokim patriotyzmem. Poczytny pisarz
Andrzej Kuśniewicz był pod numerem ewidencyjnym 4105 i ksywą „Andrzej” agentem
SB, całymi latami kablującym na swoich kolegów po piórze. Mistrz science-fiction
Stanisław Lem w „Obłoku Magellana” snuł wizję jednolicie komunistycznego więc
lepszego świata – powstałego po wojnie atomowej wywołanej przez USA. Tak jak
oślizgłe muszle rodzą piękne perły, a z kosmatych (brrr! ) gąsienic wykluwają
się barwne motyle – tak utalentowany twórca, nawet szubrawiec, może się chlubnie
zapisać w dziejach kultury.
Tę puentę dedykuję gdańskim radnym, którzy wreszcie (choć nie wszyscy...)
przystali na patronat Jana Brzechwy nad jedną z podstawówek.
46. Przyczynek do wiedzy o orderach
W
1348 r hrabina Salisbury na balu dworskim ku uciesze balowiczów zgubiła
podwiązkę. Podniósł ją król Anglii Edward III i mówiąc „Hańba temu, kto źle o
tym myśli...” (notabene po francusku...) zawiązał sobie pod kolanem. Tak brzmi
do dziś dewiza Orderu Podwiązki, odznaczenia wojskowego i cywilnego będącego
w światowej hierarchii na drugim miejscu po papieskim Orderze Chrystusa. Ordery
i medale stały się masową formą nagradzania czynów faktycznych i rzekomych.
To tylko kawałek metalu i wstążka, ale odwołuje się do żądzy wyróżnienia się
wśród nie wyróżnionych. W ZSSR tapetowano odznaczeniami często cały gors, także
u weteranów w cywilu. W dobrym tonie natomiast bywał u wodzów naczelnych tylko
jeden order. Jak Legia Honorowa u Napoleona, czy Virtuti Militari na legionowej
bluzie Piłsudskiego.
Do wysypu odznaczeń dochodziło podczas wojen. W III Rzeszy nadano dwa miliony
Żelaznych Krzyży, sprzedawanych potem przez jeńców za paczkę Cameli. Ostatni
Krzyż Rycerski orderu Żelaznego Krzyża otrzymał 29 kwietnia 1945 r.
unterscharführer SS Eugene Vaulot z francuskiej dywizji SS „Charlemagne”
rozpaczliwie broniącej w ruinach Berlina bunkra z Hitlerem w środku. W Armii
Czerwonej sypano medalami za wzięcie większych miast. Za zdobycie 17 stycznia
1945 r. po czterech dniach niemal nie bronionych ruin Warszawy udekorowano aż
690 tys. krasnoarmiejców, a także żołnierzy I Armii WP, zwanych wówczas
berlingowcami. Mądrość żołnierska powiadała, że deszcz odznaczeń spływał zwykle
na kompanijnych kucharzy i gońców. Prawdziwi bohaterowie dostawali tylko jeden
krzyż. Ten drewniany.
Czasem odznaczeni nie chcą lub nie mogą nosić przyznanych odznaczeń. W II RP nie
noszono odznaczeń państw zaborczych. Późniejszy generał Władysław Anders nie
nosił więc Krzyża Św. Jerzego za trzykrotne ranienie w carskiej służbie, a
kontradmirał Unrug dwóch Żelaznych Krzyży przyznanych za dowodzenie niemiecką
flotyllą. W byłej Galicji w 1918 r. przypinano dla pohańbienia medale
austriackie bezpańskim kundlom pod ogon.
Ostrą formą protestu bywa odsyłanie przyznanych odznaczeń z listem otwartym
wyjaśniającym powody. To wymaga cywilnej odwagi, bo pamiętliwa władza nigdy nie
wybaczy doznanego afrontu. Ale powinna taki odruch potraktować bardzo serio.
47. Suwerenność zagrożona?
Włączyłem
wtedy radio i byłem początkowo przekonany, ze idzie o naśladownictwo słynnej
audycji Orsona Wellesa na temat inwazji Marsjan, która w 1936 roku wywołała
panikę w New Jersey. Ale napływające informacje o ataku na World Trade Center w
Nowym Jorku przy użyciu porwanych samolotów były niestety prawdziwe...
Przypomnijmy fakty. Rankiem 11 września 2001 r. z Bostonu do Los Angeles
wystartowały kolejno dwa Boeingi 767 mając na pokładach 11 i 9 członków załogi
oraz 81 i 56 pasażerów, w tym także porywaczy. Pierwszy wbił się w wieżę
północną WTC w Nowym Jorku z szybkością 790 kim/h, drugi wkrótce po nim
z szybkością 950 km/h w wieżę południową. Spłonęły żywcem w męczarniach prawie
trzy tysiące ludzi. Około pół setki wybrało samobójczą śmierć skacząc z okien.
Porywacze opanowali także samolot lecący z Waszyngtonu do Los Angeles
z 6 członkami załogi i 58 pasażerami. Uderzył w zachodnie skrzydło kompleksu
Pentagonu, zabijając 125 osób spośród personelu tej instytucji. Porwali również
Boeinga 757 lecącego z Newark do San Francisco. Celem miał być tym razem Kapitol
lub Biały Dom, ale pasażerowie wdali się w walkę z terrorystami i samolot runął,
grzebiąc 7 członków załogi i 37 pasażerów. W tym także terrorystów.
W 2005 r. dwukrotna laureatka nagrody Pulitzera redaktor Dana Priest
opublikowała w „Washington Post” artykuł o transportach uwięzionych przez CIA
terrorystów z międzylądowaniem m.in. w Polsce. W 2006 r. Szwajcar Dick Marty,
szef komisji Rady Europy ds. tajnych więzień CIA, ogłosił zdemaskowanie „tajnej
pajęczyny CIA do nielegalnego przewożenia i przetrzymywania terrorystów...”
wskazując na Polskę i Rumunię. Zanalizował nawet zdjęcia satelitarne i o ile
wiem nadal nie ustaje w wysiłkach. W 2007 r. Amnesty International wezwała
Polskę do podjęcia śledztwa. Idzie głównie o organizatora ataku na wieże WTC,
katarskiego terrorystę Chalida Szejka Muhameda, uchodzącego za mózg Al. Kaidy i
numer dwa po Osama Bin Ladenie oraz o szefa logistyki Al Kaidy Abu Zubajdę. Obu
złapano w Pakistanie i więziono rzekomo w Polsce między 2002 a 2005 rokiem.
Na dowód tej wersji Chalid Szejk Muhamed opowiada o śniegu zauważonym z celi, o
grzejnikach przestarzałego typu i o etykiecie z adresem wytwórni zakończonym
literami „pl” na butelce wody mineralnej. Miejmy nadzieję, że serwowana mu woda
mineralna nie była gazowana, bo bąbelki mogłyby wywołać u szejka uporczywą
czkawkę.
Z pomocą pani Priest i Marty’emu pospieszyło ostatnio kilku polskich
dziennikarzy. Robią co mogą by udowodnić, że w Szymanach i Starych Kiejkutach
wyrządzono straszną krzywdę dwóm co najmniej terrorystom, obciążonym – co warto
przypomnieć – winą za śmierć tysięcy niewinnych ofiar. Przy okazji wysuwają
zarzut pozbawienia suwerenności części terytorium Rzeczpospolitej, czyli Szyman
i pobliskich Starych Kiejkut. Tak wydumany i absurdalny, że chyba nie wart
polemiki.
48. List półotwarty na „Dzień Flagi”
Droga
Renato, pyta Pani z dalekiego Pulheim koło Kolonii czemu akurat 3 Maja jest
polskim świętem narodowym. Doceniam Pani zainteresowanie naszymi skomplikowanymi
dziejami, więc spróbuję rzecz wyjaśnić nie będąc jak Pani wiadomo historykiem
z wykształcenia. Otóż 218 lat temu uchwalono 1 maja na Sejmie w Warszawie
„Ustawę Rządowa”, drugą po amerykańskiej konstytucję w świecie, wyprzedzającą tę
francuską. Obowiązywała ledwie przez rok, do II rozbioru Polski, ale pamięć o
próbie głębokiego zreformowania państwa motywowała Polaków do walk o
niepodległość przez długie 123 lata państwowego niebytu.
Pani pozwoli, że wyjaśnię więc po amatorsku sens zaplanowanych w niej reform. W
Rzeczpospolitej namnożyło się szlachty, także tej samozwańczej. Przyznawała
sobie coraz większe prawa, odmawiając ich mieszczanom. Konstytucja zrównała w
prawach oba stany, szlachtę i mieszczan, biorąc nadto pod opiekę
pańszczyźnianych chłopów, traktowanych dotąd jak żywy inwentarz. Likwidacji
miało ulec „liberum veto” – uprawnienie byle posła, byle szlachetki do
zanegowania uchwał Sejmu na zasadzie „bo ja tak chcę...” czyli bez uzasadnienia.
Co by było, gdyby dziś komukolwiek w Polsce przysługiwała podobnie anarchiczna
prerogatywa? Mieliśmy w 1791 r. szansę stania się pierwszą w Europie monarchią
egalitarną i konstytucyjną, co zagrażało w pewnym sensie sąsiednim monarchiom
absolutnym. Rosja nasłała więc na Polskę w 1792 r. przeciw konstytucji i w
obronie anarchii szlacheckiej 97 tys. doborowego wojska i około 20 tys. zdrajców
– targowiczan, pokonując wiele słabszą choć bitną armię polską. Dokonał się II
rozbiór, po którym staliśmy się państewkiem liczącym ledwie 212 tys. km
kwadratowych. A po nim ten trzeci i ostatni.
W II RP rocznica konstytucji miała rangę uroczystego święta. Odbywały się więc
defilady wojskowe, paradowali harcerze i organizacje paramilitarne. Za to
zaciekle karano próby jakiegokolwiek świętowania 3 Maja pod niemiecka i sowiecką
okupacją. A także, co haniebne, w PRL – tłumiąc brutalnie manifestację studencką
w 1946 r w Krakowie i co roku nakazując pod nadzorem MO usuwanie rankiem 2 maja
flag, obowiązkowo wywieszanych na 1 Maja. Stąd pomysł, by 2 maja w III RP stał
się półoficjalnym „Dniem Flagi”. Sam wywiesiłem jak co roku i zachęcałem innych.
( Przekład listu własny)
49. Przeciw
praktyce miksowania
Obdarowano
mnie ostatnio książkami o dwóch niemieckich komunistach, po dojściu Hitlera do
władzy przebywających na emigracji w ZSSR i związanych z Kominternem czyli
Komunistyczną Międzynarodówką. W 21 zasadach Kominternu uchwalono
podporządkowanie „kompartii” w całym świecie sowieckim wzorom partyjnej
struktury i dyscypliny oraz wytyczono metody infiltracji. W autobiografii
Wolfganga Leonharda wyczytałem jak moskiewski student, niemiecki emigrant,
został zwerbowany do kuźni kadr Kominternu po nakazanym mu uprzednio zerwaniu
wszelkich znajomości i zmianie nazwiska. On, a także opisany w drugiej książce
przez córkę – pisarkę już nieżyjący Rudolf Herrnstadt, w latach 30 szpieg GRU w
Warszawie pod przykrywką korespondenta „Berliner Tageblatt”, po napaści Niemiec
na ZSSR zostali skierowani do propagandowej dywersji w szeregach wehrmachtu i
obozach niemieckich jeńców. Obu natychmiast po klęsce Niemiec desantowano
samolotem w sowieckiej strefie okupacyjnej, gdzie w „Grupie Ulbrichta” wznosili
podwaliny komunistycznej władzy. Leonhard bryknął zresztą już w 1949 roku via
Jugosławia na Zachód, do RFN – ale to inna historia.
Podobnie działo się zresztą we wszystkich krajach bloku. U nas w 1944 roku
władzę przechwyciła tez kadra komunistów najwyższego zaufania, elita po
kominternowskim stażu. Komunizm był dla niej dobrą na wszystko uniwersalną
doktryną, a Polska tylko terenem z przydziału, do szerzenia światowej rewolucji.
Jak przedtem choćby Hiszpania. Faktem pozostaje jednak, że Gomułka, choć
ćwierćinteligent i ortodoksyjny komunista, odegnał od żłobu tę importowaną ekipę
i zakończył epokę terroru. Dalej o krok posunął się Gierek, emigrant z Belgii a
nie z Moskwy, strącając w niebyt zwapniałego poprzednika. Piszę o tym, bo
wolałbym by młodzi gniewni historycy nie miksowali w homogeniczną jedność 45 lat
Peerelu. Moja odchodząca generacja odczuła różnice na własnym garbie i wie
lepiej.
Stąd też nie podoba mi się wytykanie lewicującym trzydziestolatkom „Płatnej
Zdrady i Pachołkowania Rosji...” – jak skrót PZPR. Dla jasności zaznaczam jednak
, że 7 czerwca zagłosuję na jedną z partii prawicowych. Albo wybory oleję.
50. Spowiedź pacjenta
Świadomy
moralnej odpowiedzialności za fałszywe wyznania napiszę wprost: nigdy nie
płaciłem lekarzom publicznej służby zdrowia za zabiegi lub przyjęcie do
szpitala, choć było ku temu wiele okazji. Połamałem bowiem po kolei wszystko
niemal co łamliwe z czaszką włącznie, co bodaj widać na obrazku powyżej. Bywałem
też pacjentem z ostrym zapaleniem płuc lub z bardzo zużytym i buntującym się
serduszkiem. Za to wypisywany do domu wzmacniałem z zasady efekt podziękowania
drobnym akcentem materialnym, więc szlachetnym trunkiem dla lekarza i paczką
niezłej kawy dla pań pielęgniarek. Nie miałem poczucia niezgodności z prawem i
korumpowania służby zdrowia, choć butelkę znakomitego „ Jasia Wędrowniczka” lub
podobnie szlachetną chowałem dla pewności w maskującym opakowaniu.
Inna rzecz, że w Peerelu i do niedawna także w III RP zarobki lekarzy urągały
wszelkiej przyzwoitości. Zakłócono absolutnie proporcje między czasem i
trudnością ich studiów, a wynagrodzeniem. Postępowano z lekarzami tak jak z
kelnerami czy obsługą hotelową, a w czasach nowszych hostessami. agencji
towarzyskich. „Damy wam formalnie tylko parę groszy, ale przecież dorobicie
sobie na napiwkach...”. Efektem ubocznym stała się nadmierna feminizacja tej
ogromnie ważnej społecznie profesji. Nie jestem seksistą i oburącz glosuję za
równouprawnieniem płci, ale przecież tradycyjnie takie dziedziny jak
ginekologia, chirurgia czy urologia były domeną lekarzy mężczyzn. Trudno
wyobrazić sobie panią urolog, grzebiącą paluszkiem w pupie dżentelmenom po 40,
aby namacać powiększoną prostatę.
Nagonkę na rzekomo powszechne łapownictwo w służbie zdrowia zainicjowało
spektakularne wyprowadzanie znanego kardiochirurga w kajdankach z udziałem
zawiadomionych mediów. Skutkiem był i jest nadal katastrofalny spadek
przeszczepów. Mnie niedawno pewien sympatyczny i współczujący pacjentom neurolog
kilkakrotnie absolutnie gratis kłuł w pośladek w celu blokady łagodzącej ból
kręgosłupa. Kusiło mnie, by po ostatnim seansie sprezentować mu dobry koniak lub
wykwintne słodkości – ale powstrzymała wizja ukrytej kamery i brygady CBA,
wyłamującej toporem z ogłuszającym rykiem drzwi lekarskiego gabinetu.
51. Wspomnienia niebieskiego mundurka
Zmorą
mych szczenięcych lat był łacinnik K. Pamiętam jego krwistą fizjonomię, cwikier
zamiast okularów i głos budzący drżenie, gdy wywoływał mnie do odpowiedzi.
Profesor K. miał hopla na punkcie „consecutio temporum” czyli zbyt trudnego dla
mnie wtedy do pojęcia choć logicznego następstwa czasów. Zamiast wczuwać się w
piękno, a zwłaszcza w urzekający rytm zwany skandowaniem w sielankach
Wergiliusza czy innych poematach, zakuwaliśmy aż do otępienia na przykład
wyjątki na „is” rodzaju męskiego i podobne gramatyczne mądrości. Ale gimnazjum
nie było wtedy obowiązkowe, lecz stanowiło trudno osiągalny pomost do liceum, a
potem na wymarzone studia. Naszych nauczycieli, w męskim gimnazjum oczywiście
tylko mężczyzn, traktowaliśmy z respektem jako mądrych życiowych przewodników.
Dzisiaj jest o 360 stopni inaczej. My mało różniliśmy się od pokolenia ojców
w gustach literackich czy muzycznych, w pomysłach na spędzanie wolnego czasu, w
poglądach politycznych i społecznych, w stosunku do wiary i Kościoła, a nawet we
fryzurach i strojach. Teraz natomiast całkowita odmienność nauczycieli i uczniów
jest wręcz jaskrawa, zwłaszcza gdy idzie o nauczycieli w starszym wieku.
Młodzież pierwszej dekady XXI wieku interesuje się absolutnie czym innym niż od
nich słyszy, absolutnie nie pojmując choćby piśmiennictwa romantyzmu, a tym
bardziej jego wysublimowanego piękna. Nawet język ówczesny jest zaporą nie do
przebycia, bo przyszłość narodu porozumiewa się głównie swym skrótowym slangiem.
Myśmy nie wątpili, ze nauczyciele przewyższają nas o niebo wielce użyteczną
wiedzą, tymczasem dziś uczniowie są pewni, że wiedzą znacznie więcej od nich o
posługiwaniu się komputerem i komórką, trendach we współczesnej muzyce, modzie,
sztuce graffiti, sportach ekstremalnych i oczywiście seksie. A wiek inicjacji
płciowej, co też istotne, obniżył się do klas podstawówki.
Stąd nauczyciele z gatunku nieśmiałych lub ci przed emeryturą wchodzą do klas
niczym do klatek z dzikim zwierzem. Dobrze, jeśli uczniowie nie wsadzą im kosza
na głowę, nie naruszą czynnie tzw. integralności cielesnej i nie obrażą „słowami
powszechnie uważanymi za obraźliwe...”. Często tym na k... - a nawet grubszym.
52. Wolne pokoje - Zimmer Frei
Pan Prezydent trzyma sztamę z prezydentami Litwy i Ukrainy, ale nie idą za tym
jakieś szczególne korzyści natury państwowej lub prywatnej. Kupno rafinerii
w Możejkach to interes wątpliwy, a zapewnienia o pisaniu polskich nazwisk bez
litewskich końcówek słyszymy z Vilniusa vel Wilna od prawie 20 lat. A na
Ukrainie stawia się pomniki rezunom z UPA. Za to premier orientuje się na
Zachód, choć akurat ogranicza stosunki z zachodnim sąsiadem do minimum. Chyba
pamięta o faulu przedwyborczym na temat „dziadka z Wehrmachtu”, po którym
radiomaryjny elektorat zagłosował na kontrkandydata. Cuchnące jajeczko, jakim są
wciąż (albo znów...) relacje z Niemcami, to swoisty fenomen. Niemcy napadłszy na
ZSSR, swego sojusznika, wytłukli o wiele więcej sowieckich obywateli niż
Polaków, tymczasem RFN i Rosja bez historyczno – histerycznych zahamowań piją
sobie z dzióbków. Tak też jest z Francją i Niemcami, niegdyś wrogami na śmierć i
życie. Nie ma bowiem wieczystych wrogów, ani wiecznych sojuszów. Wieczny jest
tylko interes własnego kraju.
Układam te myślostrzępy wędrując po sześciu zachodniopomorskich osadach
rybackich, nastawionych teraz na kuracjuszy. Stąd blisko do Niemiec, a że
niemieccy klienci są atrakcyjniejsi od naszych – nie widać od Pogorzelicy do
Pobierowa ani jednego sklepu, baru czy lodziarni bez dwujęzycznego szyldu.
Odpycham wspomnienia takich szyldów za okupacji, bo wiem, że dla niebogatego
Pomorza Zachodniego wiosenno – letnie dochody z zagraniczników to kwestia
egzystencji przez cały rok. Czekają na nich tutaj tak, jak rybacy na ławice
śledzi, ale widać, że w tym sezonie przyjedzie ich mniej... Kryzys! Gdybym
zaczął namawiać sklepikarzy czy hotelarzy do zamazania wypisanych po niemiecku
zachęt jedzenia, picia, spania i imprezowania, w imię rewanżu za zakusy Eriki
Steinbach, za budowę Centrum Przeciw Wypędzeniom, za wywleczenie Jana Rokity z
samolotu Lufthansy, za układanie rusko – pruskiej rury na Bałtyku czy za
niefortunną wypowiedź pani kanclerz – popukaliby się znacząco w czoło.
Albo wezwali ambulans z Wariatkowa.
53. Opierzona władza
Początki
Najjaśniejszej proste były nadzwyczaj. W TVP pokazywano spoconego prezydenta RP
w podkoszulku, rozgrywającego w Belwederze mecze pingpongowe z urzędnikami
kancelarii. Albo przyjmującego wraz z świtą. Eucharystię w belwederskiej
kaplicy. Albo atakowanego przez kraty zgniłymi jabłkami przez rozjuszonych
związkowców. Naczelny „Tygodnika Gdańskiego” jednym telefonem do prezydenta czy
premiera załatwiał reporterom loty rządowym samolotem. Tak 17 czerwca 1991
załapałem się na lot do Bonn na podpisanie „Układu o Dobrym Sąsiedztwie i
Przyjaznej Współpracy”.
Przewożona w ogonowej części samolotu grupka dziennikarzy trafiła wprost z
lotniska na skróty do Urzędu Kanclerskiego jprzed premierem. Na dziedzińcu
wyłożono czerwony chodnik, kompania Bundeswehry stała na spocznij czekając na
komendy. Gdy przy dźwiękach Mazurka i Deutschlandlied pojawili się wreszcie
główni aktorzy wydarzenia, masywny kanclerz Kohl i przy nim premier tak mikry i
szczupły, że wydawał się wklęsły, trudno było nie porównywać stanu obu
gospodarek, kwitnącej niemieckiej i zrujnowanej polskiej... Do tego premier,
pierwszy raz w roli przedstawiciela Polski na niemieckiej ziemi, miał trudności
z mową wieńczącą uroczystość. Nie miał ściągi, jąkał się i zacinał się, pomylił
raz realia, choć na szczęście ratował wystąpienie nasz świetny tłumacz.
Lecąc z powrotem wleźliśmy lekceważąc „borowików” do przedziału premiera na
improwizowaną konferencję. Nikt nie czuł wtedy jeszcze majestatu władzy,
zagadywano go jak kolesia. W odczuciu był przecież nasz, do niedawna z lekka
konspirujący prezes legalnej spółdzielni pracy, ktoś komu uwielbiany Lechu, też
amator, zlecił kierowanie państwem.
Gdy porównam te scenki rodzajowe z panującym dziś napuszonym cedzeniem niewiele
znaczących zdań i niby mądrości, ze zbywaniem pytań gestami odganiania muchy –
trochę mi tamtej epoki żal. W ciągu dwóch dekad władza nam się rozrosła,
spotężniała, opierzyła i odgrodziła od zwyczajnych ludzi.
Ale tak bywa i chyba musi być.
54. Z dziejów reklamy
22 lipca (teraz znów E. Wedla...) i przed Sylwestrem w kluczowych
przedsiębiorstwach Wybrzeża pojawiała się dystyngowana pani, poprzedzana
telefonem z KW PZPR. Jej zadaniem było ustalenie rozmiarów i ceny reklamy, jaką
te firmy miały zamieścić w organie prasowym partii. Całostronicowe ogłoszenia
prócz życzeń dla czytelników sugerowały nabycie np. w Stoczni im. Lenina
chłodniowca B-443 o nośności 4500 DWT lub w „Elmorze” silników wielobiegowych i
prądnic synchronicznych na prąd przemienny. Tekst redagowano po polsku, uważając
że cudzoziemcy zainteresowani kupnem winni nauczyć się polskiego W podstawowym
zakresie, ale z uwzględnieniem okrętowego słownictwa. W istocie chodziło o
finansowe wsparcie partyjnej gazety.
Reklam w dzisiejszym znaczeniu w PRL nie było, odkąd jeden z ministrów handlu
wewnętrznego zakazał namawiania do kupna towarów, których w sklepach po prostu
nie było. Jeśli się pojawiały, to tylko na zapleczu, za dodatkową gratyfikacją
dla kierownictwa placówki i personelu.
Reklamy za to pojawiły się u nas potężną falą wraz z wolnym rynkiem. Większość z
nas przedtem tylko słyszała, że istnieją – od szczęśliwców, bywających na
Zachodzie. Na studiach wyczytałem w tłumaczonym z rosyjskiego podręczniku
ekonomiki handlu, że w imperializmie koszt reklam i opakowania przekracza
wartość towaru, co przyczynia się do wyzysku klas pracujących. Pewnie dlatego
rąbankę, kości na zupę, śledzie z beczki i kiszoną kapustę owijano nam w gazetę.
Stąd zachwyt nad pierwszymi reklamami w III RP i rozmowy na ich temat. Pamiętam
braci Kiemliczów i ich ojca w kontuszu, nakazującego prać – lecz tylko w
reklamowanym proszku. Czas upłynął i to odniesienie do „Trylogii” zrozumiałoby
dziś nie więcej niż pół procenta telewidowni. Komentowaliśmy zalety pewnego
mydełka, zastanawialiśmy się, czy podpaski ze skrzydełkami mogą latać...
Przyrodnią siostrą reklamy stała się wkrótce propaganda liderów partyjnych na
bilbordach - ponadnaturalnej wielkości, odchudzonych, uczesanych i wypięknionych
po przepuszczeniu zdjęć przez tzw. photoshopa.
Ale nawet na taką propagandę, jak pokazały wybory, naród stępiał.
55. Mazury - cud natury...
Kłuty
niemiłosiernie przez komary w Puszczy Rominckiej, o dwa kilometry od granicy
Obwodu Kaliningradzkiego, stopniowo odchodzę od kreacjonizmu czyli teorii o
stworzeniu wszystkich istot w ich ostatecznej postaci i skłaniam się ku poglądom
Darwina. Kto i po co powołałby do życia wredne miniwampiry, zbyt małe by służyć
ptakom za pokarm w łańcuchu żywieniowym? Leje i błyska, więc nic z obserwacji
jeleni, saren, dzików a nawet wilków przy odrobinie szczęścia. Zadawalam się z
musu igraszkami piesków i kotków mych gospodarzy, a dodatkową atrakcją bywa
„Duch Puszczy”, ożywczy napój wysokoprocentowy, pędzony gdzieś w leśnej okolicy.
Podobno
Stalin po zdobyciu 9 kwietnia 1945 r. zażarcie bronionego Królewca vel
Kaliningradu nakreślił na mapie Prus Wschodnich koślawą linię od Wiżajn do
Kahlbergu, obecnej Krynicy Morskiej. – Na północ niech będzie Sowieckij Sojuz, a
na południe Polsza... Nie przeczuł, że Litwa, Łotwa i Estonia kiedyś odzyskają
niepodległość, a Kaliningrad z okolicą stanie się enklawą odciętą przez nowe
kraje Unii od macierzy. Mazury przypadły wtedy Polsce. To po nich tropami Smętka
wędrował przed wojną kajakiem Wańkowicz, wszędzie niemal odnajdując ślady
polskości. Po wojnie z bezdennej głupoty i ignorancji skłoniono do emigracji
rdzenną ludność mazurską, mimo wieków niemczenia rozumiejącą naszą mowę i
pielęgnującą tradycję. W jej miejsce napłynęła fala rodaków wypchniętych z
utraconych Kresów, z Polski C, a po Akcji Wisła przesiedleni Ukraińcy. Lata
minęły, nim jedni i drudzy odnaleźli się w całkiem innych poniemieckich
realiach.
Jestem więc na Mazurach, ale tych gorszych, nie tak modnych jak Mikołajki czy
Giżycko. Miasta są tu po prostu brzydkie, odbudowane i zabudowane byle jak, z
ubogą infrastrukturą, obecnie bez śladów unijnej pomocy. Nieliczni w tym roku
turyści zagraniczni, głównie dawni mieszkańcy Prus Wschodnich, snują się
szukając występujących ledwie śladowo lokali gastronomicznych. Więc znowu Polska
C? A chciałoby się, żeby III Rzeczpospolita była od Bałtyku po Tatry wszędzie
równie zadbana, nowoczesna i rozwojowa.
Słowem Najjaśniejsza.
56. Orzeł wylądował
Moje
pokolenie dotknęła „niełaska wczesnych narodzin...”. Młodość zabrała nam wojna i
chude lata powojenne. Za to z autopsji znamy zaszłości dziś już historyczne.
Równo 40 lat temu z pół miliardem telewidzów w świecie śledziłem lądowanie
modułu „Eagle” ( czyli orła...) na Księżycu. Pamiętam jak Armstrong, ten Kolumb
Kosmosu, zlazł po drabince z lądownika i wypowiedział zdanie o małym kroku
człowieka, lecz wielkim kroku ludzkości. Za nim na Księżyc zszedł Aldrin i obaj
w pękatych skafandrach podskakiwali, wyraźnie ciesząc się słabą księżycową
grawitacją.. Chwała Gomułce, skądinąd tępawemu dogmatykowi komunizmu, że jednak
umożliwił Polakom oglądanie tej transmisji. Nie było to dane innym „demoludom”,
a pogrążeni w rewolucji kulturalnej Wielkiego Mao Chińczycy w ogóle nie
dowiedzieli się o misji „Apollo 11”. Kolejnych pięciu lądowań już nam nie
pokazano. W PRL nastał dramatyczny Grudzień 1970, po nim epoka Gierka – i dalsze
wieści ze Srebrnego Globu minęły niemal bez echa.
Mógłbym tu rozpisać się o wygranym przez USA kosmicznym wyścigu z ZSSR. O
znaczeniu kosmicznych technologii NASA w zimnowojennej rywalizacji obu atomowych
potęg. Nie o to mi jednak chodzi. Uchylono przed 40 laty ledwie mikroskopijny
rąbek Kosmosu, ale też okazano, że wyprawa na Marsa, może nawet na inne planety,
to tylko kwestia postępu nauki i techniki. Coś co leży w możliwościach gatunku
homo sapiens. Ale też wiadomo, że nic nie wiadomo i nigdy wiadomo nie będzie.
Pojęcie Wszechświata na zawsze pozostanie w sferze mglistych domysłów,
niesprawdzalnych teorii raz po raz okrzykiwanych jako kongenialne, wiary i
niewiary w Wielki Bang na początku. Albo w to, że na początku było Słowo...Kto
wie, może ten podobno nieustannie pęczniejący Wszechświat, owe biliony bilionów
galaktyk umykających wciąż w nieskończoność, to tylko mała niczym atom cząstka
jakiejś większej struktury, której istnienia nawet się nie domyślamy? Pytań bez
odpowiedzi więcej niż galaktyk, słońc, gwiazd, czarnych dziur, planet, bolidów,
meteorytów, kosmicznego pyłu i kosmicznych śmieci.
57. Polska odmłodzona?
Ostatnio
w warszawskiej Bazylice Św. Krzyża świętowano 90 – lecie Policji. Pojawił się
resortowy wiceminister, komendant główny i komendanci wojewódzcy z małżonkami.
Policyjna kompania honorowa prezentowała broń, śpiewał chór policjantek, a
policyjny kapelan potępił takie nowe grzechy, jak wyprzedzanie na trzeciego,
wykazując znajomość tematu. Było podniośle, choć okazja celebry, owe okrągłe 90
lat – nasuwa wątpliwości.
Policję Państwową powołano faktycznie 24 lipca 1919 r. znosząc różne formacje
w byłych zaborach. Odrębny status miała odtąd tylko Policja Śląska. W latach
30 policja liczyła 32 515 etatów, niewiele jak na kraj większy o 77 tys. km kw.
od obecnego, w którym ponad 30 proc. stanowiły mniejszości narodowe. Po klęsce
wrześniowej większość ewakuowanych policjantów, w tym całą Policję Śląską,
uwięzili Sowieci w Ostaszkowie i wymordowali. W Generalnym Gubernatorstwie
Niemcy powołali z funkcjonariuszy PP „policję granatową”, niezbyt chwalebnie
zapisaną w pamięci. Rozpadła się po wkroczeniu Armii Czerwonej i trudno ją uznać
za kontynuację Policji Państwowej. Na wyzwolonej spod okupacji Lubelszczyźnie w
1944 r. powstała na bazie partyzantów AL. Milicja Obywatelska, dopiero w 1990 r.
przekształcona w Policję. Wiele zasług w pokojowej transformacji tego „zbrojnego
ramienia Partii...” miał ksiądz Jankowski. Łączny byt Policji (z przymiotnikiem
„państwowa” lub bez...) to ledwie 39 lat – a nie 90. Proszę sprawdzić to
wyliczenie.
Podobnie z bytem państwowym. Od chrztu Polski w 966 r. do wymazania Jej z mapy
Europy w 1795 r. upłynęło 829 lat, co z okresem istnienia II RP (1918 – 1939) i
formalno – prawną kontynuacją państwowości na emigracji (1939 – 1945) daje lat
854. Skoro Peerelu oficjalnie jakby nie było, to dodajmy tylko 20 lat naszej III
RP. Nasze państwo ma więc 874 lata, a nie 1043.
Jest o 169 lat młodsze.
PS. Oto żartobliwy przykład na jakie manowce myślowe może zaprowadzić
„chronologia polityczna” wynikająca z lansowanej „polityki historycznej”.
58. Telewidz i ustawa
Zrewoltowany
tłum szturmuje budynek telewizji. Padają strzały, kordon policyjny chwieje się i
pęka, powstańcy pędzą spiralą schodów w górę, by z łoskotem wyłamać drzwi z
napisem „Cisza!” i płonącą lampką... Przywódca w koszulce z portretem
Che Guevary, w berecie spod którego wymykają się niesforne włosy i kałachem
w ręku wykrzykuje do mikrofonu zachrypniętym głosem: - Bracia i siostry!
Oto wybiła godzina zwycięstwa! Tak mniej więcej przebiegały w XX wieku, głównie
w Ameryce Łacińskiej, przełomowe momenty ruchów wolnościowych i tak zrodził się
stereotyp, że „Kto ma telewizję, ten ma władzę...”. Tymczasem przy obecnej
mnogości stacji publicznych, komercyjnych, religijnych, ekologicznych i jeszcze
jakichś wystarczy nacisnąć guzik, by wyzwanie do czynu przez wielkie „CZ”
zastąpić atrakcyjną rozbieranką albo dokumentem o piłowaniu drzewa w lasach
Amazonii. Kto ma telewizję publiczną, ten co najwyżej dziś wymusi korzystniejsze
kadrowanie mikrej postaci z perspektywy żaby, by wydała się wyższą, więcej pudru
na łysinę przed występem i wycięcie lapsusów, jąkania i głupich min.
Jako szary konsument TVP niemal od jej zaistnienia wspominam z łezką „:Kobry”
przeplatane przeprosinami za usterki, infantylne tekściki dobranocek, Hansa
Klosa i świnię Brunnera – serwowane bez możliwości wyboru i w czarno – białej
tonacji. Pamiętam, jak na ekranie zaroiło się nagle od mundurów i jak
krzyczałem, że telewizja kłamie. Tymczasem od wybuchu demokracji w 1989 roku
korzystam dowoli z anteny satelitarnej i wpływ rzekomo misyjno-wizyjnych
programów TVP na mą świadomość i moje wybory określam jako znikomy. Stąd
rozpętany w mediach od tygodni uporczywy spór o tzw. ustawę medialną, czyli
jedynowładztwo na Woronicza w Warszawie puszczam koło ucha jak brzęczenie muchy,
bo wiem, o co faktycznie chodzi. O kontrakty gwiazdorskie, sute etaty,
zatrudnienie ciotek i pociotków, honoraria, nagrody i atrakcyjne wyjazdy.
Słowem o kasę, bo o jakości programów ani słówka.
59. Jeszcze jedna celebra…
W „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a, książce która po I wojnie światowej
wstrząsnęła sumieniem Europy, można przeczytać o uczuciach przy wbijaniu bagnetu
w brzuch komuś jak my, ale w obcym mundurze. W II wojnie światowej wskutek
rozwoju sprzętu do takich kontaktów z wrogiem raczej nie dochodziło i np.
niemiecką odznakę za walkę z bliska nadawano za „widok białka w oczach wroga…”,
więc dystans kilkunastu metrów. Kolejne wojny z hipotetyczną III światową będą
starciami sprzętu wojennego ze sprzętem nieprzyjaciela, bitwami robotów zdalnie
sterowanych z bezpiecznych bunkrów. Może nawet robotów samoczynnie
rozpoznających i niszczących automatycznego przeciwnika. Na polu walki nie
będzie zawołań „Naprzód wiara!” albo „Dawaj wpieriod!” , ani wołań o litość.
Wziętych do niewoli tytanowo - kevlarowych żołnierzy po prostu zutylizuje się na
złom.
O ile mogę zaakceptować celebrę Cudu nad Wisłą, według brytyjskiego obserwatora
Lorda D’Abernon „osiemnastej decydującej bitwy w dziejach świata…” , to
wątpliwe wydaje mi się świętowanie klęsk. Z straszliwej hekatomby, jaką było
Powstanie Warszawskie, zrobiono ostatnio patriotyczny show, męską przygodę dla
twardzieli, komiks gigant w biało czerwonej tonacji. A teraz szykują się obchody
wybuchu II wojny światowej z rekonstrukcją obrony Westerplatte, może też szarży
pod Krojantami, boju pod Wizną czy oblężenia Warszawy. Co mamy znów świętować w
atmosferze pikników? Przytłaczającą przewagę Wehrmachtu, naloty sztukasów na
rozbite oddziały, cierpienia kobiet i dzieci – czy może wiarołomność zachodnich
sojuszników i wkroczenie Armii Czerwonej? Oglądałem to na młode wtedy oczy, na
szlaku ucieczki z Krakowa na Wołyń i notowałem w wojennym pamiętniku.
Jeśli nas korci, by świętować polską mega klęskę, rozsypanie się państwa po
ledwie dwóch dekadach bytu, utratę Kresów czy koszmar okupacji – to połóżmy
akcent na zakończenie wojny, nie na początek. Niech więc na setny jubileusz w
2045 r. zagrają prawnukom i praprawnukom wszystkie srebrne dzwony, jak w pięknym
musicalu Katarzyny Gaertner, niech sobie oglądną po raz 1001 „Czterech
pancernych i psa” – a przy okazji wspomną pominięcie Polaków w londyńskiej
Paradzie Zwycięstwa i ustawienie polskiego prezydenta podobnej okazji na
poślednim miejscu na trybunie w Moskwie.
Chwała zwyciężonym, to co nam pozostaje.
60. Na przykład Grodno
Z grona adiunktów i asystentów, moich ówczesnych kolegów, jedynie W.
wydawał mi się sympatyczny. Łączyła nas wspólna pasja długich spacerów.
Łaziliśmy więc po lesistych wzgórzach morenowych aż do Oliwy, dreptali plażą do
Sopotu. Był członkiem partii i pupilkiem władzy, jedynym w uczelni posiadaczem
wartburga na talon – a ja odwrotnie, ale to nie mąciło w niczym marszowych
pogawędek. Gdy raz znużeni przysiedliśmy na pniakach, opowiedział mi o swoim
Grodnie. Dokoła szumiał las i w polu widzenia nie było żywej duszy – lecz on
ściszył głos i rozglądając się czujnie mówił o zaimprowizowanej obronie miasta
nad Niemnem przed Armią Czerwoną w 1939 roku. O tym, jak rankiem 20 września na
dwa niepełne, licho uzbrojone bataliony marszowe, wsparte policjantami,
harcerzami i junakami PW, najechały sowieckie czołgi i jak miejscowi komuniści,
raczej nie Polacy, strzelali obrońcom w plecy. Jak po stratach własnych i tych
zadanych Sowietom bohaterskie Grodno skapitulowało 22 września - i jak najeźdźcy
rozstrzeliwali bez sądu oficerów i cywilów… - Ale o tym nikomu nie mów ani
słowa, to by mi zaszkodziło… Obiecałem, więc do zwierzeń nawiązuję dopiero po
półwieczu. A przecież wtedy było już po Stalinie i jego pachołku Bierucie, po
sfingowanych procesach i orzekanych karach śmierci. Na dacie 17 września legła
na wiele lat zmowa milczenia. Nieco podobna do obecnej „poprawności politycznej”
lecz wciąż obwarowana groźbą kryminału.
Sam też łgałem wypełniając liczne ankiety, że „ojciec zaginął na wojnie…” Nie
zaginął, lecz zginął – i to w Katyniu. Litera różnicy. Gdy w 1979 r.
zaoferowałem pewnemu tygodnikowi notatki z mojej ucieczki aż na Wołyń, do
Berestowca - tekst się ukazał, ale bez przeżyć naszej tułaczej gromadki po
wkroczeniu Sowietów. Były dramatyczne. – Sam wiesz, że to by nie przeszło…-
tłumaczył mi zakłopotany sekretarz redakcji. Wiedziałem. W encyklopediach PWN i
różnych leksykonach próżno było szukać choćby hasła „Katyń”. Lepiej było milczeć
niż kłamać, to na zasadzie mniejszego zła. Za to przez 20 niepodległych lat
wykrzyczeliśmy całą prawdę o sowieckiej winie. Pełnym głosem, aż do bólu i bez
ograniczeń.
Skoro odreagowaliśmy więc tę traumę - może warto mówić z NIMI o czymś innym?
61. Dorównać labradorom
Zdarzyło mi się niedawno myc auto w supernowoczesnej myjni tzw. bezdotykowej.
Nie ma w niej w ogóle szczotek, a samochody myje tylko strumień pod ciśnieniem
jak w armatkach wodnych z epoki ZOMO. A więc postęp techniczny, do tego
perfekcyjna obsługa, co za kosmiczna różnica ze zgrzebnymi myjniami w Peerelu!
Tak myślałem, dopóki nie podsłuchałem mimo woli dialogu panów czyścicieli w
sterylnych skafandrach, wyglądających mi na studentów dorabiających wakacyjną
porą. Co trzy, a najdalej co cztery słowa przerywał ich pogwarkę wtręt na „k”
lub „ch”. Nie bardzo zresztą rozumiałem o co chodzi, bo nie znam najnowszych
wersji więzienno –młodzieżowego slangu.
Dysonans przykry dla ucha jak zgrzyt żelaza po szkle. Nie zamierzam jednak
moralizować, skoro wyrazy na „k” i „ch” już dawno utraciły pierwotne znaczenie
ladacznicy bez zasad i męskiego organu płciowego. Słowo „kobieta” też było
kiedyś przecież obraźliwe… Martwi mnie jednak postępujące zubożenie polszczyzny,
obumieranie zbyt wielu słów. Czytam właśnie, że badania psychologa Stanleya
Corena z British Columbia University w Kanadzie, prowadzone na 208 psach,
wykazały rozumienie ok. 165 słów. W psim gronie najbystrzejsze okazały się
owczarki szkockie i niemieckie oraz labradory, reagując aż na 250 wyrazów i
dorównując tym samym intelektem ludzkim dwulatkom. Takiego bogactwa słownictwa
trudno się doliczyć, słuchając mimo woli choćby rozmówek w autobusach i
tramwajach. Albo czytając w Internecie głosy w dyskusji. Kiedyś słownictwo
wyniesione z domu wzrastało w miarę połykania dzieł literackich z różnych epok,
ze starożytnością (vide „Iliada” Homera) włącznie. Teraz, jak powszechnie żalą
się księgarze i bibliotekarki, młodzi w ogóle nie sięgają po książki. Lektury
szkolne, ów kanon literatury, zastępuje im film albo bryk, czyli prymitywny
gotowiec. Termin pochodzący od niemieckiego „Eselsbrücke” czyli „mostu dla
osłów” jest w tym przypadku wyjątkowo trafny.
Tak oto sprawdza się twierdzenie, że nikt nic nie czyta, a jeśli czyta to nie
rozumie, a jeśli nawet zrozumie – to zapomni… To Stanisław Lem. Cytuję z
pamięci, uformowanej właśnie na książkach.
62. Pieskie życie
W
mojej wiosce nie widuje się krów ani trzody, za to ulicami śmigają samochody
z najwyższej półki. Przeważają domy jednorodzinne ozdobnie ogrodzone, a na
bramach widnieje ku przestrodze wizerunek psa. Posiadanie psa jest równie
oczywiste jak pójście w niedzielę do kościoła. Albo dwa auta w garażu, od święta
i na co dzień.
Udomowienie psa nastąpiło podobno 17 – 12 tys. lat temu, gdy do myśliwych
przybłąkał się pokojowo nastawiony wilk merdając ogonem. Skusiły go odpadki
patroszonej zwierzyny. Nasi praojcowie zauważyli, że węszy niebezpieczeństwo i o
nim ostrzega… W miarę współżycia nastąpiła selekcja psów ze względu na potrzeby,
potem ze względu na „eksterier” czyli wygląd. Tak powstały rasy, bardziej
różniące się wyglądem niż jakiekolwiek ssaki. A jeszcze potem herbowa szlachta,
czyli psy rodowodowe.
Właśnie jesteśmy świadkami procesu uczłowieczenia psa. Kampania „Uśmiech pupila”
wzywa do czyszczenia psom zębów najlepiej po każdym posiłku. Pojawiły się w
handlu szczoteczki z końcówkami dla psów dużych i małych, a nawet, co budzi we
mnie zazdrość, jednorazówki do zjadania… Psi dentyści namawiają do zdejmowania
ultradźwiękami kamienia nazębnego, do ortodoncji i implantów. Oferuje się
badania RTG, USG i EKG w psich przychodniach i położnictwo dla suk. W psich
hotelach są pojedyncze pokoiki, boiska i kąpieliska, menu do wyboru, spacery,
zabawy i korekta zachowań przez zoopsychologa. Mnożą się psie fryzjernie
i salony kosmetyczne, sklepy są pełne psiej karmy, witamin, psiej biżuterii,
zabawek i akcesoriów. Można nabyć „legowisko owalne z różową ścianką boczną w
pawie oczka” lub przebrać faworyta za pirata, księżniczkę czy żabiego króla.
Przeszkala się ekspresowo pracowników plajtujących stoczni na psich fryzjerów,
bo zawód ten ma przyszłość. Maluczko, a doczekamy się legalizacji psich
związków. Także jednopłciowych.
Nie wierzę w zwierzęce wcielenia wędrujących duszyczek, ale gdyby się zdarzały –
to odnalazłbym się chętnie w futrze łagodnego labradora.
63. Siedemnastego...
Było ich czterech – dwóch uczniów z Krakowa, student AGH i całkiem dorosły
lwowiak, niezmobilizowany oficer rezerwy. Siedemnasty września zastał ich w
Berestowcu, o 65 km od granicy z Sowietami, gdzie po polsku mówiono chyba tylko
we dworze. Wybrali się rano nad potok, by zmyć trudy i brudy tułaczki, gdy od
wschodu nadleciały na wysokim pułapie bombowce szumiące inaczej – ani z polska,
ani z niemiecka. Zawirowały ulotki zamiast bomb. „Ono ukazało się bezsilnym
rządzić krajem – brzmiał niby polski tekst – i zorganizować obronę. Ministrzy i
generałowie chwycili zagrabione im złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiając
armię i cały lud polski na łaskę losu…”. - Po jakiemu to? – pytał Antek,
pobladły z wrażenia. – Nie ważne po jakiemu, ale znaczy, ze zachodzą z tyłu. To
koniec.
We dworze wiedziano już z radia o inwazji. Sowieckie czołówki mogły zająć wieś
za kilka godzin. Uciekinierzy zebrali się między stodołami. Ktoś zaintonował
hymn. „Szablą odbierzemy…” zabrzmiało jak kpina. Z szablą na czołgi? Chłopcy i
student Julek postanowili wracać na zachód. Może w niewolę, ale do domu… Czy
stoi nadal, czy rodzice żyją? Czekała ich piesza tułaczka przez Wołyń, ogarnięty
ukraińską ruchawką. Po ziemi niczyjej. Wehrmacht wycofywał się na ustaloną z
Sowietami linię czwartego rozbioru Polski, a Armia Czerwona dopiero nadciągała,
by „wyzwalać spod polskiego jarzma” Ukraińców i Białorusinów.
W każdej wiosce na powitanie Sowietów stawiano bramy triumfalne z napisami
cyrylicą. Polskich żołnierzy rozbrajali Ukraińcy i Żydzi z czerwonymi opaskami.
Polewano po Polakach wyboisty bruk z cebrzyków i wymiatano demonstracyjnie
„polski brud”. Raz zobaczyli śmiałków, marynarzy Flotylli Pińskiej i spieszonych
ułanów, jadących w pełnym uzbrojeniu i z cekaemami na szoferkach ciężarówek pod
prąd uciekinierów na wschód, by walczyć już tylko o honor. Widzieli też kaźń
polskich oficerów, wyławianych przez mołojców z tłumu cywilów…
(Fragment książki Chrzana pt. „Osobliwe przypadki Egona A. w Peerelu”).
64. Drzewa umierają stojąc
Nieopodal
(cóż za poręczne archaiczne słówko…) ktoś piłą mechaniczną zgilotynował kilka
brzózek, bo podobno zakłócały mu odbiór programów TV z satelity. Gdyby je
wyrąbano przy ziemi, w sprawę wdałyby się gminne władze i nałożyły grzywnę.
Tymczasem obcięcie wierzchołków, powodujące powolne obumieranie, ujdzie
bezkarnie i uzasadni usunięcie po pewnym czasie gołego i martwego pnia. To jedna
z metod, bo stosuje się także systematyczne podlewanie niechcianych drzew
żrącymi płynami.
„Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie
drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie; dla was będą one pokarmem…” – czytamy
w Księdze Rodzaju (1:1 – 4) słowa Pana. Wspaniały dar nie oznaczał chyba w
boskiej intencji licencji na zabijanie, na wyrąb tysięcy hektarów lasów po to,
by drewno przerobić na papier do druku reklamowych ulotek. Albo by zgniło
wskutek niewydolności transportu. Chylę czoła przed ofiarnymi ekologami spod
sztandarów „Greenpeace” i pokrewnych eko - stowarzyszeń, gotowych w obronie
przyrody na przykuwanie się do pni skazanych na zagładę drzew i inne odważne
ryzyka. Podziwiam obrońców wielorybów, delfinów, morsów, fok i innych ssaków
morskich skazanych na okrutne zabijanie, bo z ich ciał da się wyprodukować z
zyskiem konserwy czy nawet pachnidła, a skórę przerobi się na torebki albo
pantofelki. To samo dotyczy gadów i płazów. W 1979 roku na Madagaskarze próżno
szukałem aligatorów, oglądanych i barwnie opisanych przez Fiedlera. Padły
zbiorową ofiarą mody na krokodyle skórki, okresowo panującej w Europie. Równie
ciepło myślę o wykupujących konie, wywożone w fatalnych warunkach na rzeź albo
głodzone i zaniedbane, bo pseudo hodowcom idzie tylko o unijną dotację.
Ludzkość w wymiernym czasie poniesie zbiorową karę za lekkomyślność w
traktowaniu przyrody.
65. 31 lat minęło…
W
„Nędznikach” Wiktora Hugo galernik Valjean okrada swego dobroczyńcę,
a wędrownemu kominiarczykowi rabuje 40 sous. Potem doznaje duchowej przemianę,
by zasłynąć z filantropii jako zamożny przemysłowiec i mer miasta. Rozpoznany
przez tropiącego go komisarza trafia znów na galery, skąd ucieka, by troskliwie
zaopiekować się sierotką Kozetą. Aż po grób postępuje uczciwie. Podobnie
moralnego samooczyszczenia dokonał Kmicic – od przejścia na stronę szwedzkich
popleczników, do obrony Jasnej Góry i udziału w wyzwalaniu Polski.
W filmach pojawia się wątek skazańca żyjącego latami w oczekiwaniu egzekucji.
Kończy studia, pisze wiersze , doznaje iluminacji religijnej. Zdobywa sympatię
strażników, niekiedy nagrody, gdy wtem nadchodzi pora na krzesło elektryczne…
Albo komorę gazową. Zabijanie w imię prawa kogoś całkiem odmienionego, za winy
sprzed wielu lat, jest okrutne. Także nieuwzględnianie instytucji przedawnienia.
Urodzony w Paryżu Roman P. trafił jako czterolatek do Krakowa, w całkiem obce
środowisko. Mając lat 7 znalazł się w getcie. Przeszmuglowany na „stronę
aryjską” ukrywał się na wsi, pracując jako pastuszek. Miał ledwie 12 lat pod
koniec okupacji. Ukończył filmówkę i po znakomitym debiucie reżyserskim
skorzystał z szans wyrwania się w wolny świat. Wyrobił sobie markę w samym
Hollywood. Tam doznał traumy, gdy banda satanistów zamordowała mu żonę w ciąży…
Czy są to przejścia bez wpływu na funkcje mentalne i emocjonalne, słowem na
osobowość? Po fatalnym uczynku w 1978 roku, niestety o posmaku pedofilii,
osaczony przez bezwzględne prawo, wybrał ucieczkę… Akt desperacji, ale też
utrata szans kariery w światowym centrum filmu. Odtąd w ciągłej obawie omijał
kraje związane z USA umową o ekstradycję. Nie wyrzekł się nigdy polskich korzeni
, w filmach dawał pracę naszym aktorom i operatorom, za grosze występował w
Polsce na scenie i w filmie.
Ma 76 lat i już nikomu jurnością nie zagrozi… Czy resztkę życia spędzić ma za
kratą?
66. Znów my i oni, celebryci…
W latach 70 pewien emerytowany podpułkownik, notabene z zawodu architekt i
niezły malarz amator, wyczytał o mianowaniu swego bliskiego kuzyna na
wiceministra leśnictwa. Gdy krewniak z jasielskiej prowincji ściągnął z małżonką
(bo jak wiadomo od pewnego szczebla ma się małżonki, a nie zwykle żony ) do
Warszawy i zamieszkał w słynnej wówczas nader ekskluzywnej Alei Róż –
podpułkownik pofatygował się tam z żoną, by złożyć gratulacje. Nastrój nader
skromnego przyjęcia (kawa i wedlowskie herbatniki ) wydał się obojgu nieco
sztuczny. Gospodarz puszczał mimo ucha sugestie rewizyty, mówiąc chętniej o
nagłym ataku osnui gwiaździstej i brudnicy mniszki na polskie lasy. Pod koniec
podpułkownik emeryt usłyszał na stronie: - Więcej nas nie odwiedzajcie, bo to by
mi mogło zaszkodzić… Teraz tu mamy nasz towarzyski krąg, nasze ośrodki, nasze
życie… Jak kiedyś będę w odstawce, to się spotkamy i pogadamy… W PRL prócz Alei
Róż pilnie strzeżonymi półtajnymi gniazdkami dla ludowej władzy był Konstancin,
Arłamów, Jurata i inne urocze zakątki. W NRD była to dzielnica Wandlitz, w ZSSR
luksusowe podmoskiewskie dacze, w Albanii zamknięte miasto w mieście, iście
bizantyjski przepych w ubożuchnej i izolowanej Tiranie.
Pamiętam jak w 1991roku na warszawskim Placu Konstytucji ujrzałem samotnego
towarzysza Czyrka, znanego mi z telewizji. Jeszcze w grudniu 1990 był ministrem
w prezydenckiej kancelarii Jaruzelskiego, a przedtem, poczynając od 1965 roku,
zajmował nieprzerwanie wysokie stanowiska partyjne i rządowe. Teraz sprawiał
wrażenie oszołomionego postpeerelowską rzeczywistością, budami i szczękami z
zagranicznym chłamem w sercu stolicy, do niedawna oglądanej tylko zza szyb
rządowej limuzyny… - Patrz pan, chyba to Czyrek? Sam i na piechotę, dobrze tak
k… tym komuchom – zagadał przypadkowy warszawski rodak, równie jak ja
zaskoczony.
Od naszej epokowej transformacji miało być przecież inaczej. Prawdziwie
demokratycznie, na zasadzie pełnej równości wobec prawa, bez jakichkolwiek taryf
ulgowych dla tzw. celebrytów. Ale tak nie jest. Oby to zauważył choćby pewien
niecodziennie błyskotliwy parlamentarzysta, znany z ostentacyjnego, cynicznego i
bezkarnego łamania przepisów drogowych.
Do czasu, do czasu, ekscelencjo europośle. Drogi u nas bywają często śliskie.
67. Nasz zdrowy imidż
"Wtłoczony między dzicz niemiecką/ I nowy naród stu narodów/ Na wschód granicę
daj sąsiedzką/ A wieczną przepaść od zachodu..." - modlił się na uchodźctwie w
Brazylii Tuwim, zapiekły w słusznej nienawiści do wszystkiego, co niemieckie.
Ale w 64 lata po wojnie zmieniły się realia w Europie. "Nowy naród stu narodów",
chwała Bogu, się rozsypał, a Niemcy Angeli Merkel trudno nazwać dziczą. My w
Europie przeorientowaliśmy narzucone nam sojusze, mocno sadowiąc się w obu
wspólnotach: NATO i UE. Co nie mogło zostać bez wpływu na nasze życie codzienne,
na obyczajowość. Polszczyzna coraz wchłania pojęcia języka światowego, jakim
stał się angielski. Przełknęliśmy już "target" zamiast celu, "event" jako
zdarzenie, "audiobooki", "reseting" - i nawet "image" zmienił dawną wymowę "imaż"
(z francuskiego) na anglojęzyczny "imidż". I bardzo dobrze, bo i nasza
słowiańska mowa od lat obrastała latynizmami, germanizmami i rusycyzmami, nie
tracąc uroku i giętkości.
W XXI wieku Polacy podróżują w najdalsze strony już nie po to, by sprzedać
kryształy czy szynkę w konserwie. Dbamy, wzorem Zachodu, o zdrowie, sylwetkę,
zęby i biusty... Około 20 lat temu pewien laureat telewizyjnej zgadywanki
brakujących liter pokazał kamerze i nam telewidzom uśmiech wampira Ė szczerząc
dwa górne i dwa dolne kły na tle ziejącej pustki... A dziś podziwiać możemy
zadbane garnitury zębów, olśniewające bielą.
Tak się składa, że piszę ten tekst na Kaszubach, na zdrowotnych wczasach. Setka
gości z górą, w tym z Ukrainy i Kanady, dobrowolnie katuje się w marszach z
kijkami i na różnych gimnastykach, karmiona wyłącznie owocem i warzywem.
Wszystko dla zdrowia i figury...
Hurra, waga wreszcie drgnęła.
68. Historyczne nauczki
Kanclerz Angela Merkel tak szczyciła się niedawno zaangażowaniem Niemiec w wojnę
w Afganistanie: „Po USA i Wielkiej Brytanii jesteśmy tam trzecią siłą…”.
Liczbowo tak – ale oto znany (niżej podpisanemu nawet osobiście…) niemiecki
pisarz, felietonista, autor biografii kilku mężów stanu i ciekawych politycznych
analiz Mainhardt Graf von Nayhauss dokonał w ekskluzywnym „Magazynie kultury
politycznej CICERO” z 5 listopada 2009 przeglądu czynności, wypełniających
żołnierzom Bundeswehry służbę w dalekim kraju. Z poufnej statystyki ministerstwa
obrony RFN, do której dotarł, wynika iż z przebywających tam obecnie 4 365
żołnierzy ledwie około 600 wypełnia zadania bojowe. Natomiast większość zajmuje
się zaopatrzeniem, naprawą pojazdów i sprzętu. Są też sanitariuszami,
opracowują dane wywiadu, wypełniają liczne sprawozdania, budują mosty, obsługują
lotniska, prowadzą pocztę polową, rozgłośnie i kantyny. To typowa służba tyłów,
z dala od świstu kul i eksplozji podstępnie podkładanych min. Ponad połowa
niemieckiego kontyngentu nawet nie wychyliła nosa poza obręb baz. Cytowany w
artykule Nayhaussa znawca Afganistanu, niemiecki pisarz Peter Scholl – Latour,
na własną rękę i odważnie mimo podeszłego wieku zbierający materiały do swej
kolejnej książki w Masar – i – Sharif, gdzie teraz kwateruje 2 690 żołnierzy
Bundeswehry, był zaskoczony tym, że prawie nikt z nich nie ważył się wyjść po
służbie z bazy, by oglądnąć zabytkowe miasto i słynny Błękitny Meczet Imama
Alego… Niemieccy wojacy po rutynowych spotkaniach w terenie z przywódcami
lokalnych klanów nocują w afgańskich koszarach albo w bazach NATO, uznając
biwakowanie w opancerzonych pojazdach za zbyt ryzykowne.
Cóż, można by pogrozić Niemcom paluszkiem za opisane tu
dekowanie się na tyłach, zamiast służby frontowej. Ale ja odnajduję w tym także
wątek pozytywny. O niemieckim żołnierzu gdzie jak gdzie ale w Polsce wypada w
aspekcie historycznym mówić tylko źle, lecz był to przecież żołnierz bitny,
nieskłonny do wiania w panicznym odwrocie. Skoro obecnie tak wyraźnie nie kwapi
do wojaczki „jako takiej” , do walki na pierwszej linii, to chyba nie podpali po
raz trzeci Europy, a z nią połowy świata… Tak stało się przecież ze Szwecją,
dziś pokazowo pokojową i neutralną, a ongiś okrutnym łupieżcą, wandalem i
postrachem naszych stron. Decydujący przełom nastąpił po sromotnej klęsce
poniesionej w bitwie pod Połtawą na Ukrainie w 1709 roku. Dokładnie trzysta lat
temu.
69. Hajli hajlo hajla…
„Niemieckie pozdrowienie” (w oryginale deutscher Gruss) od 1925 r.
obowiązywało członków NSDAP, a po przejęciu władzy przez Hitlera w 1933 r.
wszystkich Niemców. Gest i słowa określono rozporządzeniem. Należało więc prawą
rękę z wyprostowaną dłonią wznieść ukośnie na wysokość oka, mówiąc „Heil
Hitler!” czyli sława Hitlerowi lub wykrzykując „Sieg heil!” , sława zwycięstwu.
W istocie skopiowano używane od 1922 r. pozdrowienie włoskich „czarnych koszul”
Mussoliniego. Włosi wywodzili je od „saluto romano” starożytnych Rzymian, zaś
Niemcy uważali za obyczaj pragermański.
Trudno pojąć, jak udało się z dnia na dzień skłonić wielomilionowy kulturalny
naród do oddawania czci niemal boskiej szefowi partii. Nie tylko oficjalnie, ale
również w prywatnych kontaktach. Także tych rodzinnych. Zwrotem „z niemieckim
pozdrowieniem heil Hitler” kończono nawet gorące listy miłosne… Brak gestu i
słów hajlowania w odpowiedzi na czyjeś hajlowanie groził pod koniec wojny nawet
sankcją karną. Po nieudanym zamachu na Führera w lipcu 1944 r. objęto także
Wehrmacht nakazem wyciągania ręki zamiast żołnierskiego „bicia w dach”. Na znak
wierności. Polecam to uwadze twórców filmów z epoki.
Po klęsce w 1945 r. Niemcy z trudnością powracali do poczciwego „guten Morgen” i
„guten Tag”. Wielu wolało mówić wtedy „osiemdziesiąt osiem” – co oznaczało „HH”
, dwie ósme w kolejności litery alfabetu. Za hajlowanie można obecnie w RFN
posiedzieć za kratkami nawet trzy lata, więc neonaziści stosują bezkarnie nieco
zmodyfikowany „Kühnengruss” o innym kącie uniesienia ręki i innym układzie
palców. Tak nazwany od Michaela Kühnena, jednego z neonazistowskich przywódców –
ale tkwi w tym także nieco przewrotna gra słów, bo przymiotnik „kühn” oznacza
kogoś odważnego.
Przez 1961 dni, bo tyle trwała koszmarna okupacja mego Krakowa, obserwowałem owo
hajlowanie niemal bezustannie. W „stolicy Generalnego Gubernatorstwa” dekowało
się pod koniec wojny przed wysłaniem na front prawie 40 tysięcy Niemców. Gdybym
wtedy usłyszał, że w 64 lata po dobiciu III Rzeszy w jej berlińskim barłogu
młodzi i patriotyczni nastawieni Polacy w swym niepodległym kraju będą z
namaszczeniem publicznie małpować hitlerowskie pozdrowienie – popukałbym się
znacząco w czoło.
A jednak.
70. Rachunki do wyrównania?
- Co wy Polacy macie przeciw Rosjanom? – pytała nas prawie 40 lat temu
doktor Helga R., lektorka na kursie niemieckiego , prowadzonym w uniwersytecie w
Lipsku dla dziennikarzy z tzw. obozu socjalistycznego. Jak na komendę wbiliśmy
wzrok w podręczniki i przezornie milczeli. Prócz przeczeń „aber nein, ale skąd…”
nie padła z naszej strony merytoryczna odpowiedź. Wtedy w NRD przetrawiono już
traumę gwałtów i grabieży w wykonaniu zwycięzców. Powszechnie i bez ironicznego
podtekstu zwano Rosjan przyjaciółmi. Broń Boże nie okupantami.
Czy mamy wciąż coś przeciw? Może tak. Zachód postrzega Rosję przez pryzmat
godnych podziwu osiągnięć kultury, sztuki , nauki i techniki, poczynając od
Tołstoja i Dostojewskiego , a na rutynowym już lataniu w Kosmos kończąc. My
patrzymy na nią wciąż z perspektywy gorzkich doświadczeń – zaborów, najazdu w
1920 roku, zmowy Stalina z Hitlerem, wywózki rodaków za Krąg Polarny albo w
stepy, wymordowania oficerów czy podtrzymywania na przysłowiowych bagnetach
narzuconego nam i obcego ustroju. Gdy Zachód zachwycał się żarliwością młodego
cara Piotra I w poznawaniu nauki i techniki, gdy Wolter i Diderot widzieli w
Katarzynie II Semiramidę Północy, my z bliskiego dystansu dostrzegaliśmy
poniżanie mużyków, mieszczaństwa, bojarów i popów przez niczym nie ograniczoną
władzę, zawisłość sądów i wszechobecną korupcję. A potem z trzech zaborów
właśnie ten rosyjski, jak na ironię słowiański, najkonsekwentniej tępił ducha
polskości.
Niemcy wymordowali znacznie więcej obywateli polskich, niż to uczynił ZSSR. Ale
Niemcy po klęsce nie negowali i nie pomniejszali zbrodni dokonanych na Polakach.
Dziś często kaja się za nie publicznie niemiecka generacja wnuków. Tymczasem w
Rosji poczucie winy za Katyń, Charków i Miednoje mają co najwyżej szlachetni
członkowie „Memoriału”, a arcyzbrodniarz Stalin nadal spoczywa w honorowej niszy
w murach Kremla.
I jeszcze nasz i ich stosunek do niepodległości Ukrainy… Ale to temat sam w
sobie, być może na inną okazję.
71. Był jajkiem z piasku i niedzielą
Tkwi we mnie opowieść, zasłyszana ongiś w szpitalu Akademii. Leżał koło mnie pan
Sądej, rolnik o twarzy pooranej i sękatych dłoniach. Jak wskazywało nazwisko
pochodził z Sądeckiego, krainy mych szkolnych wakacji. Odwiedzały go synowie,
córki i wnuki, eleganckie i miejskie. Chorobę znosił ze spokojem. Czuł respekt
nawet przed salową, o doktorach nie wspominając. Kiedyś odwiedziła go kobiecina
przygięta reumatyzmem, drobna i sucha. Ku memu zdumieniu rozmawiał z nią w
niemieckim dialekcie „platt”. Rozumiejąc co czwarte – piąte słowo słuchałem o
gospodarstwie bez gospodarza. Krówka się miała ocielić, świnki trzeba zawieźć do
skupu… Gdy wyszła, spytałem gdzie i jak los połączył go akurat z Niemką.
W latach 30 z poboru trafił do artylerii w Toruniu. Odsłużył wojsko i szukał
pracy w Wolnym Mieście. Orał, siał i żął u bauera na Żuławach, nieco poznał
mowę, ciułał gulden do guldena. Zaiskrzyło między nim a miejscową robotnicą
rolną. Ożenił się z nią, ale trwał przy polskości jak umiał. Przeżył głęboko
wiec Polonii Gdańskiej, na którym przemawiał generał Górecki. Pierwszego
września 1939 usłyszał dudnienie armat. Płakał jak dziecko, gdy padło
Westerplatte. Wkrótce w majątku zjawił się żandarm. – Herr Sądej, pora
decydować… Wysiedlenie, może Stuthof - albo volkslista… Jak sądził wybrał
mniejsze zło. Powołano go do Wehrmachtu. – Mensch, Sandei, co za głupie polskie
nazwisko… Jajko z piasku! – usłyszał od feldfebla. I od niemieckich kolegów. Był
w załodze Wału Atlantyckiego, gdy lądowali Alianci. Nie chciał umierać za
Hitlera. Poddał się przy okazji. – Sunday, jak niedziela! – zdziwił się Stuff
Sergeant, spisujący jeńców.
Uznany za Polaka znalazł się u generała Maczka, a gdy ucichła wojna wrócił do
Gdańska na pokładzie „Krakowa” w berecie z orzełkiem i w battle dresie.
Pomaszerował na podtopione Żuławy. Żona czekała, ale szykowała się już na
wysiedlenie. Stało się inaczej. Uczucie przetrwało powojenny czas pogardy i
szykan, jakie ich spotykały. W końcu zrozumiałych po latach okupacji.
Jeszcze jeden dziadek z Wehrmachtu.
72. Ręka rękę brudzi?
Niemal
co tydzień w rysuneczkach Mistrza Jujki pojawia się temat łapownictwa. Mistrz z
natury poczciwy, więc ludziki spod jego piórka traktują łapówkarzy
z pobłażaniem. – Niezły, bo niewiele żąda i spełnia co obiecał – brzmi zwykle
sentencja. Nie zarzucam Mistrzowi relatywizmu moralnego wobec panoszącego się
zła. Idzie mi o coś innego. Czy naprawdę III RP to kraj i raj łapowników, gdzie
wszyscy niemal decydenci wyciągają łapę po wziątki i czy idąc ścieżką prawa,
nie dając i nie biorąc, nie załatwi się u nas niczego?
Był czas, kiedy wtajemniczeni jadący ekspresem do Warszawy nie kupowali biletu,
dając na korytarzu konduktorowi zwyczajowy datek. Lokował ich usłużnie, nawet
czasem w przedziale służbowym. Lud wiejski w pekaesach płacił za przejazd nie
żądając biletu, co było zwyczajową normą. Kierowcy aut na okoliczność
zatrzymywania do kontroli wozili odpowiedni banknot w dowodzie rejestracji.
Funkcjonariusz wyjmował go niedbałym gestem, pouczał o wykroczeniu, salutował i
życzył szczęśliwej drogi. Celnicy po „przemówieniu do ręki” przymykali oczy na
przemyt . To było za Peerelu, minęło, już nie wróci? Nie jestem pewny. Łatwe
dorobienie do niewysokich poborów może przeważyć. Często to tylko kwestia sumy.
Powiadają cynicy, że nieprzekupni są najdrożsi… Chwieje się we mnie jednak wiara
w państwo prawa, gdy słyszę o ukartowanym przez tajne służby wprowadzaniu
upatrzonej ofiary na drogę łapownictwa. Pokusy w wykonaniu agentów Tomków bywają
tak atrakcyjne, że nawet anioł boży by nie odmówił.
Drogi Maestro, proszę sobie wyobrazić, że przeżywszy kawałek sanacji, okupację,
pseudoludową demokrację i epizod IV RP tylko raz w życiu wręczyłem wziątek! Mimo
to udało mi się w życiu załatwić multum urzędowych spraw. Nikt za mną nie stał i
nikt mnie nie niósł, bywało wręcz przeciwnie… Może dlatego, że jako rodowity
krakowianin jestem oszczędniejszy od Szkotów i mam w kieszeni przysłowiowego
węża. A może dlatego, że proceder brania i dawania za nic, za słówko na tak, za
pieczątkę i podpis, wydaje mi się wątpliwy moralnie.
PS. Akurat 23 lutego minął w Polsce bez echa „Dzień bez łapówki”.
73. Piłka w grze
Karierę piłkarską, zresztą umiarkowaną, bo jak z angielska mówiono „na
beku” czyli w obronie, zakończyłem mając 10 lat. Powodem był uraz palców stóp po
grze w przyciasnych butach. Słabo wypadam w teorii futbolu. Nigdy nie pojąłem
mimo wielogodzinnych wyjaśnień na czym choćby polega bycie „na spalonym”.
W szkole kibicowałem „Cracovii” , nosząc jej pasiastą odznakę pod klapą
mundurka. Uczniom nie wolno było należeć do klubów. W „Cracovii” i „Wiśle” grali
amatorzy – dżentelmeni, znani aktorzy, lekarze czy prawnicy. Po corocznych
derbach biesiadowali wspólnie w restauracji. Gdy dorobili się piwnych brzuszków
i trudno już było im dryblować, do klubów napływać zaczęli adepci piłki z
podkrakowskich wiosek. Były to prapoczątki zawodowstwa. Kibiców przybywało, ale
na trybunach nie było chamstwa, walk i demolki. Nie było też dziś tak
oczywistych powiązań futbolu z polityką. Trudno wyobrazić sobie marszałka
Piłsudskiego czy prezydenta Mościckiego na boisku w krótkich porteczkach, gdy
tymczasem nasz premier kopie piłkę serio i z zaciętą miną. A Głowa Państwa
chwali po meczu ze znawstwem bramkarza kadry, nieco modyfikując mu nazwisko.
Transmitowane do ponad stu krajów losowanie udziału w grupach na Euro 2012
urosło do światowej rangi i sam szef rządu odłożył arcyważne sprawy, by wygłosić
powitalny speech w niemal oksfordzkiej angielszczyźnie. Służby tajne,
prokuratorzy i sądy nie szczędzą kosztów i wysiłków, by dopaść i ukarać naganne
ustawianie spotkań. Być piłkarzem, nawet permanentnie na ławce rezerwowych,
znaczy stokrotnie więcej niż być laureatem Nobla. Prestiżowo i finansowo.
O wynik eliminacji do Mundialu w Meksyku wybuchła w 1969 r. krwawa wojna
Salwadoru z Hondurasem, uwieczniona przez Kapuścińskiego. A mnie się marzy, by
odtąd groźne konflikty międzypaństwowe rozstrzygano bezkrwawo na murawie. Oczyma
wyobraźni widzę ostry i pełen obustronnych fauli mecz Rosja - Gruzja z naszym
Prezydentem w roli arbitra. Albo co najmniej sędziego autowego. Bo lepiej
strzelać gole, niż odpalać rakiety.
74. Liczmy na siebie
Nie
mieliśmy szczęścia do sojuszów. Po I rozbiorze Girolamo Lucchesini, pruski
ambasador w Warszawie, wynegocjował z rozkazu króla Fryderyka Wilhelma traktat o
przyjaźni z Rzeczpospolitą. Prusy zobowiązały się wystawić w jej obronie
osiemnastotysięczną armię. Nie wystawiły… Król pruski zwąchał się z carycą,
notabene swą rodaczką i zdradzając Polskę powiększył w II rozbiorze Prusy
o Gdańsk, Toruń i Wielkopolskę, kolebkę naszej państwowości.
W 1936 r. Francja przyznała nam 2,6 mld franków na zbrojenia, z czego połowę
w sprzęcie wojskowym. Do 1939 r. dostarczyła ledwie 13 procent. W marcu 1939 r.
Chamberlain zapewnił w Izbie Gmin, także w imieniu Francji, o pomocy w obronie
Polski. W Paryżu generałowie Gamelin i Kasprzycki podpisali protokół,
przewidujący w razie niemieckiej agresji natychmiastowe działania lotnicze, a po
15 dniach ofensywę głównymi silami na francusko – niemieckiej granicy. Polskę
odwiedzały brytyjskie misje wojskowe, w Londynie sygnowano traktat o pomocy
wzajemnej. Gdy 6 września 1039 Wehrmacht pojawił się na przedpolach Warszawy,
Rydz- Śmigły wysłał do Paryża rozpaczliwą depeszę, domagając się spełnienia
obietnic. Gamelin odpowiedział wykrętnie, tłumacząc się… brakiem artylerii.
Niemcy nacisnęły na sprzymierzoną z Polską Rumunię, by rozbrajała i internowała
nasze oddziały, cofające się na jej terytorium. Ostatni akt tragikomedii
rozegrał się 12 września. Oto w Abbeville Aliancka Rada Najwyższa zdecydowała,
że nie udzieli Polsce „wydatniejszej pomocy” - a Gamelin poinformował o
wstrzymaniu ofensywnych działań.
Amerykanie i Anglicy w Teheranie i Jałcie sprzedali bez zahamowań Sowietom
wierną do ostatka Polskę. „Mamy dosyć wojska i waszej pomocy nie potrzebujemy.
Możesz pan swoje dywizje zabrać…” – usłyszał Anders od Churchilla, gdy
protestował przeciwko jałtańskim decyzjom. Może warto o tej wiarołomności
pamiętać w czasach, gdy nasza cała doktryna obronna opiera się na wierze w NATO
i w skuteczność zasady „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego…”.
Jak u Trzech Muszkieterów.
75. Strachy na lachy
W
epoce rodzimego stalinizmu (1947 – 1956) Polacy bali się wszechwładnego UB,
uwikłania w sfingowane procesy, represji w rodzaju wywłaszczeń bez
odszkodowania, tak zwanych domiarów rujnujących prywatną przedsiębiorczość lub
konfiskat mienia z byle powodu. Większość lęków ustąpiła po pisanym kiedyś
z dużej litery Październiku 56, by z mocą powrócić w krwawym wybrzeżowym Grudniu
70. Do dziś pamiętam ówczesne zmasowanie czołgów w centrum Gdańska, albo
marszowe kolumny milicjantów w kaskach, gestem siewców rozrzucających na
Grunwaldzkiej granaty gazowe. Nic dziwnego, że po tym dramacie przyjęto rządy
Gierka z ulgą i dopiero „ścieżki zdrowia” aplikowane przez MO robotnikom w
Radomiu zmąciły złudną idyllę.
Od 13 grudnia 81 aż do końca „jaruzeli” nękano nas rewizjami, zatrzymaniami,
kryminałem lub nieco łagodniejszym „internatem” . Po półwolnych wyborach w 1989
roku zdawało mi się, że wyzbyłem się na zawsze obaw przed wolnym odtąd,
niepodległym i suwerennym państwem prawa. Tymczasem przeżyłem szok, gdy na
etapie IV RP urzędowym pismem wezwano mnie, autora tych błahych króciutkich
tekścików, do odżegnania się pod rygorem prawa od kontaktów z tajnymi służbami
PRL lub alternatywnego przyznania się do nich. W mediach zapowiadano wtedy
podobne prześwietlenie 700 000 obywateli, słownie siedmiuset tysięcy i rozbudowę
niezbędnego w tym celu aparatu urzędniczego. IV RP już niema lub na razie nie
ma, więc sygnalizowanej megaczystki też, za to w obecnej III RP, z założenia
liberalnej, aż roi się od służb pro i kontra rządowych, od zakładanych
podsłuchów mnogich jak u Orwella, a planuje się obowiązkowe konserwowanie nagrań
przez wiele lat.
Ideałem jest podobno tylko tyle państwa, ile trzeba dla bezpiecznego i
normalnego życia jego obywateli. Przeciwieństwem jest więc państwo wszechobecne
i wszechwładne, narzucające poddanym określony tryb życia. Lepiej takiego modelu
unikać.
PS. A w moim wieku boję się tylko myszy.
76. Vancouver 2010 - sława i chała
Szesnaście
dni Olimpiady Zimowej, w tym ledwie kilka przyspieszających nam puls
i pompujących ciśnienie. Dramatyczne finisze Trójkolorowej Justysi, Małysza
skoki po srebro, nieoczekiwany medal panczenistek… Z szumnych zapowiedzi worka
medali wyszło niewiele jak na 38 – milionowy kraj, szczycący się gospodarczym
sukcesem. Jak wynika z wywiadów ze sportowymi notablami, ciałem lub duszą
asystującymi polskiej ekipie, reprezentantom niczego nie brakło w materialnym
sensie. Skoczkowie nie latali na byle jakich nartach, a ich skafandry
odpowiadały najnowszym trendom. Bobslej kosztował niebagatelne 30 tys. euro, a
Złota Justysia, nasza chluba, miała o ile się nie przesłyszałem do wyboru do
koloru 70 par nart. Wyjątkiem były stroje biatlonistów, nie dość że liche, to z
flagą Monaco na dodatek. Czasy improwizacji w polskim sporcie wyczynowym minęły,
bo każda władza wie, że osiągnięcia sportowe na arenie międzynarodowej to
kwestia prestiżu państwa. Dawniej decydowały o nim czołgi, bombowce, armaty i
wyrównane zbrojne szeregi na defiladach, dziś decydują miejsca na podiach i
lokaty w rankingach.
Co raziło jednak w lutym 2010 polskiego widza TV, mola gazetowego czy
radiosłuchacza? To, że nadymano się na wyrost i nad miarę, zapowiadając sukcesy,
z których nic albo niewiele wyszło. Przypominało to pogróżki bokserów przed
spotkaniem w rodzaju „położę cię na deski po gongu pierwszej rundy…”. Albo
straszenie się samców w stadzie goryli, połączone z dudnieniem w klatę. Inna
pretensja dotyczy władz sportowych. Po co wyekspediowano do Vancouver
reprezentantów dyscyplin, w których nie było cienia szansy na dobre lokaty, o
podium już nie wspominając? Co prócz kosztów dały miejsca w drugich i trzecich
dziesiątkach? W snowboardzie, bobslejach, łyżwiarstwie
figurowym czy biatlonie były to miejsca na szarym końcu… Skoro uznanie przynoszą
tylko złote, srebrne i brązowe krążki, wystarczało wysłać do Kanady nie 47, a
najwyżej dziesięciu, w porywach piętnastu pewnie rokujących zawodników.
77. Nadzieja w Portugalii?
Udało
się! Budżet odetchnął, bo mamy najmniejszą armię w dziejach nowszych. Tylko 100
tys. żołnierzy. Ubożuchna II RP miała ich 280 do 330 tys. a zagrożona w 1939 r.
postawiła pod bronią 950 tysięcy. Gdyby mobilizację ogłoszono wcześniej mimo
sprzeciwu sojuszników, byłoby wojska o 30 proc. więcej. W maju 1945 roku LWP
liczyło 400 tys., Siły Zbrojne na Zachodzie 195 tys., a partyzantki różnych barw
ok. 150 tysięcy. Teraz MON wyzbywa się intensywnie koszar, uzbrojenia,
wyposażenia i rezerw mobilizacyjnych z komiśną żywnością włącznie. Likwiduje się
komendy uzupełnień. Więcej mamy policjantów niż żołnierzy, a ochroniarzy
zbrojnych w pojemniki z gazem dwa razy tyle. Mniejszą armię miała Rzeczpospolita
tylko przed ostatecznym rozbiorem, bo 12 tys. żołnierzy. Prusy miały ich 11 razy
więcej, Austria 17 razy, a Rosja aż 28 razy.
Nie ilość wojska rozstrzyga, lecz jakość wyszkolenia, twierdzą reformatorzy. To
prawda, ale prawda też, że czołgi, samoloty, helikoptery czy działa bez żywej
siły nie obronią terytorium, ani nie utrzymają zdobyczy. NATO z miernym skutkiem
apeluje o wysyłkę do Afganistanu żołnierzy właśnie. Nagłośnione triumfalnie w
mediach nasze ewidencjonowanie mężczyzn w wieku poborowym tylko rozśmiesza. Bez
cienia wyszkolenia, powołani pod broń nie potrafią odróżnić lufy od kolby… A
skąd wzięto by dodatkową kadrę dowódczą? W II RP rozbudowano przysposobienie
wojskowe w szkołach średnich, na PKP, nawet na poczcie – i traktowano je serio.
Młodzież robotniczą szkolił „Strzelec” i Junackie Hufce Pracy. Dla studentów
utworzono Legię Akademicką. W Peerelu kontynuowano podobne wysiłki ze stopniowo
malejącym zapałem, w kiepskim kadrowym wykonaniu. Dziś po przygotowaniu narodu
do obrony nie zostało ani śladu. Kwitnie za to, jak oglądam choćby w niemieckich
reportażach TV, w sąsiedniej Federacji Rosyjskiej. Pod komsomolskim hasłem „Budź
gatow…”.
My na to mamy NATO, w razie zagrożenia aktywowane na muszkieterskiej zasadzie
„jeden za wszystkich, wszyscy za jednego…”. Rzecz upraszczając prześmiewczo -
cala nasza nadzieja w Portugalii… Czy chrzanię?
78. Myślostrzępy spisane na gorąco
Nie
był prezydentem moich marzeń… Wbrew gustom mego odchodzącego pokolenia
głosowałem na kontrkandydata. Negatywnie odebrałem meldunek po Jego
zwycięstwie, pół żartem, pół serio złożony bratu: - Panie prezesie, melduję
wykonanie zadania! Więc to, co kandydat, a odtąd prezydent - elekt mówił i
czynił podczas kampanii, te spontaniczne spotkania z ludnością, serce szczypiące
głaskanie dzieci po blond główkach, czy bratanie się z góralami było tylko
partyjnym zadaniem? Odkąd sprawował najwyższy urząd, zżymałem się na taktykę
spowolniania, a nawet blokowania ustaw uchwalanych przez Sejm. Uważałem, że nie
chce być „Prezydentem wszystkich Polaków…” bez względu na opcje polityczne,
przynależność partyjną, religijną, etniczną czy jeszcze jakąś – ale czuje się
jednym z dwóch liderów partii, którą współtworzył i do której wróci. Mój
krytycyzm jednak nie oznaczał zamykania oczu na pozytywne przedsięwzięcia Glowy
Państwa. Choćby na próby wskrzeszenia idei prometejskiej Marszałka Piłsudskiego,
czyli kordonu państw od Bałtyku po Morze Czarne – albo nadanie właściwej rangi
zrywowi powstańczemu Warszawy. Wielce sympatyczna za to wydała mi się od
początku Pierwsza Dama i chichotałem złośliwie, gdy Jej publiczne wypowiedzi
niezbyt przystawały do poglądów Małżonka…
Tak było ze mną do 10 kwietnia 2010, od dziś na zawsze
daty historycznej. Ten dzień jakby zamazał w mej świadomości wiele zastrzeżeń w
swej istocie błahych i nakazał dołączyć do narodowej żałoby z całej duszy. Takie
czy inne opcje ofiar katastrofy straciły znaczenie, w ich miejsce narósł szczery
żal i zwykłe w podobnych przypadkach pytanie: - Czy tak musiało być?
Cóż, niezbadane są boże plany lub jak kto woli ślepy los, ale wolę uwierzyć, że
wręcz niewiarygodne połączenie dwóch polskich krwawych ofiar, katyńskiej
megazbrodni sprzed 70 lat i tylu członków nowych elit w tym samym niemal
feralnym dla Polaków miejscu, musi mieć jakiś wyższy cel i sens. Dla Polski i
dla Rosji, dla reszty Europy, może nawet dla świata,,, Oby tak było.
79. 1940-1990: Mój Katyń
Pod koniec października 1939 roku wróciliśmy z ucieczki na
wschód z moim kolegą Antkiem z Berestowca na Wołyniu do Krakowa. Wybraliśmy
niemiecką okupację zamiast sowieckiej pseudowolności, choć był to wybór między
dżumą i cholerą... Przez Kraków, proklamowany stolicą Generalnego
Gubernatorstwa, przetaczały się pociągi pełne jeńców. Między „oflagami”, czyli
obozami dla oficerów, i „stalagami” - dla szeregowców - a rodzinami w kraju
zaczęły krążyć wiadomości w rodzaju „Ciocia Frania urządzi wkrótce pranie...”,
„Kuzynka Ania uczy się pływać...”, „Pan Wilhelm się od nas wyprowadzi...”.
Niemieccy cenzorzy tej „Kriegsgefangenenpost”, odgadując bez trudu, że chodzi o
Francję, Anglię i Niemcy, robili na marginesie uwagi: „Ciocia Frania dostanie od
Wilhelma po d...” - albo w tym rodzaju. Nie wiem, ile w tym prawdy.
Wieści od Ojca nie było, mimo że Armia „Kraków”, z którą
ruszył na wojnę, niemal w całości trafiła do niemieckiej niewoli. Mama
spekulowała, że przedostał się na Węgry i stamtąd da nam znać. Któregoś dnia
jednak zjawił się u nas nieznany mężczyzna w polówce bez orzełka i w żołnierskim
płaszczu bez odznak - co Niemcy tolerowali - i podając się za sierżanta
opowiedział o wzięciu Ojca pod Stanisławowem (teraz Iwanofrankiwsk) do
sowieckiej niewoli. Gdy wyszedł, obdarowany ubraniem po Ojcu, Mama odetchnęła z
ulgą: - Z Mietka szczęściarz... Najważniejsze, że nie wpadł w łapy szkopom... W
Rosji będzie się miał jak pączek w maśle, za Uralem przetrwa do końca wojny.
Wyjaśniło się gdzie jest, gdy nadeszły pierwsze listy
jeńców z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa. Był w Kozielsku. Pisał o sobie na
szarym, dziwnie pachnącym papierze, bez koperty, tylko złożonym, prosił o
używaną bieliznę i pocerowane skarpetki. Odcyfrowałem adres nadawcy „Pocztowyj
jaszczik 12”, wypisany literami przypominającymi żuki, bo właśnie zacząłem uczyć
się rosyjskiego u emigrantki-„białogwardzistki”.
Zemsta Stalina czy intryga Goebbelsa?
W czerwcu 1941 r. Niemcy zaatakowały ZSSR i kraj ten stał
się dla nas „sojusznikiem naszych sojuszników”. O sowieckich represjach, o
wywózkach Polaków na „nieludzką ziemię” nie miano w Krakowie pojęcia. Gdy padł
Stalingrad - Niemcy i Polacy (oczywiście oddzielnie) chlali gorzałkę na umór.
Niemcy z rozpaczy po swej 6 Armii, a my z radości, że to dla śmiertelnego wroga
początek końca... Któż wiedział, że w marcu 1940 r. szef NKWD Beria przedstawił
Politbiuru KPZR ściśle tajny wniosek kary śmierci przez rozstrzelanie dla
wszystkich wziętych do niewoli polskich oficerów, będących „zatwardziałymi i
niepoprawnymi wrogami sowieckiej władzy...” Egzekucję należało przeprowadzić bez
ich wzywania i przedstawienia oskarżenia. Stalin, Mołotow, Woroszyłow, Mikojan,
Kalinin i Kaganowicz złożyli 5 marca 1940 r. podpisy pod zbrodniczym dokumentem.
Egzekucje rozpoczęły się 9 kwietnia 1940 r. i przebiegały sprawnie, skoro w
początkach czerwca oficer NKWD Maks Goberman zameldował o opróżnieniu obozów w
Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz „przeniesieniu” 14 982 jeńców... Na
tamten świat.
W 1941 r. Wehrmacht zajął Katyń. Zimą 1942 roku żołnierze
537 pułku łączności dowiedzieli się od ludności o masowych egzekucjach. Znam też
wersję, że o grobach poinformowali Niemców polscy robotnicy z pociągu
Organizacji Todt. Jeszcze inna wersja mówi o wykopaniu ludzkich kości przez
wilki. Dowódca 537 pułku Friedrich Ahrens zarządził przekopanie terenu.
Natrafiono na masowe groby. 10 kwietnia zjawiła się w Katyniu - trochę pod
niemieckim przymusem - delegacja PCK, której okazano m.in. szczątki generałów
Smorawińskiego i Bohaterewicza. Odwiedziła też Katyń międzynarodowa komisja z
udziałem 13 przedstawicieli medycyny sądowej, głównie z krajów okupowanych przez
Niemcy. Stwierdzono na podstawie znalezionych listów, gazet i notatek, że
masowego mordu dokonano od połowy do końca kwietnia 1940 roku. Strzelano
niemiecką amunicją w tył głowy, z niemieckich pistoletów Walther. Ten typ broni
i pociski do niej sprowadzał jednak przed wojną Związek Sowiecki z Niemiec na
potrzeby tajnych służb. Wiele zwłok miało ślady ran kłutych rosyjskimi
czworograniastymi bagnetami i głowy omotane płaszczami, by katom nie stawiano
oporu.
Trzynastego kwietnia 1943 roku z „szczekaczek”
zainstalowanych na Rynku dowiedzieliśmy się o katyńskich grobach. Ta informacja
ukazała się też w gadzinowym „Gońcu Krakowskim”. Gazeta przedrukowała również
wstrząsający artykuł „Castrum doloris” Zygmunta Nowakowskiego, krakowskiego
felietonisty przebywającego w Anglii na uchodźstwie. To dowód, jak elastycznie
umieli Niemcy wykorzystać Katyń dla swoich celów. Z kolei sowiecka propaganda
ogłosiła wprost i bez zahamowań, że masakry dokonali żołnierze Wehrmachtu.
Znaleźli się świadkowie na tę okoliczność... Nasz rząd w Londynie zaczął domagać
się od ZSSR wyjaśnień co do miejsca pobytu polskich oficerów. W konsekwencji
Stalin zerwał z nim stosunki dyplomatyczne, oskarżając Polaków o... współpracę z
Hitlerem! Istne Himalaje perfidii.
Gdy w „Gońcu” znaleźliśmy nazwisko Ojca ze zgadzającymi się
szczegółami, jak stopień porucznika rezerwy, zawód inżyniera, zamieszkanie w
Krakowie i członkostwo w związku wędkujących na Dunajcu - wątpliwości nie było.
Ale na żałobnej mszy św. u dominikanów zabrakło wielu jego przyjaciół i
znajomych z myśliwsko-wędkarsko-biznesowo-kawiarnianego kręgu. Większość
krakowian odnosiła się do znaleziska nieufnie, krążyły pogłoski o widywaniu
rzekomych ofiar w najlepszym zdrowiu, choć pod innym nazwiskiem... Miała to być
kolejna szatańska intryga Goebbelsa.
Lepiej milczeć niż koniunkturalnie kłamać...
Katyń tkwił we mnie latami jak cierń. Nie mogłem w PRL
wspomnieć o prawdziwym losie Ojca w wielu ankietach, wypełnianych w wojsku, na
studiach, w pracy na uczelni czy w stoczni. Z musu poprzestawałem na
stwierdzeniu, że „zaginął na wojnie w 1939 roku...” Na próżno było szukać hasła
„Katyń” w encyklopediach, w obfitej literaturze faktu czy beletrystyce na
wojenny temat. Można dziś z perspektywy czasu i w innych warunkach politycznych
mówić o oportunizmie, nawet o tchórzostwie wydawnictw i autorów, ale moim
zdaniem nie było lepszego wyjścia. Lepiej było milczeć niż koniunkturalnie
kłamać. Tym niemniej na pochwałę zasługują nauczyciele historii, także
akademiccy, którzy ryzykując zadbali o przekazanie prawdy. Znam kilka
przykładów.
Po załamaniu się w Polsce systemu komunistycznego nasi
historycy zaczęli publikować swoje badania na katyński temat. Gorbaczow przyznał
w kwietniu 1990 r., że „stalinizm był przyczyną tej tragedii...” Ale archiwiści
sowieccy nadal zaprzeczali istnieniu dokumentów na ten temat. Dopiero prezydent
Jelcyn w październiku 1992 r. zdecydował o ujawnieniu prawdy.
Za rządów Jaruzelskiego pokazywano okazyjnie w TVP
cmentarną płytę nagrobną w Katyniu, opatrzoną z boku napisem o zamordowaniu
przez hitlerowskich faszystów polskich oficerów. Pojawił się - o ile pamiętam -
tam kiedyś z wieńcem sam Generał. Kilka razy wyczytałem o wycieczkach do
Smoleńska i okolicy, co oznaczało wypad do Katynia, ale chciałem tam jechać jako
pielgrzym - tylko na grób Ojca, a przy okazji na groby kuzyna Witolda,
korepetytora pana Bolesława i adoratora Mamy pana Lucjana, ostatnio pośmiertnie
z pułkownika mianowanego generałem. Marzenie się ziściło w kwietniu 1990 roku -
w pół wieku po megazbrodni, w pierwszym roku odzyskania wolności.
„Eto nie zdjeś...” - mówią życzliwi Rosjanie
Na Dworcu Centralnym w Warszawie rozpoznawaliśmy się po
wielkich wieńcach żałobnych i szarfach w narodowych barwach. Przez Brześć, gdzie
w wagonach wymieniono podwozia, Baranowicze, Mińsk i Orszę (a chorążym
orszańskim był pan Kmicic...) nasz pociąg specjalny toczył się po szerokich
torach do Smoleńska. By nie pokazywać nas ciekawskim z wieńcami, wstęgami,
flagami i transparentami - skierowano pociąg na stację towarową na peryferiach
Smoleńska, gdzie podstawiono autobusy. Pojechaliśmy najpierw na śniadanie z
łososiem, kawiorem, szynką i kiełbasą na suto zastawionych stołach. Pojawili się
Rosjanie w typowym „służbowym cywilu”, a ich szef rozsiadł się w holu,
obserwując przybyszów. Z lokalu w niemal bezludnej okolicy powieziono nas do
Gniezdowa, na stację, skąd autobus z zamalowanymi szybami transportował naszych
ojców na miejsce kaźni. Na próżno starałem się nawiązać jakiś kontakt. Nikt na
stacji o niczym nie słyszał i niczego nie widział, zapytywani kolejarze ogromnie
się spieszyli do swych obowiązków... W Katyniu dołączył do nas zaaferowany
ambasador Ciosek, wyraźnie akcentujący lojalność wobec nowych solidarnościowych
władz. Był z nami reprezentujący rząd RP wiceminister ON Bronisław Komorowski, w
wystąpieniu na cmentarzu nawiązujący do pamięci krewnego, też ofiary Katynia - o
ile pamiętam, stryja.
Zanim się tu zjawiliśmy - starannie zamazano smolistą farbą
wspomniany napis, przypisujący zbrodnię Niemcom. Mszy żałobnej, odprawianej przy
płycie, przyglądała się zza płotu grupa miejscowych Rosjan, nie bardzo wiedząc
jak się zachować zgodnie z katolicką liturgią. Wysłannik TVP Stefan Truszczyński
i kilka osób z pielgrzymki zareagowało pod koniec mszy na dawane przez nich
znaki, dyskretnie wychodząc poza ogrodzenie. Okazało się, że chcą nas
zaprowadzić na prawdziwe miejsce spoczynku pomordowanych Polaków. Dwóch z naszej
grupki było pracownikami Wojskowego Instytutu Kartograficznego. Instytut wysłał
jeszcze „za komuny” tych oficerów nieoficjalnie do Smoleńska, by sporządzili
mapę miejsca zbrodni... Miałem okazję się tej mapie teraz przyjrzeć. Jeszcze
jeden dowód na istnienie „peerelowskiej rzodkiewki” - po wierzchu krwiście
czerwonej, ale białej w środku.
Patrzałem bez słowa na ogromne prostokąty brzezinowego
lasu, wyraźnie młodsze od wysokich brzóz, niemych świadków zbrodni - i zdawało
mi się, że dostrzegam mglistą sylwetkę Ojca. Taki Katyń utkwił w mej pamięci.
80. Brązownicy i odbrązawiacze
Trudno
o postać bardziej kryształową, niż Julian Ursyn Niemcewicz, poseł na Sejm
Wielki, współautor Konstytucji 3 Maja, sekretarz Kościuszki, wzięty z nim do
niewoli pod Maciejowicami, więzień Twierdzy Pietropawłowskiej, sekretarz Senatu
Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego, prezes Towarzystwa Przyjaciół
Nauk, wysłannik Rządu Tymczasowego do Anglii w 1830 roku i prezes Komitetu do
Przejrzenia Papierów Policji Tajnej, jakby pierwowzoru IPN. Był działaczem
Wielkiej Emigracji, autorem tragedii, komedii, pamfletów i memuarów. Uff! Można
zanudzić wyliczaniem zasług, tymczasem wziął go na celownik i pomniejszył Karol
Zbyszewski w książce „Niemcewicz od przodu i tyłu” – niedoszłej pracy
doktorskiej, pisanej potocznie, niemal wulgarnie. Był to jednak bestseller 1939
roku.
„Piorun Turkom” Sobieski, zwycięzca spod Chocimia i
Wiednia… Trochę dobrał mu się do skóry Boy – Żeleński, a historycy wywlekli
poddanie się na początku „Potopu” pod Ujściem królowi Karolowi X Gustawowi i
złożenie wiernopoddańczej przysięgi. Zdradził więc króla Jana Kazimierza,
prawowitego władcę. Innemu wzorcowi, jakim jest Kościuszko, zarzucono złożenie w
1796 r. przysięgi carowi Pawłowi I w zamian za uwolnienie, ale także
oswobodzenie 20 tysięcy rodaków. „Bóg mi powierzył honor Polaków i Bogu go tylko
oddam…” zawołać miał Poniatowski, skacząc w nurty Elstery po klęsce Napoleona
pod Lipskiem. Pomnik ze spiżu, książę niezłomny, ale i jemu wypomniano seks -
orgietki w Pałacu pod Blachą, czy błędy dowodzenia w bitwie z Austriakami pod
Raszynem. Marszalkowi Piłsudskiemu zarzucano zmianę wyznania by uzyskać rozwód,
powątpiewano też o autorstwie genialnego manewru spod Wieprza, decydującego w
bitwie o Warszawę. Wywlekano mu kontakty z wywiadami Austrii i Niemiec w
przededniu I wojny światowej, posądzano o germanofilstwo. A my przeżywamy
odbrązawianie Wałęsy, Kapuścińskiego i pomniejszych.
Lepiej się więc nie spieszyć z powlekaniem brązem
postaci małych, średnich albo dyskusyjnych. Im grubsza warstwa, tym łatwiej
będzie ją zeskrobać.
81. ALBANIA vel SHQUIPERIA
Także Europa
Samolot wylądował na lotnisku Matki Teresy , 17 km od Tirany. Dwa lata temu
ściągano tu 10 euro na dzień dobry, teraz opłatę zniesiono. Port się rozrósł i
unowocześnił, tak przestronnej hali życzyłbym Rębiechowu. Bagaże już wyjechały
na taśmie, ale naszych nie ma. Biadamy nad ich utratą, gdy podjeżdża na wózku
ktoś z obsługi. – British Airways? – pyta, a gdy mówimy „Malev, Malev…” pilotuje
nas do innej hali. A tam ktoś pilnuje naszych walizek i nie chce napiwku…
Synowie Kraju Orła są życzliwi dla cudzoziemców. Córki też.
W Tiranie przybyło wieżowców. Właśnie otwarto galerię ze 170 sklepami
przeważnie włoskich firm i pierwszym w kraju sztucznym lodowiskiem. Popijałem na
otwarciu gratisowe winko za przyszłe zyski. Na razie w niej pustawo, ceny za
wysokie na albańską kieszeń. Większość mieszkańców ponad 750 – tysięcznej Tirany
kupuje zresztą towary wykładane wprost na chodnikach. Mleko w butelkach po „Coca
Coli”, warzywa, owoce, ciuchy z Włoch. Przez ulice przetacza się rzeka aut,
zwykle wiekowych i poobijanych. Za komuny, do 1991roku, posiadanie samochodów
było ustawowo zabronione. W całym kraju było tylko 600 aut na użytek władzy.
Poza Tiraną znaków drogowych prawie nie ma, a jeśli są – nikt ich nie
przestrzega. Jazda po Albanii szarpie cudzoziemcom nerwy i wymaga nieustannej
koncentracji. Na górskich drogach nad przepaściami, jak szlak z Tirany do
Elbasan przez przełęcz Krrab albo z Vlore do Sarandy nad skalistymi brzegami
Morza Jońskiego brak ostrzeżeń o 180 stopniowych „agrafkach” i osuwających się
skałach. Dlatego tak wiele na poboczach pomniczków ku pamięci ofiar… Ale
Albańczycy po początkowym etapie bez praw jazdy i bez rejestracji stali się
zręcznymi kierowcami. Z kolizyjnych sytuacji wychodzą z milimetrową precyzją. Do
tego po drogach, zresztą często niezłych, spacerują bez dozoru osły, zdziczałe
psy, kozy i owce. Albo pod prąd wyjeżdża nagle motocyklista. Wszechobecna jest „Policia
rrugore”, czyli drogówka w niemal admiralskich mundurach. Czai się z radarami
nawet na gruntowych drogach, inkasuje mandaty, pogania lizakami – ale mogłoby
jej równie dobrze nie być.
Nadal w stolicy tego europejskiego kraju, od paru lat członka NATO i
pretendenta do Unii ulice nie mają szyldów z nazwami, a domy numerów… Popularny
burmistrz Edi Rama, artysta malarz i lider opozycyjnej Partii Socjalistycznej,
obiecuje nazwanie ulic i numerację domów w ciągu dwóch lat. Zagadką jest, jak
bez numeracji rządzić można stołecznym miastem, ściągać opłaty, egzekwować
obowiązek szkolny lub doręczać pocztę? Podobnie z telefonią. Przed ustrojową
zmianą prywatnych telefonów nie było, a teraz Albania przeskoczyła etap i
telefonizuje się na bazie komórek. Ekspert UE dr Marina Thode żali się, że
trudno osiągnąć VIP- a albo urząd nie znając numeru komórki… Jeszcze jeden
aspekt wychodzenia z wieloletniej komunistycznej zapaści.
Chiński przyczółek na Bałkanach
Trudno zrozumieć ten kraj, nie znając w skrócie jego historii.
Albańczycy, potomkowie Ilirów, cieszyli się niepodległością jedynie w latach
1441 – 1466 za sprawą bohaterskiego Skanderbega, pogromcy Turków, by po klęsce
pod Krują znów Turkom ulec. Europa po raz pierwszy uznała niepodległą Albanię w
1913 r. ale już w kwietniu 1939 r., w przeddzień wojny, Włosi dokonali morskiego
desantu i zajęli kraj bez walki. Król Zogu wezwał przez radio naród do obrony,
ale Albańczycy nie mieli odbiorników… Uciekł więc za granicę z dwoma tysiącami
oficerów i nigdy nie wrócił. Włosi z baz w Albanii zaatakowali następnie Grecję,
ale dzielni Grecy przeszli do kontrofensywy. Wtedy na pomoc Włochom do Albanii i
Grecji wkroczyli Niemcy i po kapitulacji Włoch w 1943 r okupowali całą Albanię.
Przeciw nim wystąpiła Partia Komunistyczna Albanii, partia studentów,
intelektualistów i ubogich chłopów. W listopadzie 1944 r. jej partyzanci
oswobodzili Tiranę.
Po wojnie kraj przeżył trzy etapy. Komunistyczny dyktator Enver Hodża
jako premier, minister obrony i spraw zagranicznych oraz sekretarz generalny KPA
związał kraj najpierw z Jugosławią Tito, odcinając się od Zachodu. Gdy w 1948 r.
Jugosławia zerwała z Układem Warszawskim, pożeglował w stronę ZSSR. Spotykał się
i popijał ze Stalinem, korzystał z kredytów ZSSR i RWPG. W 1961 r. zerwał jednak
z Sowietami i wkroczył w etap chiński. Chiny udzieliły ogromnych kredytów,
traktując niewielki kraj jako europejski przyczółek. Ich eksperci budowali
fabryki i, sadzili morwę dla jedwabników i bambusy dla koszykarzy… W Tiranie
powstało chińskie osiedle. Ten etap trwał do 1978 roku. Po nim nastała całkowita
gospodarcza, polityczna i kulturalna izolacja Albanii od reszty świata. W
paranoicznej obawie jednocześnie przed NATO i Układem Warszawskim zbudowano 700
tysięcy betonowych bunkrów… Straszą do dziś, zwykle pomalowane w kwiatki i
służące za składowiska.
Z bezlitosnym dla dysydentów okresem komunistycznym nie dokonano dotąd
rozliczeń. Dopiero teraz, w 19 lat po zmianie ustroju, premier Sali Berisha
zapowiedział powołanie Instytutu Badania Zbrodni Komunistycznych i specjalnego
oddziału szukającego masowych grobów ofiar tajnej policji Sigurimi. Do jej akt
praktycznie nikt nie ma dostępu. Przypuszcza się, że zostały zniszczone. Według
Związku Więźniów Politycznych albańska bezpieka zamordowała 5577 mężczyzn i 450
kobiet. To przerażające jak na 3,6 milionową populację. Ostatnie egzekucje
odbyły się w 1991 roku, gdy reżim dogorywał..
Albańska klasa polityczna składa się głównie z ludzi współpracujących kiedyś
z tym reżimem. Nie są zainteresowani ujawnianiem zbrodni. Byli więźniowie
polityczni, jak znany poeta Fatos Lubonja, domagają się debat na ten temat, ale
nie znajdują posłuchu. Szukają więc sami dowodów. Właśnie wykryli w Tiranie u
stóp góry Dajti mogiłę 19 niezidentyfikowanych ofiar. Byłe więzienia Sigurimi,
budzą zdumienie i przerażenie. Bez okien i bez ogrzewania przypominają mi…
chlewy.
Zrozumieć Albanię znaczy też zrozumieć Albańczyków. Z tym są kłopoty.
Język nie przypomina żadnego w świecie. Wywodzi się podobno z mowy starożytnych
Ilirów. Nasze kiwanie głową na ta jest przeczeniem – i odwrotnie. Z kaszubska
brzmiące „jo” oznacza „nie” – a „po” to tak… Młodzi znaja nieco angielski, ze
starszymi w nadmorskich miastach Durres, Saranda czy Vlora można łatwiej dogadać
się po włosku. Sporo inteligentów w wieku emerytalnym uczyło się rosyjskiego.
Nie spotkałem absolwentów naszych uczelni, ale gdy po złapaniu gumy pod Volra
pracownicy myjni pomagali nam w wydobyciu rezerwowego koła i jeden z nich
usłyszał skąd jestem – pochwalił się znajomością z Polakami i na dowód zawołał
„Kurwa na zdrowie!”. Na moment zanurzyłem się w lubej ojczyźnie – polszczyźnie i
poczułem jak w domu.
Albania wzdłuż i wszerz…
W weekend prujemy na północ do Shkoder, miasta niemal na granicy z Czarnogórą i
niepodległym Kosowem. Na poboczach dobrej i prostej drogi widać wiele
porzuconych aut bez drzwi i szyb. Nikt o nie się nie troszczy. Atrakcją Shkoder,
stolicy antycznej Ilirii, jest usytuowana na górze nad miastem twierdza Rozafa,
gdzie po klęsce w wojnie z Rzymem schronił się ostatni król Ilirów Genthius albo
Genti. Padła w 189 r. p.n.e. i był to koniec niepodległej Ilirii. Miasto stało
się stolicą rzymskiej prowincji Illyricum. W 56 r. p.n.e. wizytował je i opisał
sam Juliusz Cezar.
Gdy twierdzę w Shkoder wznoszono w iliryjskich czasach, bogowie zażyczyli
sobie żywej ofiary. Los padł na młodą i piękną Rozafę. Dała się żywcem zamurować
ale wybłagała trzy otwory. Przez pierwszy widziała maleńkiego synka, przez drugi
podawała mu pierś, przez trzeci gładziła główkę… Piękną legendę zna każdy
Albańczyk. Forteca imponuje niemal niedostępnym położeniem i widokiem na
rozległą nizinę, zalaną wodą po tegorocznej powodzi. Stan murów ze skalnych
bloków wciąż jest niezły.
Jest sobotnie wczesne popołudnie, ale zamknięto mieszczące się w twierdzy
muzeum archeologiczne. Mała kafejka też nieczynna. Po wysokich murach hasają
chłopcy, na dziedzińcu twierdzy pasą się owce i ktoś postawił tutaj spory
kurnik. Na ponad tysiącletnim murze przybito ćwiekami gruby kabel. Brak
wszelkiego dozoru i informacji.
„Kto nie był w Berat, ten nie zna Albanii…” – wyczytałem w przewodniku. No
to w dalszą drogę… W Berat znów na górze forteca z antycznej epoki, tyle że
większa od Rozafy i o dziwo zamieszkała. Na jej dobrze zachowanych murach, na
krużgankach i balkonach suszą się w słońcu wyprane koszule i gacie. O ogromie
obiektu świadczy przekaz o 20 mieszczących się kiedyś w twierdzy kościołach. W
zachowanej prawosławnej cerkwi ulokowano Muzeum Onufrija i jego syna Nikołaja,
malarzy średniowiecznych ikon. Są tu wizerunki Maryi na bizantyjską modłę,
uduchowione postacie prawosławnych świętych, bogato zdobne złotem, święty Jerzy
konno i zbrojno nadziewający na kopię paskudnego smoka, święty Dymitrij
dobijający inną poczwarę… Przewodniczka włada biegle angielskim. Dołączają do
nas turyści z Chin, jeden z nich mówi po albańsku. Chyba to ktoś z chińskich
specjalistów, w epoce Hodży budujących ciężki przemysł.
Nocleg we Vlora, w hotelu wciśniętym między urwiste skały, brzegi Morza
Jońskiego. Mógłbym wprost z balkonu zanurkować… Pięciopiętrowej budowli w ogóle
nie widać z przebiegającej obok drogi . Do recepcji na parterze schodzi się
krętymi schodami taszcząc bagaże, bo brak windy… A rano dźwiga znów na
powierzchnię. Brak wind w hotelach na trasie da się wyjaśnić… demografią.
Albańskie społeczeństwo z przeciętną około 26 lat jest najmłodszym w Europie,
Malo kto dożywa sędziwego wieku, więc po co windy?
Lunch w Gjirokaster, co oznacza „miasto 1000 stopni”. Od 2005 r. dziedzictwo
światowej kultury UNESCO. Tu urodził się dyktator Hodża i o miasto po swojemu
dbał. Ulice na starówce są tak strome, że dach jednego domu jest na wysokości
fundamentów sąsiedniego. Od 1419 roku Gjirokaster znalazło się pod tureckim
panowaniem, a w XVI w. jako stolica tureckiej prowincji czyli „sandżaku” z
rozwiniętym handlem i rzemiosłem przeżyło okres świetności. Szare kamienne domy
wyglądają jak małe fortece, wrażenie robią masywne metalowe bramy z bogatą
ornamentacją. Nad miastem góruje twierdza na fundamentach z III wieku p.n.e. –
ale w kształcie zachowanym z początków XIX w. W ponurych wnętrzach mieści się
warte zwiedzenia muzeum broni. Za komuny była więzieniem.
Na albańskiej riwierze
Przez karkołomną przełęcz Llogara, słynną z walk Cezara toczonych z
Pompejuszem, niemal cały czas nad brzegiem morza i chwilami ponad chmurami, po
przejechaniu 60 km docieramy do Sarandy. Miasto jest zaskakująco jak na Albanię
nowoczesne, zabudowane na terasach w śródziemnomorskim stylu, z zadbanymi
szerokimi ulicami i siecią gastronomiczną na europejskim poziomie. Czytam w
prospekcie, że ma rocznie średnio 300 słonecznych dni. W restauracji nad
brzegiem zatoki, skąd widać panoramę portu i nabrzeża w rodzaju riwiery, wesoło
i hałaśliwie biesiaduje wycieczka włoskich emerytów. Mają podobnie jak Grecy do
Sarandy blisko, żabi skok przez Morze Jońskie – i dużo taniej niż u siebie. Na
podróżach promami z Włoch do taniej Albanii i z powrotem wyrosła na miejscu
zapyziałego miasteczka współczesna Saranda, której wróżę świetną przyszłość.
Z Sarandy telepiemy się 25 km miejscami po absolutnych bezdrożach do parku
narodowego w Butrint, uznanego przez UNESCO za dziedzictwo światowej kultury.
Stąd do Grecji zaledwie 10 kilometrów. W latach 20 ubiegłego stulecia w Butrint
odkopano antyczną agorę, ratusz i świetnie zachowany amfiteatr z III – II wieku
przed Chrystusem. Amfiteatr mieścił dwa tysiące widzów i był użytkowany do IV w.
naszej ery. Dziś urządza się w nim w sezonie przedstawienia i koncerty. Kopiąc
konsekwentnie dalej odkryto termy, garderoby, sauny i sale dla ochłody, a nawet…
podłogowe ogrzewanie!
Zapada wieczór. Jesteśmy ostatnimi zwiedzającymi, więc już w pośpiechu
zaliczamy świetnie zachowane domy starożytnych Rzymian, tyle że bez dachów,
rzymską studnię, resztki świątyni bogini mądrości Minerwy, gimnazjon dla
krzepienia kultury fizycznej i nowszą znacznie bizantyjską bazylikę. Kustosz
parku i zarazem klucznik czekanie na nas, opóźnionych turystów, skraca
wędkowaniem w otaczającym Butrint morzu. Podchodzę bliżej. Z gestów i znanych mi
słów wnioskuję, że chce się o nas czegoś dowiedzieć.
- Uni jam polaku, jestem Polakiem - mówię wyuczoną formułkę. - A te dwie
panie skąd? Wyjaśniam, że z Niemiec. - Polonia, Germania – zadumał się kustosz -
Europa, Europa!
I zarzucił spinning na ciemno błękitne fale wieczornego przyboju.
82. Powrót króla
Sto
lat temu w 500 rocznicę Grunwaldu, 15 lipca 1910 w samo południe, znakomity
pianista, kompozytor i patriota Ignacy Paderewski odsłonił w Krakowie ufundowany
przez siebie Pomnik Grunwaldzki, autorstwa Antoniego Wiwulskiego. „Dzieło
na które patrzymy – przemawiał do 150 tys. rodaków z trzech zaborów i zza
Atlantyku – nie powstało z nienawiści… a na znak wspólnej przeszłości Polaków
i Litwinów, świadectwo wspólnej chwały, zapowiedź lepszych czasów…”. Pomnik miał
24 metry, z królem Jagiełłą na szczycie i alegorycznymi figurami po bokach.
Zwycięzca spod Grunwaldu patrzył w zadumie na Barbakan i Bramę Floriańską, jakby
tam pierzchli pokonani Krzyżacy. Jeśli mnie nie myli przedwojenna pamięć, to w
II RP rocznic Grunwaldu zbytnio nie celebrowano. Ważniejszy był Cud nad Wisłą
i mit Legionów.
Wczesnym aktem okupacyjnego terroru było zburzenie pomnika w listopadzie 1939
roku. Rozpaczaliśmy rzewnie nad ogromnym gruzowiskiem , obiecując odwet na
pomnikach wroga… Po wyzwoleniu miasta spod okupacji zawiązał się spontanicznie w
styczniu 1945 r. komitet odbudowy. Sprzyjało mu wskrzeszanie mitu Grunwaldu
przez nowe władze. W Peerelu namnożyło się grunwaldzkich ulic, Krzyżem Grunwaldu
nazwano wysoki order, a na znakomitych „Krzyżaków” Forda sprzedano w 1960 roku
32,3 mln biletów kinowych, gdy cała populacja kraju z oseskami włącznie liczyła
wtedy ledwie 29.7 miliona.
Krakowski rzeźbiarz Marian Konieczny podjął się
odtworzenia pomnika na podstawie ocalałej jego miniatury i licznych zdjęć.
Kiedyś te figury odlewano we Francji, tym razem nastąpiło to w Gliwicach.
Osadzono je dźwigami po bokach cokołu, ale król na ogromnym koniu nadleciał 16
października 1976 r. z Gliwic powietrzną drogą na zaczepach największego wtedy w
świecie śmigłowca Mi-6, by z milimetrową precyzją osiąść na samym szczycie
monumentu. Była to operacja na granicy wielkiego ryzyka – nad miastem i placem
Matejki, szczelnie zapchanym widzami. Ogłuszał nas łopot potężnych wirników,
tłoczone spod nich strugi powietrza wzbijały tumany kurzu, a nawet obaliły kilka
osób. Nikt się nie wstydził łez…
Też płakałem. Bo był to dla mnie ostateczny
koniec wielkiej wojny.
83. Uroki rekonstrukcji
Umilkł szczęk oręża i opadł kurz bitewny pod Grunwaldem. Rozładowały się zatory,
powodowane masowym odjazdem polskich i litewskich wojów, wrażych Krzyżaków i
setek tysięcy widzów w cztery świata strony. Migawki z rekonstrukcji największej
bitwy średniowiecza pokazała telewizja w RFN i przyjęto je tam ze spokojem.
Ciekawe, co by było u nas, gdyby na Ukrainie zrekonstruowano np. bitwę pod
Żółtymi Wodami, w której kozacy Chmielnickiego sprawili naszym wojskom lanie?
Obchody grunwaldzkie celnie trafiają w nasze wiecznie żywe urazy, obawy i fobie.
Mówimy Grunwald, a myślimy o Erice Steinbach, rurze na dnie Bałtyku,
Powiernictwie Pruskim i zwracaniu Niemcom domów na Mazurach.
Cokolwiek myśleć o powracaniu z takim rozmachem do zdarzenia sprzed 600 lat
– warto podkreślić nasz talent do rekonstrukcji. Miecze, tarcze, hełmy, kopie i
sulice zamawiano u płatnerzy za nielichą kasę, zamiast tanich imitacji z
plastiku, użytych ongiś w „Krzyżakach” Forda. Wierne i kosztowne były stroje
mieszczek i markietanek, snujących się po obozie. Rzucę tu myśl przewrotną:
gdyby tak ujawniony talent wykorzystać do rekonstrukcji ogólnopolskiej? Można by
więc przemianować prezydenta elekta na elekcyjnego króla, co prawie na jedno
wychodzi, a premiera na kanclerza koronnego. Obaj są historykami z
wykształcenia, więc łatwo wejdą w stroje z epoki i role. Ruszyłyby w Polskę
pokutne pochody topless biczowników - wytypowanych przez IPN kłamców
lustracyjnych, kierowców zdybanych na podwójnym gazie, opornych alimenciarzy,
niesolidnych dłużników i przekupnych arbitrów piłkarskich. Zwolenniczkom aborcji
i metody In vitro wytaczano by w Toruniu procesy czarownic, z podtapianiem w
podziemnych wodach termalnych włącznie. Przywrócono by ścinanie toporem,
kastrowano ujętych pedofilów. Nie chemicznie, jak groził kiedyś pan premier, ale
tępym kozikiem. Pręgierzem lub chłostą karano by noszenie stringów, albo mini do
pół pupy.
Co na to liberalna Europa? Nic lub prawie nic, podobnie jak ongiś z
przymrużeniem oka potraktowała naszą inność w epoce sarmatyzmu.
84. 22 Lipca, teraz znów E. Wedel
Bez
echa minęły 22 lipca 66 urodziny PRL, data Manifestu Lipcowego. Objawiane z różnych stron tęsknoty za PRL nie są dość silne, by się pokusić w tym dniu o happening. Myśmy mieli więcej kurażu i motywacji, upominając się o 3 Maja i 11 Listopada… Teraz narzekamy na towarzyszące wolnemu rynkowi bezrobocie, na galopadę cen i opłat, niektórym nie podoba się też swoboda obyczajowa, jakoby
sprzeczna z naszą wiarą, ale więcej w tym kwękaniu tęsknot za minioną młodością,
niż racjonalnych ocen sytuacji.
Narodzinom PRL towarzyszyło zakłamanie. Manifest wiele obiecywał, dajmy na
to sojusz z USA i Wielką Brytanią, a w pełnym brzmieniu pozostawał nieznany.
Powstał nie w Chełmie jak głoszono maluczkim, a Moskwie, w kręgu polskich
komunistów. PRL nie była Rzeczą Pospolitą czyli republiką, bo nie lud nią władał
przez wybrańców, lecz monopartia leninowskiego typu. - Panie premierze, czy
podać lód do szampana? – spytał raz kelner Cyrankiewicza. – My zawsze z ludem –
brzmiała dowcipna choć cyniczna odpowiedź byłego działacza PPS a nie PPR,
podporucznika rezerwy artylerii w kampanii 1939 roku, więźnia obozu Auschwitz, a
potem przez rekordowe 21 lat szefa rządu, ślepo posłusznego partyjnym
dyrektywom. Fałsz tkwił też w samej nazwie PZPR, bo robotników było w niej
śladowo. Za to w kadrze oficerskiej, wśród wyższych pracowników naukowych, czy
rzeszy dyrektorów z nomenklatury, partyjność była tak oczywista jak u księży
celibat.
To nie uprawnia jednak do osądzania PRL tylko negatywnie. Krytykujmy więc
bez pardonu okres stalinizmu, czas sfingowanych procesów, sowietyzacji kultury,
brutalnej walki z wiarą i Kościołem, za to łaskawiej spójrzmy na rządy Gomułki i
Gierka. Byliśmy w tym zakątku Europy jedynym krajem, z którego prywatnie
podróżowano na Zachód, który zachował prywatną gospodarkę rolną, hymn i
herbowego ptaka. To za Gomułki wyekspediowano za Bug sowieckiego marszałka i
generałów, to za Gierka odbudowano Zamek Królewski, symbol chwalebnej historii.
Nie bez racji w Obozie Socjalizmu uchodziliśmy też za „ten najweselszy barak…”.
85. Trzecia Japonia?
Dynamiczny
rozwój techniki sprawia, że żyje się wygodniej i bezpieczniej. Ludzkość sięgnęła
Księżyca i szykuje się na Marsa, bezzałogowe sondy penetrują Układ Słoneczny.
Wydaje się, że nie ma granic opanowania materii dla gatunku Homo sapiens –
tymczasem Natura co rusz wyprowadza nas z tego mniemania. Tak więc w 2004 r.
fale tsunami o 15 m wysokości zaatakowały wybrzeża Indonezji, Sri Lanki, Indii,
Tajlandii, Malezji i Birmy, powodując śmierć 294 tys. ludzi. W 2010 r.
trzęsienie Ziemi na Haiti pochłonęło 220 tys. ofiar. W 1985 r. w Kolumbii
erupcja wulkanu pogrzebała pod lawinami błota i kamieni 23 tys. ludzi. Prócz sił
przyrody także działalność człowieka powoduje coraz częściej nagłą i okrutną
śmierć tysięcy niewinnych ludzi. Pomijam wojny, także te domowe, a przypomnę
zamach na WTC w Nowym Jorku i pogrzebane pod ruinami 2973 osoby. A na Bali
zamach pochłonął życie 202 turystów, w tym dziennikarki z Polski.
Rozwija się „dyplomacja odrzutowców” - wzajemne odwiedziny głów państw i
szefów rządów. W katastrofach lotniczych zginęli do tej pory prezydenci Filipin
(1957), Republiki Środkowej Afryki (1969), Iraku (1966), Ekwadoru (1981),
Mozambiku (1986), Pakistanu (1988), wspólnie Rwandy i Burundi (1994), Macedonii
(2004) i Polski (2010), nadto premierzy Szwecji (1936), Polski w Gibraltarze
(1943), Madagaskaru (1976), Jugosławii (1977) i Portugalii (1980). Z
dostojnikami i świtą. Zabrzmi dla wielu bluźnierczo, ale tragedia w Smoleńsku
nie była absolutnie wyjątkową.
Tsunami i trzęsienie Ziemi w Japonii kosztowało co najmniej 28 tys. ofiar, a
to nie liczba ostateczna. Skażone wycieki z elektrowni atomowych spowodują
choroby popromienne i śmierć setek, może nawet tysięcy ofiar. Mimo to w
przekazach stamtąd nie widać szlochów, spazmów, wielotysięcznych tłumów na
pogrzebach i manifestacjach, szukania winnych – a jedynie zdyscyplinowane
usuwanie szkód i walkę o ich minimalizację. Dlatego Polska, mimo zapowiedzi
Lecha Wałęsy z 1981 roku, mało ma szans na stanie się drugą Japonią. A nawet
trzecią.
|