|
| |
20. rocznica samounicestwienia się narodu polskiego...
... to chyba jest precedens w skali światowej. Bez jednego wystrzału, w
zasadzie dobrowolnie, potężny, 40-milionowy naród skazał siebie na
unicestwienie. Po tych 20 latach Polacy nie posiadają nic... wszystko
zrujnowane, sprzedane, rozdane... Nie ma pracy, mieszkań, niezależności
finansowej... Natomiast kwitnie przestępczość zorganizowana, korupcja,
prostytucja wśród nieletnich i powszechna beznadzieja. Oto do czego prowadzi głupota,
widać nasza cecha narodowa... Dla tych, którzy wysyłają mnie na Kubę, Białoruś i
wyzywają od "komuchów" zamieszam felieton z Gazety
Finansowej, którą trudno posądzić o stronniczość i "komuchowatość".
***
Gdzie są nasze miliardy z prywatyzacji?
21 sierpnia 2009 GAZETA FINANSOWA
Wyprzedaż majątku nie załata dziury budżetowej, jak chce tego rząd. Mimo
to mamy powrót do przeszłości. Polski rząd po raz kolejny – poprzednio w czasie
rządów KLD i UD na początku lat 90., później SLD – PSL i AWS – UW na przełomie
lat 2000/01 – postanowił sprzedać prawie wszystko.
Takich gigantycznych planów sprzedaży państwowych spółek nie było od co
najmniej 10 lat. Ministerstwo Skarbu Państwa (MSP) chce w przeciągu 18 miesięcy
pozbyć się jak leci ostatnich cennych przedsiębiorstw, będących na liście tzw.
spółek strategicznych. Pod młotek mają iść przysłowiowe srebra rodowe branży
energetycznej i chemicznej – KGHM, LOTOS, ENEA (dystrybutor energii dla 16 proc.
rynku), Tauron (lider największej grupy energetycznej na południu kraju,
posiadający 26 proc. rynku), Polska Grupa Energetyczna (strategiczny operator
sieci przesyłowej, posiada 29 proc. polskiego rynku), Grupa ENERGA (jedna z
czterech największych grup energetycznych w kraju), Zespół Elektroenergetyczny
Pątnów – Adamów – Konin (drugi co do wielkości w Polsce producent energii
elektrycznej z węgla brunatnego), grupa Ciech (lider europejskiego rynku
chemicznego, 3,5 mld zł rocznego przychodu) kontrolująca czterech największych
producentów nawozów w Polsce, Warszawska GPW oraz m.in. kopalnia Bogdanka.
Prawdziwy, wręcz historyczny skok na kasę może też dotyczyć w nieodległej
przyszłości nowej emisji akcji banku PKO BP, a zwłaszcza PZU SA po zmianie
statutu spółki, która zapowiedziana jest na walnym zwołanym na 28 sierpnia,
kiedy to w sposób absolutnie szkodliwy i niczym nieuzasadniony w ramach dziwnej
ugody MSP z Eureko mogą wypłynąć z PZU SA do Eureko prawdziwe miliardy złotych z
kapitału zapasowego PZU SA. Łącznie więc do 2011 r. ma być sprzedanych 800
ostatnich polskich firm. Ma to rzekomo przynieść budżetowi państwa w 2009 r. 12
mld zł, w 2010 25 mld zł. Gdyby rzeczywiście te plany miały się sprawdzić,
Polska byłaby jednym z nielicznych krajów w Europie, a być może i na świecie,
bez własnego systemu bankowego i być może bez własnej energetyki. Nie mówiąc o
utraconych już wartościowych przedsiębiorstwach z branż: spożywczej, handlu
wielkopowierzchniowego, cukrowniach, cementowniach itd.
Nie wyciągnięto wniosków z przeszłości
Jak widać nie wyciągnięto żadnych wniosków z doświadczeń lat minionych i okresu
radosnej prywatyzacji z początku lat 90. i przełomu 2000/2001. Czy warto było?
Jaki był bilans zysków i strat? Czy prywatyzacja gwarantuje dożywotnio społeczny
dobrobyt, postęp, wysoką jakość, a zwłaszcza, czy gwarantuje niższe ceny? To
podstawowe pytania. Do tej pory sprywatyzowano w Polsce blisko 70 proc. majątku
narodowego, w systemie bankowym to już prawie ok. 80 proc. Zyskaliśmy z tego
raptem 83 mld zł, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi roczny deficyt handlowy
Polski, choćby w zeszłym roku. Najwięcej uzyskano w roku 2000, bo aż 27, 2 mld
zł, w roku 1999 13,3 mld zł i w roku 2004 10,3 mld. Jednak wówczas sprzedawano
majątek narodowy wg zasady ministra Janusza Lewandowskiego i ministra Emila
Wąsacza – za tyle, ile ktoś chciał dać. Dawano więc z reguły niewiele. Gdy
wówczas prywatyzowano, a właściwie sprzedawano doskonały polski bank wraz z
gotówką i klientami, uzyskano za jego całość ok. 3 mld zł. Dziś za resztówki
tego samego banku Pekao S.A, czyli za 3 proc. posiadanych akcji, Skarb Państwa
dostał od ręki blisko 1 mld 100 mln złotych. W 1992 podobna koalicja rządząca
chciała sprzedać KGHM za 400 mln złotych. Dziś to wartość 1 – 2 proc. akcji tej
firmy.
Wiele sprywatyzowanych wówczas firm zmieniło już właściciela, ale już za
kwoty wielokrotnie wyższe. Często trafiały do zagranicznych firm, których
właścicielem również było państwo tyle, że obce. Po wyprzedaży z początku lat
90. i przełomu 2000/2001 blisko 70 proc. całego majątku narodowego, co
wartościowszych segmentów naszego rynku (bowiem sprzedawaliśmy nie tylko firmy,
ale głównie rynek), nasze społeczeństwo powinno dziś opływać w dostatki, a góra
pieniędzy powinna rosnąć i procentować nowymi autostradami, wyższymi
emeryturami, nowoczesną służbą zdrowia itd. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie.
Dług publiczny Skarbu Państwa wynosi obecnie wielokrotność tego z początku lat
dziewięćdziesiątych – blisko 650 mld zł. To tylko dług wewnętrzny, krajowy.
Pojawił się jednak ogromny dług zewnętrzny, zagraniczny, rzędu 200 mld euro.
Fatalnie zadłużyliśmy się jako społeczeństwo – mamy blisko 270 mld tylko na
kredytach hipotecznych, ok. 200 mld długów z tytułu kredytów konsumpcyjnych,
około 400 mld zł kredytów w bankach. Mamy olbrzymie zadłużenie na kartach
kredytowych, które stale rośnie. Nie maleje również zadłużenie szpitali.
Zadłużone i to potężnie, bo gdzieś na kwotę 40 mld euro są też sprywatyzowane,
komercyjne banki, dziś własność kapitału zagranicznego. Mocno zadłużone są
przedsiębiorstwa, również te sprywatyzowane. Mają długi w bankach na ok. 226 mld
zł na koniec lipca 2009 r. i dziś nie bardzo mogą sobie pozwolić na nowe
kredyty. Zadłużenie firm z tytułu emisji obligacji to już kwota 41 mld zł.
Gdzie są nasze pieniądze?
Rodzi się więc uzasadnione pytanie, gdzie się podziały pieniądze z tej
rzekomo wielce udanej prywatyzacji? Te 83 mld złotych. Czy przepadły w kolejnych
czarnych dziurach budżetowych? Największym skandalem prywatyzacyjnym
współczesnej Europy był program NFI, czyli tzw. program powszechnej
prywatyzacji, który przeciętnemu Polakowi przyniósł zysk rzędu raptem dwóch
butelek wódki, bo na dobrą parę butów już nie starczyło. Ale i tak firmy
zarządzające zarabiały od 2 do 3 mln dolarów rokrocznie bez względu na wyniki
tego zarządzania. Sprzedawano więc jak widać tanio, nieroztropnie, pospiesznie,
głównie z przyczyn ideologicznych i pod zagranicznych inwestorów strategicznych,
absolutnie nie licząc strat, kosztów, efektów spadku dochodów podatkowych i
budżetowych i utraty rynków zbytu. Dziś ponownie słyszymy starą śpiewkę –
sprzedajmy wszystko, elektrownie, dystrybutorów prądu, KGHM, LOTOS, GPW itd. Bo
państwo jest najgorszym właścicielem. Wtedy ceny tych produktów spadną, a budżet
będzie miał większe dochody. Nie będziemy musieli podnosić podatku.
Rzeczywiście, polskie państwo jest złym właścicielem, a przede wszystkim jest
złym gospodarzem i nie dba o własnych obywateli. Problem jednak w tym, że żadna
prywatyzacja nie usunie błędów popełnionych w polityce gospodarczej ani nie
wyeliminuje na zawsze groźby deficytu budżetowego czy też spadku produkcji. Na
przełomie 2000/2001 sprzedano majątek narodowy z bankami na czele za kwotę 34
mld zł tylko w tych dwóch latach. Wówczas wydawało się, że to gigantyczna kwota.
Nie uchroniło nas to jednak przed dziurą budżetową i kryzysem 2001 r. Podobnie
będzie i tym razem, nawet gdyby miał się powieść wielce optymistyczny scenariusz
MSP, że uda się pozyskać z tej garażowej wyprzedaży całe 36,7 mld zł w 2009 i
2010 r. Już dziś wydaje się to bardzo mało prawdopodobne, choćby po nieudanej
próbie sprzedaży ENEI. Do piątku 14 lipca na akcje ENEI nie zapisali się wielcy
faworyci (CEZ i Vattenfall). Gdyby to wszystko sprzedano, to i tak dziura
Rostowskiego w budżecie na 2010 r. wyniesie ok. 100 mld zł. Potencjalnie w 2010
r. dochody krajowe, bez wpływów unijnych, wyniosą ok. 230 mld zł, a wydatki ok.
330 mld zł. Nie da się zapchać nawet połowy tej dziury dochodami z prywatyzacji.
Potrzebne będą i cięcia budżetowe, i podwyżki podatków, od których rząd tak się
dziś odcina i których ma nie być właśnie dzięki prywatyzacji.
Rząd mówi, że musi
Skoro rząd nie chce podnosić podatków ani zwiększać deficytu, co byłoby
najprostsze i najtańsze wbrew pozorom, to postanowił wyprzedać majątek jak leci.
Problem w tym, że potencjalni nabywcy dobrze wiedzą, że rząd jest na „musiku”, a
nadmierna podaż musi obniżyć ceny. W Europie jest dziś więcej tych, co sprzedają
niż tych, co kupują, a kupujący mogą przebierać w ofertach. Bardziej realna cena
za przeznaczone dziś do prywatyzacji na lata 2009 – 2010 polskie spółki wynosi
dzisiaj od 10 do 15 mld zł, a nie 37, 6 mld zł. Choć obecnie dla rządu każda
złotówka liczy się na wagę złota, to trzeba bardzo dokładnie liczyć, ile na tej
transakcji prywatyzacyjnej możemy zarobić. A przecież dobry i mądry gospodarz
robi rachunek zysków i strat przed sprzedaniem. Sprawdza, co się bardziej opłaca
– czy lepiej trochę podnieść deficyt budżetowy, co zrobiły oprócz Polski prawie
wszystkie kraje dotknięte kryzysem, czy sprzedać resztę najlepszych firm,
pozbawiając się jakiejkolwiek rezerwy na przyszłość. A przyszłość wcale nie
rysuje się tak różowo. Gdy już wszystko sprzedamy, to co w 2011 r. czy w 2012 r.
będziemy wyprzedawać? Wawel, jeziora mazurskie, Śląsk, a może nerki naszych
obywateli?
Fatalny moment na prywatyzację
W takiej sytuacji potencjalni nabywcy polskich dystrybutorów energetycznych,
zakładów energetycznych, petrochemii, zakładów chemicznych czy polskiej giełdy z
pewnością podyktują nam niekorzystne warunku rynkowe. Można będzie uzyskać
zaledwie minimalne kwoty.
Dojne krowy na zarżnięcie
Ktoś przy zdrowych zmysłach zadaje sobie na pewno pytanie, po co sprzedawać
coś co dobrze funkcjonuje i przynosi zyski, daje pracę wielu ludziom, jest
jednym z najbardziej znaczących płatników i podatników do budżetu państwa i
składek ZUS. I tak spółce KGHM, przysłowiowej kurze znoszącej złote jaja, chce
się podciąć gardło, a przy tym i swoją pozycję w firmie – ale po co?
KGHM w ciągu czterech ostatnich lat wpłacił do budżetu państwa 10 mld zł
tylko z tytułu dywidendy. Co roku wpłaca też do polskiego budżetu państwa około
4 mld zł z tytułu podatków, składek ZUS i innych opłat. W ciągu najbliższych 4
lat wpłaci do budżetu z tego tytułu aż 16 mld zł podatku, a może i więcej.
Łącznie, w ciągu najbliższych kilku lat będzie to więc kwota około 26 mld zł, a
więc 3 kwoty, jaką MSP chce uzyskać ze sprzedaży w roku 2009/ 2010 wszystkich
oferowanych przedsiębiorstw. Ile Skarb Państwa dostanie za sprzedaż 10 proc.
akcji KGHM trudno dziś powiedzieć, ale z pewnością nie będzie to kwota 26 mld
zł. II kw. br. spółka zakończyła z zyskiem około 1,5 mld zł przy przychodach
ponad 5 mld zł. A przecież sprzedaje się raz, a dochody podatkowe będą jeszcze
potrzebne przez lata. Być może MSP wychodzi z założenia, że jeśli wszystko
posprzedaje, to podatki wcale nie będą potrzebne polskiemu budżetowi. A może
całe państwo nie będzie już potrzebne obywatelom? Chociaż polskie stocznie w
Szczecinie i Gdyni były już prywatyzowane, to i tak z długami wróciły do Skarbu
Państwa i na garnuszek polskiego podatnika. Teraz nie wiemy tak naprawdę, kto
kupił stocznie, ale wiemy, że nie zapłacił. Przecież polski LOT też był już
prywatyzowany na rzecz Szwajcarów. Mieliśmy nie byle jakich fachowców od
prywatyzacji m.in. J. Lewandowskiego i E. Wąsacza, który aktualnie, między
innymi na łamach „Gazety Wyborczej”, radzi jak fachowo prywatyzować, choć sam
znalazł się w kręgu zainteresowań prokuratury i Trybunału Stanu właśnie z powodu
prywatyzacji. Powtórka kłopotów i skandali murowana. Dziś rząd i MSP sprzedają
resztówki 2- 3 proc. banków za kwoty idące w setki milionów zł. Za 3 proc. Pekao
SA dostał 1 mld 100 mln zł, za niecałe 2 proc. akcji BZ WBK 167 mln zł. Czyli
bierzemy dziś za kilka procent akcji tyle co kiedyś braliśmy za 50, a nawet 100
proc. akcji, czyli za całość sprzedawanych, prywatyzowanych banków. To kiedy się
prywatyzuje, a nie tylko jak, ma bardzo istotne, wymierne finansowe znaczenie.
Zagwarantowanie budżetowi państwa stabilnych dochodów to obowiązek każdej
władzy. Wygląda na to, że na najbliższych wyborach prezydenckich problemy Polski
miałyby się zakończyć. Powstaje jednak pytanie, co po tych wyborach?
Kryzys energetyczny krąży nad Europą
Zastanawia ogromna presja polskiego rządu na wyprzedaż systemu
energetycznego, dystrybutorów energii, rafinerii w najbliższych dwóch latach.
Zwłaszcza w momencie, kiedy jest już pewne, że w Europie w najbliższych latach
będzie bardzo brakować energii, grozi jej wręcz kryzys energetyczny i mówi o tym
najnowszy raport amerykańskich służb wywiadowczych. Kto będzie miał energię w
Europie, będzie coś znaczył i sowicie na tym zarabiał. Dostawy gazu z Kataru to
bardzo wątpliwa śpiewka z przyszłości gdzieś w okolicach lat 2014-2015. Jeśli
wszystko pójdzie tym razem lepiej niż ze sprzedażą polskich stoczni. Polacy
i Urząd Regulacji Energetyki mają fatalne doświadczenia po sprzedaży Stoenu RWE
czy Siekierek Vatenfallowi, czyli firmom obcym. Ceny energii po prywatyzacji
polskich zakładów energetycznych wzrosły dramatycznie. Tylko w zeszłym roku o 40
proc., a dla przedsiębiorstw zaproponowano wzrost nawet o 80 proc. na ten rok. W
przyszłym roku możemy się spodziewać dalszego wzrostu cen energii zarówno dla
gospodarstw domowych, jak i przedsiębiorstw. Co ciekawe w kasach tych
dochodowych przedsiębiorstw jest żywa gotówka. Tylko w Enei 2 mld zł po
zeszłorocznej emisji akcji. Polską tradycją prywatyzacyjną było przez lata
kupowanie firmy w ramach tzw. prywatyzacji po części za pieniądze tej właśnie
polskiej firmy. Jakby tego było mało, polskie firmy energetyczne to monopoliści.
Sprzedawać będziemy więc nie tylko przedsiębiorstwo, ale i rynek z klientami,
którzy podlegają dyktatowi cenowemu. Zwykłych polskich klientów praktycznie nikt
nie broni. Swoboda wyboru dostawców energii to absolutna fikcja, a polski rynek
energetyczny rośnie co roku o 5 proc. Dodatkowo już niedługo z budżetu państwa
popłyną do firm energetycznych dwa potężne zastrzyki gotówki. Jedna z tytułu
zwrotu akcyzy. Oczywiście nikt się nie martwi, że my odbiorcy też płacimy akcyzę
za prąd i tu zwrotów na pewno nie będzie. Drugi zastrzyk to miliardy złotych
płynące z tytułu rozwiązania tzw. kontraktów długoterminowych (KDT). Znowu więc
będziemy napychać cudze, głównie zagraniczne kieszenie, uzyskując śmieszne w tym
kontekście dochody za prywatyzację energetyki.
Naród bez własności, narodem bez przyszłości
Czy państwo bez własnych banków i przedsiębiorstw energetyki może sprawnie
funkcjonować? Skąd będziemy brać dochody budżetowe w następnych latach? Nadal
będzie trzeba dopłacać, i to słono, do emerytur (z OFE ok. 30 mld zł, z ZUS-u i
KRUS-u ok. 50 mld zł rocznie). Na drogi w najbliższych 5 latach miało pójść 120
mld zł. Trzeba dopłacać do projektów UE w ramach współfinansowania, na co bardzo
liczą polscy przedsiębiorcy. Czy nie zabraknie tych środków? Skąd na to weźmiemy
skoro już dziś tak dramatycznie brakuje dochodów podatkowych i do końca roku
zabraknie z tego tytułu w budżecie ok. 50 mld zł, a w przyszłym roku blisko 100
mld zł. Prywatyzacja w dotychczasowych wydaniu to przysłowiowe przejadanie
pieniędzy, zapychanie kolejnych dziur budżetowych, miotanie się od ściany do
ściany, prowizorka i brak przede wszystkim uczciwego bilansu. Państwo polskie
będzie pomimo mniej czy bardziej udanej prywatyzacji ciągle potrzebować środków
na zaspokojenie podstawowych potrzeb obywateli: emerytalnych, zdrowotnych,
edukacyjnych i transportowych. Mimo prywatyzacji nadal jesteśmy państwem, które
z powodu braku środków nie wywiązuje się przyzwoicie z żadnych obowiązków w
stosunku do swoich obywateli.
Janusz Szewczak
Autor jest analitykiem gospodarczym
***
Naród bez własności, narodem bez przyszłości - czy to do Was Polacy
dociera ????
Jan F. Kurkiewicz (emeryt w likwidacji)
24 sierpień 2009
|