|
Nasza rodzina Wehikuł czasu
Nasze okolice
Rozmaitości
Jan Chrzan
Ciekawostki z IV RP/III RP |
Dzień po wyborach czyli "spieprzaj dziadu"...Sprawiedliwości stało się zadość - Jan F. Kurkiewicz - 22 października 2007
"Dla wielu z nas skończył się zły sen: ponury majak - z tych, które napawają człowieka zażenowaniem i poczuciem bezsilności. Długi korowód postaci, przewijających się w tym śnie jak na scenie w kiepskim teatrzyku - drwiących z naszej przyzwoitości, igrających z naszą godnością - to okazuje się tylko aktorzy, którzy właśnie sposobią się do ukłonów, kończących marne przedstawienie, trochę farsę, trochę tragedię. Starali się nam sprzedać błazenadę jako siłę, kryzysy jako normalność, podejrzliwość jako przemyślność, a amatorszczyznę jako żywiołowość. Dziś odsyłamy ich za kulisy. Szef Wywiadu odklei brodę; Dowódca Tajnej Policji zdejmie czarny kapelusz i binokle, Minister Więziennictwa zmyje z twarzy groźną minę, Marszałek na spacer weźmie psa... A Król? „Król jest żebrakiem, gdy się skończy sztuka...” - pociesza nas Szekspir wspomagany przez Barańczaka". Po wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego, wyborach parlamentarnych 25 września 2005, oraz po 23 października 2005 kiedy to Prezydentem RP został wybrany Lech Kaczyński, niektórym prostym ludziom, takim jak ja, zaczęło się wydawać, że w tak silnym zespoleniu władzy można czynić jedynie dobro. No bo jaka siła jest zdolna przeciwstawić się czynionemu dobru przez bliźniaczy tandem, skupiający w swoich rękach wszystkie możliwości jakimi państwo dysponuje. Tym bardziej można było ulec takiej "roszczeniowej" pokusie myślenia, że Prawo i Sprawiedliwość jako partia głosiła wszelkimi możliwymi sposobami dobrą nowinę i solidarność z najuboższymi. Głoszone tezy miała uwiarygodnić Pierwsza Dama RP, Maria Kaczyńska, która publicznie deklarowała daleko idącą pomoc wszelkim potrzebującym...
*** Małżonka Prezydenta RP Wielce Szanowna Pani, Moja zupełnie nieprzewidywalna katastrofa rozpoczęła się 31 lipca 2004 roku, kiedy to decyzją Pana Hausnera, Ministra Przemysłu, został zlikwidowany jedyny w kraju Ośrodek Badawczo-Rozwojowy „Skarżysko”, zajmujący się szeroko pojętą dziedziną amunicji. OBR istniał kilkadziesiąt lat, a został zlikwidowany w okresie kiedy nasz kraj za ostatnie grosze zakupił kilka licencji. Wszystkie wyroby rakietowe, amunicji strzeleckiej i artyleryjskiej, bomby lotnicze itp. galanteria wytwarzana w Polsce przechodziła wcześniej przez ręce specjalistów z OBR-u, którzy adaptowali je do polskich warunków. Ośrodek zlikwidowano, wdrażanie licencji ma miejsce jedynie w mediach, w równie medialnej rzeczywistości, a kadrę pognano na zasiłki. Ale nie wszystkich... Mnie to niestety nie dotyczyło... W tym bowiem momencie ponownie na scenie politycznej pojawił się Hausner i zmienił moje życie w piekło, wprowadzając „reformę” ogólnie rzecz traktując, „o emeryturach”. Miał to być pakiet reform ratujących finanse publiczne, ale by było śmieszniej, skrócenie okresu obowiązywania starej ustawy o świadczeniach przedemerytalnych, to jedyny wprowadzony w życie punkt z tzw. planu Hausera. Do zasiłku przedemerytalnego zabrakło mi kilka miesięcy. Być może, że takich osób w skali całego kraju jest najwyżej kilkadziesiąt, bowiem wymogi ustawy o zasiłkach miały wysoko ustawioną poprzeczkę... Ja, pomimo poszukiwań, nie znalazłem nikogo w podobnej sytuacji, w wieku lat 60, mającego 35 - letni staż pracy i bez środków do życia. Najwyraźniej zabrakło mi wyobraźni... I tak stałem się klientem Powiatowego Urzędu Pracy w Kielcach, skąd pobierałem w pierwszym roku kwotę ok. 524 PLN, a obecnie dokładam na dojazdy w celu okresowego meldowania się, bowiem PUP uprawia coś na wzór dozoru policyjnego. Tymczasem mam na utrzymaniu żonę i dwójkę nieletnich dzieci, że nie wspomnę o sobie, zatem żyliśmy przez ostatnie lata z pieniędzy zaoszczędzonych na „czarną godzinę”. Ta godzina przyszła, ale trwa znacznie dłużej niż mogłem to sobie kiedykolwiek wyobrazić. Oszczędności dobiegły końca... Pomimo intensywnych poszukiwań pracy nie znalazłem. Szukałem na terenie całego kraju, wysłałem w sumie kilkaset tzw. aplikacji na które nawet nie otrzymałem odpowiedzi. Zwracałem się osobiście i pisemnie o pomoc do Wojewody Świętokrzyskiego, Prezydenta Kielc, do Kierownika Powiatowego Urzędu Pracy, ale moje problemy nie wzbudziły żadnego zainteresowania. Nikt z tych osób nawet nie raczył odpowiedzieć, co jednak kiedyś było nie do pomyślenia... Wielce Szanowna Pani ! Nikt już poza Panią, nie jest w stanie uratować mnie i mojej rodziny od nieuchronnej zagłady, dlatego proszę Panią o pomoc! Nie jestem przypadkiem typowego bezrobotnego; posiadam bardzo bogaty dorobek zawodowy, duże doświadczenie w pracy zespołowej, w kierowaniu realizacją odpowiedzialnych projektów na skalę krajową i jakoś obserwując otaczającą mnie rzeczywistość nie mogę uwierzyć, że nie ma dla mnie pracy w tak dużej aglomeracji miejskiej, jaką są Kielce, czy nawet Polska... Rodzaj i charakter dotychczas wykonywanej pracy wymagał ode mnie szczególnej ostrożności w nawiązywaniu kontaktów towarzyskich, stąd być może wynika moja pozorna „niezaradność” w dotychczasowych poszukiwaniach zatrudnienia. Nie posiadam również kuzynów, szwagrów i wujków, co jest absolutnym standardem w tym mieście w procesie poszukiwania pracy. Jest to duża wada, ale chyba nie na tyle duża, aby doprowadziła do zagłady całą rodzinę, mieszkającą w mieście wojewódzkim, w środku Polski i podobno w Europie. Egzystencja naszej rodziny, rozpacz nas, rodziców, świadomych zbliżającego się końca, przypomina dramatyczne sceny z filmu "Ostatni brzeg" według powieści Nevile'a Shute'a, ale na filmie rząd australijski rozdawał przynajmniej truciznę... Proszę Panią usilnie i pokornie, aby zechciała się Pani pochylić nad naszym losem i uwolnić naszą rodzinę z tej swojego rodzaju „celi śmierci” w jakiej się zupełnie niezasłużenie znaleźliśmy. W tej swoistej „celi śmierci” żyjemy już całe 3 lata... ale dalej już nie damy rady... Nawet mordercy mają szanse na ułaskawienie i czasami jest im to dane... tą łaską w naszym przypadku jest praca. Ośmielam się załączyć swoje CV i zaprosić na naszą internetową stronę rodzinną, którą traktujemy tak jak rozbitkowie na bezludnej wyspie traktują butelkę wrzuconą do oceanu... a nuż ją ktoś wyłowi i pomoc nadejdzie w ostatniej chwili... Ta butelka to: www. kurkiewicz-family.com *** Od tego pamiętnego dnia wyglądaliśmy codziennie listonosza, jednocześnie śledząc w TVP, z zapartym tchem, kolejne dobre i szlachetne uczynki Pierwszej Damy... Na takim oczekiwaniu minęły całe 4 miesiące jak domyśliłem się, że to Polska Poczta zapewne list pogubiła. Zasiadłem zatem ponownie do klawiatury i napisałem drugi list do Pierwszej Damy... W międzyczasie wydarzenia w kraju biegły dziwnym torem, coś z tą zapowiadaną IV RP zaczynało być niekoniecznie dobrze, ludzie przestali ze sobą już całkiem rozmawiać, nikt nic nie chciał powiedzieć jak wcześniej nie zaopatrzył się w dyktafon z aparatem cyfrowym, ale generalnie zarówno Lech jak i Jarosław Kaczyńscy nadal przemawiali ludzkim głosem niosąc chwałę Prawa i Sprawiedliwości. W szczególności społecznej... Pieniądze podatników były wydawane z należytym umiarem, a to na renty dla pielgrzymów "biedniaków" co to aż do Francji pojechali się modlić i tam popadli w przepaść razem z autokarem, a to Pierwsza Dama pojechała gdzieś w okolice Przemyśla aby osobiście porozmawiać (no i oczywiście potrząsnąć troszkę kiesą) z zagubioną Czeczenką, co to dzieci gdzieś wytraciła przedzierając się na Zachód. Zastanawiało mnie to jednak, że naszym polskim rolnikom, co całe domy potracili wraz z dorobkiem całego życia w wyniku trąb powietrznych, rząd kazał szukać ukojenia w modlitwie i podesłał im niewielką liczbę policyjnych psychologów. O pieniądzach mowy nie było, bo mogli się przecież ubezpieczyć... Wszystkie te wydarzenie powodowały w społeczeństwie powolną acz systematyczną korozję wizerunku braci K., oraz prowadzonej przez Prawo i Sprawiedliwość polityki. Polityki zagranicznej i krajowej i społecznej. Na koniec i w mym sercu pojawiła się wątpliwość, czy ta IV RP braci K. prowadzi jakąkolwiek politykę, poza znanym mi osobiście z poprzedniej epoki tzw. "TKM" w połączeniu, z daleko posuniętym technicznie, zwyczajnym zamordyzmem. Tymczasem w pokorze oczekiwałem na odpowiedź lub jakiś znak pokoju od
Pierwszej Damy... bowiem do mojego "wykształciuchowego" łba nadal nie trafiały
wypowiedzi różnych mądrych ludzi, że to towarzystwo nas normalnie wykołowało.
Poza tym, tak zwyczajnie po ludzku zaczynałem się trochę bać. Mam reumatyzm
kręgów szyjnych i jakby tak chłopaki z ABW lub CBŚ
założyli mi podwójnego nelsona i powalili na glebę, niechybnie ukręciliby mi
przy tym zabiegu moją główkę. Do łez mnie rozśmieszała moja rozczulająco
naiwna małżonka, nieustannie tłumacząc mi, że przecież nic nie zrobiliśmy więc do nas nie
przyjdą. Tak jakby miało to jakieś znaczenie... przecież z tej IV RP stał się
normalny Kaczystan, niemożliwe stało się możliwe.
Tymczasem nadeszły wybory. Polacy, umęczeni życiem w IV RP użyli broni masowego rażenia stosowanej w rozwiniętych demokracjach, a mianowicie własnych nóg. Po prostu poszli i zagłosowali. Partia pod nazwą Prawo i Sprawiedliwość poniosła wielką porażkę. Od koryta zostanie odciętych tysiące "styropianowych patriotów" i twórców potęgi Kaczystanu. Wielu jednak niestety pozostanie na skutek absurdalnie skonstruowanego prawa wyborczego... Gdy tylko Donald Tusk doszedł do władzy zapowiadane cuda zaczęły się objawiać, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mianowicie dostałem w poniedziałek 22 października 2007 roku, po ponad 5 miesiącach oczekiwania, odpowiedź z Kancelarii Prezydenta, którą zamieszczam w całości, ku przestrodze innym naiwnym. Zapewne Kancelaria uważała, że po tak długim okresie oczekiwania nasza rodzina i tak już nie jest na tym padole... Los naszej ginącej rodziny dziwnym trafem nie wzbudził zainteresowania Pierwszej Damy, widać w IV RP dużo wygodniej jest chronić ustawą papierową życie poczęte, niż chronić życie istniejące... tym niemniej Pierwsza Dama w niespotykanej wprost dobroci swojego serca życzy nam wszystkiego najlepszego. "Pani Maria Kaczyńska nie ma możliwości udzielenia Panu pomocy, jakie Pan oczekuje, mianowicie znalezienia miejsca pracy "- napisano w piśmie Kancelarii. Zwróciłem się o pomoc do Pierwszej Damy, bowiem osobiście wyczerpałem wszelkie możliwości. Nie jestem jakimś leniem czy malwersantem, mam przepracowane 35 lat i to nie przy badaniu dzieł Lenina, ale jako inżynier w przemyśle zbrojeniowym. Nie czyham też na pieniądze podatnika. W wieku 65 lat teoretycznie otrzymam zupełnie dobrą emeryturę, bo przez te 35 lat płaciłem bardzo wysokie podatki. Teoretycznie, bowiem trzeba najpierw dotrwać do tych 65 lat... Sądziłem, że otrzymam jakąkolwiek pomoc, nawet chociażby prawną... tymczasem spotkał mnie ogromny zawód. Tak prawdę powiedziawszy, ten list do Pierwszej Damy był ostatnią rzeczą jaką mogłem uczynić, napisałem go dopiero po trzech latach bezsilnego zmagania się z bezrobociem i nieróbstwem urzędników powołanych ustawowo do pomagania taki nieszczęśnikom jak ja... W odpowiedzi Pierwsza Dama uraczyła naszą rodzinę gestem Kozakiewicza... Uważam takie lekceważące, pełne ukrytej pogardy, zachowanie Pierwszej Damy za cyniczne i haniebne, wprost niemożliwe w innych europejskich kulturach. Podejrzewam, że niemożliwe nawet w dawnej PRL... Widać też jak na dłoni, że słynne powiedzenie "spieprzaj dziadu" nie było przypadkowe... a mogłoby się to wydawać niemożliwe. Wydaje się jednak niemożliwe ? To wystarczy kliknąć i zobaczyć nagranie tego odrażającego zdarzenia...
Jan F. Kurkiewicz (w likwidacji) 22 października 2007
|
|
|